SPECJALNE - Rubryka

Rekapitulacja 2018: Indie

8 stycznia 2019

Elo mordy, witamy ponownie w naszej okołogitarowej rekapitulacji, w której, odnoszę wrażenie, nieco paradoksalnie, z roku na rok jest coraz ciekawiej, a przecież zainteresowanie w dobie supremacji antysłownikowego rapu, umierającego i reanimowanego trapu, techno-wpierdolu i WIXAPOLU zdaje się konsekwentnie maleć. Na poparcie tej żałosnej i przeterminowanej tezy przygotowaliśmy dla Was trzydzieści króciutkich okrzyków podziwu nad, naszym zdaniem, najciekawszymi albumami minionego roku, plus … jeszcze krótszych notek dotyczących wydawnictw, które otarły się o to zestawienie jak Liverpool o gola w pierwszej połowie meczu z City. Jedynym wspólnym mianownikiem tych rzeczy jest wyraz INDIE, który z dużą dozą prawdopodobieństwa nie znaczy już nic, a już na pewno nie to, co jeszcze dwie dekady temu. Jeśli chcecie dowiedzieć się, co znaczy dla nas, zapraszam do lektury. Dla porządku dodam jeszcze tylko, że tradycyjnie zrezygnowaliśmy z opisu wydawnictw polskich i azjatyckich, zostawiając je lepiej zorientowanym koleżankom i kolegom. A, no i skompilowaliśmy też po jednym numerze reprezentatywnym z każdego albumu i wrzuciliśmy tam, na dole w formie plejlisty podsumowującej w pigułce 2018 rok w gitarach. Miłego czytania i słuchania! –Stanisław Kuczok


Albumy:

Adrianne Lenker: Abysskiss

Adrianne Lenker
Abysskiss
[Saddle Creek]

Przyznam szczerze, że zupełnie spłynął po mnie dość mocno wyhajpowany, wydany w 2017 roku album Big Thief, tymczasem najnowsza solowa nagrywka frontmanki zespołu wprost przeciwnie – całkowicie mnie zauroczyła. Na wyciszonym, intymnym wręcz Abysskiss Adrianne Lenker nie tylko wywołuje skojarzenia, obok których nie mógłbym przejść obojętnie (Radiohead w "Symbol", Stina w "From", Alex G grający riff z "Wild Packs Of Family Dogs" w "Out Of Your Mind"), ale swoim rozedrganym, nieco osobliwym songwritingiem wyważa indie-folkowe drzwi, które Sufjan Stevens zamknął mi lata temu przed nosem, przyklejając doń tabliczkę z napisem "wyczerpana formuła". Swoje rozważania o naturze i doniosłości ludzkich doświadczeń ubiera artystka w ciepły, akustyczny fingerpicking i okrasza błądzącymi gdzieś po jesiennych sceneriach melodiami, czasami bliższymi utrwalonym folkowym wzorcom, a chwilami zupełnie nieintuicyjnymi, jak w pięknym "Terminal Paradise", chyba moim ulubionym utworze na płycie. W minionym roku Saddle Creek zaliczyło serię naprawdę celnych wydawniczych strzałów – i Abysskiss zdecydowanie jest wśród nich. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Amen Dunes: Freedom

Amen Dunes
Freedom
[Sacred Bones]

Niemieccy żołnierze, nadęci surferzy i pozamykani w więzieniach przyjaciele z dzieciństwa, wampiry i ojcowie; strzępki wspomnień i głęboko zakorzenione traumy, przywoływane w ramach autoterapii na tle psychodelizującej, ale wciąż łagodnej americany: takie właśnie jest najnowsze dzieło Amen Dunes. Skoncentrowany songwriting i oszczędne aranżacje Damona McMahona idealnie współgrają z szeptem, jękiem, a nawet okazjonalnym wibrato à la Bryan Ferry albo Jim Carrey coverujący Jefferson Airplane w Telemaniaku, przy pomocy którego artysta z harcerską zawziętością robi sobie jaja ze swojego konfesyjnego bądź co bądź liryzmu. Freedom charakteryzuje ironia i niedoprecyzowanie, zacierające granice między wydmowymi ścieżkami a utwardzanymi, miejskimi ulicami, po których suniemy sponiewierani alkoholem i ciężarem własnych refleksji; to płyta łatwa i trudna jednocześnie, taka, do docenienia której potrzeba trochę czasu. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Beautify Junkyards: The Invisible World Of Beautify Junkyards

Beautify Junkyards
The Invisible World Of Beautify Junkyards
[Ghost Box]

The Invisible World Of Beautify Junkyards to płyta dla każdego, komu bliskie są ideały kolektywnego tworzenia i egzotyczne kierunki dla hauntologicznych poszukiwań. Znajdziecie tu subtropikalną, snującą się leniwie psychodelię, rozlaną po akustycznych, subtelnie zabarwianych elektroniką szkicach, chwilami przywodzącą na myśl eksperymentalny folk w duchu Pram czy Broadcast. Tajemniczy klimat albumu doskonale oddaje twórczą myśl zespołu, jaką jest świadome operowanie niedopowiedzeniami i kreowanie niemożliwych do rozładowania napięć. Efekty? Śliczne, cierpliwie budowane harmonie w "Ghost Dance", intrygująca interakcja instrumentów z dwoma wokalami w "Prism", osiągana minimalnymi środkami dramaturgia "Sybil’s Dream", odsyłająca do brazylijskich klasyków, afirmatywna aura "Cabeça-Flor". To enigmatycznie piękne, niezwykle frapujące granie – i tylko szkoda, że druga połowa albumu trochę się rozwleka, bo coś mi podpowiada, że gdyby nie to, na absolutnym szczycie moich rankingów rocznych mogłoby się zatrząść. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Car Seat Headrest: Twin Fantasy

Car Seat Headrest
Twin Fantasy
[Matador]

Z cyklu "wolałbym, żeby mi się nie podobało, ale mi się podoba". Jest tu bowiem wszystko, co powinno odrzucać statystycznego porcysiaka w 2018 roku: to zdecydowanie za długi, kliszowo reprezentujący gatunek THE INDIEST album, będący w dodatku rezygnującym z ideałów lo-fi, nastawionym na korzyści marketingowe remakiem starego bandcampowego nagrania od normika, którego krytyka usilnie kreuje na jakąś wyjątkową, wielopłaszczyznową osobowość. W skrócie: przehype, przepudrowanie i przesada. Gdy jednak odpali się te kawałki, jeden po drugim W PEŁNI POKAZUJĄ PRAWDĘ: że tak bezpretensjonalnego, niezobowiązującego, melodyjnego gówna po prostu nie da się nie lubić. I w tym miejscu może urwę, jako że temat został zasadniczo wyczerpany tutaj. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Clau Aniz: Filha De Mil Mulheres

Clau Aniz
Filha De Mil Mulheres
[Mercúrio Música]

AKSAMITNY wokal głównej bohaterki tej notki – Clau Aniz, spaja ten brazylijski zestaw nastrojowego, dość eklektycznego grania. Czy to w slowcorowo ciągnącym się "Quero te guardar nesse lugar bonito que é o mundo", "Romana" rozwijającym się jak Sigur Rós przebudzeni z drzemki, czy w przypadku "Ana Luisa" – jednego z highlightów albumu, który całkowicie zawłaszcza z pomocą swoich strun głosowych. Artystka robi sobie przerwę jedynie przy niepokojącym, jazzującym "Voyage Roset" i wieńczącym zestaw gitarowymi zawijasami "Trocando De Pele". Obowiązkowa sesja relaksacyjna prosto z Ameryki Południowej. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Cloud Nothings: Last Building Burning

Cloud Nothings
Last Building Burning
[Carpark]

Tak jak wielu, również i mi nie przypadło do gustu rozmiękczone, nienaturalnie uprzejme Life Without Sound. W muzyce Cloud Nothings prócz chwytliwych, popowych melodii, do których Dylan Baldi bez cienia wątpliwości ma smykałkę, szukam bowiem również jakiejś zadry, jakiegoś napięcia na linii ładność-dzikość. Szukam wyrazistej gry riffów, jaka odbywa się gdzieś w tle "Offer An And", rozglądam się za wycieńczeniem, z jakim w kluczowy moment wchodzi "In Shame" i za chwilą odetchnienia w "So Right So Clean", oczekuję tak zmyślnych, tak trafionych rozwiązań harmoniczno-rytmicznych jak w refrenie fenomenalnego "Leave Him Now". Last Building Burning to powrót zespołu do dobrej formy i ta sama introspektywna mieszanka post-hardcore’u, emo i kaszy gryczanej, co na Attack On Memory i Here And Nowhere Else, choć wymieszana w odrobinę innych proporcjach – a to już samo w sobie jest całkiem rozsądną rekomendacją. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Deafheaven: Ordinary Corrupt Human Love

Deafheaven
Ordinary Corrupt Human Love
[Anti]

Śmiem twierdzić, że zrezygnowanie z większości blackgaze'owych atrybutów wyszło Deafheaven na dobre. Nie mam na myśli wyższości tegorocznego materiału nad Sunbather, ale raczej kwestię ciągłego rozwoju i stawiania przed słuchaczem wyzwań. Zdeklarowani szalikowcy albumu z różową okładką, do których się zaliczam, muszą pogodzić się z faktem, że Amerykanie nie będą próbowali nagrać drugiej takiej płyty (pytanie brzmi, czy byłoby to w ogóle możliwe), ale o wiele łatwiej oswoić się z tą myślą, słysząc ile pokładów przebojowości i ripitowalności kryją w sobie takie "Honeycomb" i "Canary Yellow" pomimo swojej długości. Nie licząc popisów wokalnych George'a Clarke'a, te numery z ciemną stroną gitary nie mają już nic wspólnego. Amerykanie dokonując na Ordinary Corrupt Human Love ryzykownej, bo olbrzymiej stylistycznej wolty, dali więc kolejny dowód na to, że ciągłe poszukiwania i brak sonicznej stagnacji przynoszą zwykle wymierne korzyści. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Girl In Red: chapter 1

Girl In Red
chapter 1
[self-released]

Jeśli chcecie znów poczuć się jak w jakimś późnym liceum, kiedy jeszcze (prawie) nic nie miało znaczenia, recepta jest prosta i krótka – oto 13-minutowa EP-ka Marie Ulven. Norweżka woli dziewczyny, co podkreśla między innymi w naiwno-uroczym refrenie "Girls", to tak jak ja. Nie śpi po nocach, bo za dużo myśli – w sumie dalej czasem mi się to zdarza – i przygrywa sobie do tego na gitarze. Melodie są ładne, a progresje akordów nieskomplikowane, co jeszcze mocniej oddaje klimat pierwszych nastoletnich wzlotów i upadków, przy czym zupełnie nie odbija się na jakości tych pięciu kompozycji. Czekam na dłuższy materiał. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Her’s: Invitation To Her’s

Her's
Invitation To Her's
[Heist or Hit]

Boy Pablo w tym roku nie załapali się do naszej złotej trzydziestki, bo moim skromnym zdaniem nieco spuścili z tonu, ale omawiani tu Brytyjscy niezalowcy z Her's z powodzeniem wypełniają lukę po tym słonecznym, gitarowym popie, podlanym nutą nostalgii – posłuchajcie tylko otwierającego zestaw "Harvey". DeMarcowski "If You Know What's Right" i kilka numerów przywołujących na myśl efekty współpracy Elbrechta z Pinkiem dopełniają dzieła zniszczenia mojego złego humoru – samo indie-dobro. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Hop Along: Bark Your Head Off, Dog

Hop Along
Bark Your Head Off, Dog
[Saddle Creek]

Proszę państwa, ja nie jestem przeciwny oszczędnemu, folkowemu pyrkaniu, wręcz przeciwnie, nie mam nic naprzeciwko, ale zważcie sobie z jaką siłą wystrzelił ten pocisk i co z tego wynika. Zapowiedzi obecnego stanu rzeczy można by się doszukiwać już na Painted Shut, kto by jednak pomyślał, że Hop Along nagrają płytę, do której wracałbym regularnie przez cały rok. Bark Your Head Off, Dog łączy wątki dziwacznej, młodzieńczej wrażliwości z bardzo wyrazistym, popowym songwritingiem i doprowadza tę formułę niemal do perfekcji. Już sama konstrukcja albumu sugeruje zrozumienie zasad gry: na wejściu bomba ("How Simple"), na wyjściu jeszcze większa bomba ("Prior Things"), gdzieś w środku skitrany natchniony, newsomowo-builttospillowy epik ("Not Abel"), a pomiędzy nimi kipiące wiosenną świeżością "wypełniacze" – ale takie "wypełniacze", za które znakomita większość indie-kapel dałaby się pochlastać. Sprawna ręka do krojenia hooków, erudycja w konstruowaniu utworów i niepodrabialna, wokalna charyzma – tyle trzeba było, by nagrać jedną z najlepszych gitarowych płyt ostatnich lat. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


IDLES: Joy As An Act Of Resistance

IDLES
Joy As An Act Of Resistance
[Partisan]

Niewiele było w 2018 roku płyt, które mogłyby się mierzyć z najnowszą propozycją wydawniczą IDLES w kategorii LIRYKSÓW, ale również na gruncie czysto muzycznym ekipa z Bristolu nie skrewiła, nie tylko nagrywając godny follow-up do swojego oficjalnego debiutu, ale wręcz wysyłając wspomnienia po Brutalism w zapomnienie. Porywczy, punkowy zjazd jest dla Joe Talbota dobrym pasem transmisyjnym do wyrażania pogardy względem nierównomiernej dystrybucji bogactw, Brexitu czy konserwatywnej wizji męskości; autor stawia przy tym raczej na dosadne, błyskotliwe pancze niżli wyszukane metafory. Podobnie jego koledzy z zespołu: choć muzyce IDLES nie brak erudycji, co i rusz odsyłającej do kolejnych post-punkowych klasyków, to jej prawdziwą siłą jest intensywność, żywiołowy drive i charyzma, szczególnie widoczna w wyrazistych, wykrzyczanych refrenach, z którymi zespół radzi sobie coraz lepiej. Stawiam tezę, że więcej brytyjskiego około-punku Wam w tym roku nie trzeba. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Jorge Elbrecht: Here Lies

Jorge Elbrecht
Here Lies
[self-released]

Jedyna możliwość nieodnotowania tegorocznej solówki Elbrechta w tym rekapie związana była ze stosunkowo niewielką obecnością gitar na tym albumie. Sporo tu syntezatorów, mechanicznych bitów, numerów ewokujących Depeche Mode ("Guillotine"), czy jakieś post-human league'owe disco-Elbrechto ("Endless Fire"). No cóż, każdą z kompozycji na Here Lies Kostarykańczyk oznaczył swoim stemplem melodyjno-zawijasowej i produkcyjnej jakości, więc lepiej, żeby znalazł się w wielu rekapitulacjach, niż w żadnej. A co do braku gitar, kiedy typ już po nie sięga to pisze jedną z lepszych piosenek Violens ("Wash Away With The Rain") albo wynajduje zaginiony diamencik z późnych 60-sów ("Rainbow Skies"), co za gość. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Kero Kero Bonito: Time 'N' Place

Kero Kero Bonito
Time 'N' Place
[Polyvinyl]

Zderzenie z otwierającym Time 'N' Place "Outside" musiało wywoływać wśród fanów Londyńczyków sporą konsternację, przynajmniej do pierwszego wjazdu charakterystycznego wokalu Sary Bonito. Kero Kero Bonito od zawsze słynęli z poszukiwań, ale tu po raz pierwszy podlali swoim balonowo-cukierkowym sosem rockową, zmiennokształtną ziemię. Oczywiście, zespół (z drobnym wyjątkiem w postaci "Flyway") nie wraca już do podobnych klimatów na tym długograju. Na dalszych indeksach romansuje choćby z Riną Sawayamą czy Animal Collective, a w singlowym "Only Acting" dokonuje pierwszego w historii ludzkości zestawienia Weezera z Fenneszem. Oczywiście, znanym jedynie muzykom sposobem, nic tu nie zgrzyta, wszystko brzmi naturalnie i spójnie, a przez to fascynująco. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Kevin Krauter: Toss Up

Kevin Krauter
Toss Up
[Bayonet]

Muszę przyznać, że nie śledziłem wcześniejszych solowych wrzutek członka Hoops, a okazuje się, że obsługa basu w tym bandzie to tylko jedna z jego twarzy i umiejętności. Dopiero na tegorocznym Toss Up typ odkrył przed nami wszystkie swoje talenty i DOSTARCZYŁ. Kurt Vile i jemu podobni przyjemni nudziarze powinni odpalić openera, żeby sprawdzić jak można prowadzić takie, z pozoru mało zajmujące fingerpickingowe kompozycje, "Rollerskate" mógłby być jednym z highlightów tegorocznego albumu Yo La Tengo, a "Keep Falling In Love" odnalazłby się z powodzeniem na EP-ce MorMora. Krauter umie też w syntezatorową nostalgię czego dowodzą indeksy piąty i dziewiąty, zresztą, czego się nie dotknie, zamienia w złoto – sami sprawdźcie. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Kid, Feral: Live And Let’s Die

Kid, Feral
Live And Let's Die!
[Dog Knights]

Takich skomasowanych, wykrzyczanych i wyriffowanych wpierdolów nigdy za wiele. W tym roku najlepszego screamo nie trzeba było szukać daleko, bo chłopaki z Kid, Feral pochodzą ze Szwecji. Zgadza się tu wszystko, począwszy od okładki i tytułów numerów, przez inteligentne, melodyjne gitarowe pasaże, aż po nieokiełznaną sekcję rytmiczną. Na tych dziewięciu indeksach typy wędrują na zmianę w rejony Deafheaven (wokalnie i w zmianie nastroju w dającym chwilę wytchnienia interludium w "Permanently Stuck In Small Town Limbo"), cięższego, meandrującego riffowania Baroness, czy amerykańskiego 90-sowego indie, kiedy zwalniają i dają wybrzmieć akordom ("Quit Without Saving? (Y/N)". Wszystkie te tropy chowają się pod ścianą szwedzkiej nawałnicy, słuchajcie więc uważnie i wielokrotnie, to tylko i aż 16 minut. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Kraus: Path

Kraus
Path
[Terrible]

Udane przywołanie klimatu nagrań MBV z ich złotego okresu, w roku 2018 wydawało mi się zadaniem niewykonalnym. Amerykanom z Kraus udaje się to tutaj w "Bum", zjadającej całą tegoroczną, shoegaze'ową scenę, dwuminutowej petardzie. Reszta materiału to spięty dostojną, ambientową klamrą noise agresywno-użytkowy, który ze względu na swoją zwartość i poziom czaruje i zostawia nas z uczuciem niedosytu. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Lingua Nada: Snuff

Lingua Nada
Snuff
[Dog Knights]

Mógłbym, z dużą dozą prawdopodobieństwa napisać, że na tym jednym, czterdziestominutowym albumie czterech nie do końca normalnych Niemców, odnaleźlibyście mniejsze i większe tropy i sposoby spojrzenia na gitarę całej reszty bohaterów naszego rekapu, ale Wojtek trochę zamknął temat tego pękającego od treści wydawnictwa w swojej krótkiej piłce. Podzielę się więc z Wami moimi trzema ulubionymi fragmentami Snuff, bo i co mi zostało, a wierzcie mi, jest z czego wybierać. 3. Funkujacy motywik pojawiający się znikąd i wieńczący "Mechakintosh", 2. Kero Kero Bonito nawiedzający jeszcze bardziej zniecacka "LVL 100", 1. refren (?) pierwszej części "Hypertension". –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Ought: Room Inside The World

Ought
Room Inside The World
[Merge]

Art-rock Ought z albumu na album staje się coraz bardziej art. Tim Darcy zaczął udawać późnego Scotta Walkera, kompozycje częściej niż na dwóch poprzednich długograjach Kanadyjczyków skręcają znienacka w dość niespodziewane rejony, a gitarowa kawalkada to już nie jedyny środek wyrazu dla zespołu (właściwie to na Room Inside The World najrzadszy). Lekko McAloonowska ballada "Desire" rozpada się na tle chóru i zagubionych dęciaków, wyciszony "Brief Shield" mogliby ułożyć Yorke z Greenwoodem, a dość typowo rozwijający się "Disaffectation" nagle przełamuje jakaś matematyczna, syntezatorowa przekładanka. Chyba jedynie indeks drugi przypomina momentami o czasach More Than Any Other Day. Kanadyjczycy zgrabnie uciekają więc od notorycznych porównań do Talking Heads, nie wiadomo tylko czy ten, z pozoru lekkko przeintelektualizowany kolaż o wielkiej sile rażenia to ich nowy język, czy jednorazowy eksperyment. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Palm: Rock Island

Palm
Rock Island
[Carpark]

Słucham se tego albumu już rok z przerwami, a dalej mam wrażenie, że nie wiem o nim jeszcze wszystkiego. Słuchawkowa sesja z tym materiałem momentami obezwładnia i zawstydza moje receptory, nagromadzone ścieżki skaczą i gonią się po obu kanałach. To, że te serie z gitar i wyższa, instrumentalna matematyka łączą się bezboleśnie przykładowo z beach-boysowymi wokalami, w robiącym największe wrażenie "Composite" i ostatecznie brzmią jak popowa, w miarę przystępna PIOSENKA, to dla mnie jedna z największych tegorocznych, muzycznych zagadek. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Preoccupations: New Material

Preoccupations
New Material
[Jagjaguwar]

Rozkład i nieunikniona zagłada ludzkości to tematy dobrze znane w obozie Preoccupations, nigdy jednak nie byli Kanadyjczycy w swoich rozpaczliwych, kasandrycznych wizjach tak ludzcy – a wraz z tym tak przekonujący – jak na New Material. Sprzyja temu zauważalne odejście od surowej, coldwave’owej produkcji, jaka dominowała na self-titled i coraz chętniejsze sięganie po patenty charakterystyczne dla nagrań The Cure czy nawet kapel shoegaze’owych. To także muzyka mniej wyszarpana, o wiele przystępniejsza niż cokolwiek, co Flegel i spółka kiedykolwiek nagrali. Refreny "Espionage" albo "Antidote" to już czysty, zawinięty jedynie w przykurzoną, post-punkową folijkę pop – i może właśnie dlatego New Material to na ten moment mój ulubiony album Preoccupations. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Speedy Ortiz: Twerp Verse

Speedy Ortiz
Twerp Verse
[Carpark]

Gdzieś przeczytałem, że piosenki Speedy Ortiz na Twerp Verse brzmią jak puzzle układane z palety gitarowych sampli z lat 90. i coś w tym na pewno musi być: pełno tu Sleater-Kinney, Pavement ("Alone With Girls"), znajdzie się jakiś Weezer ("Villain") czy Garbage ("Lucky 88"). Obiegowa opinia głosi też, jakoby zespół stracił na spontaniczności i kompletnie wypstrykał się z emocji. To z kolei dyskusyjne, bo jak dla mnie Amerykanie nie okazywali ich już na wysokości Foil Deer, ale skupmy się na tym, co udało się im osiągnąć: nagrać swoją najbardziej wypasioną kompozycyjnie, a jednocześnie najgęściej napakowaną chwytliwymi motywami płytę w karierze. Żaden zarzut o odtwórczość lub oziębłość nie umniejszy misternej sieci utkanej z trzech linii wokalnych w refrenie "I’m Blessed", melodycznych meandrów "Buck Me Off" czy kontrastowanych synth-popową słodyczą, grungerskich riffów "Lean In When I Suffer". Niech nie zwiedzie Was ilość pasemek we włosach Sadie Dupuis i kratek na koszulach jej kolegów: Twerp Verse to przesterowany gitarowy pop o cukierkowym kolorycie i progowych ciągotach, w moim odczuciu najlepszy jaki w minionym roku się ujawnił. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Spiritualized: And Nothing Hurt

Spiritualized
And Nothing Hurt
[Fat Possum]

Mądrzejsi ode mnie wykładali już fenomen Pierce'a, ale dla porządku mogę dorzucić swoje trzy grosze. Trick, który sprawia, że prosta z pozoru kompozycja staje się w naszych uszach prawdą objawioną i zdaje się zawierać cały sekret wszechświata, jest w sporej mierze dyktowany samą POSTACIĄ muzyka. Typ jest syntezą burackiej awangardy Kanyego czy jakiegoś Gallaghera z tragizmem Wyatta czy Eitzela. Ta mieszanka wybuchowa sprawia, którą przesiąka jego muzyka sprawia, że zapominam o wykwintnych progresjach akordów, ciężko mi również całkowicie oddzielnie potraktować dzieło i twórcę, zaczynam słuchać i przykładać wagę do tekstów i ogólnie dzieje się ze mną coś niedobrego, ale za to "A Perfect Miracle" staje się nagle najpiękniejszym tegorocznym openerem, a ten album kolejnym triumfem brytyjskiej legendy. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Tropical Fuck Storm: A Laughing Death In Meatspace

Tropical Fuck Storm
A Laughing Death In Meatspace
[Joyful Noise]

Niepokój związany z rozwojem nowych technologii i zmianami klimatycznymi, socjo-polityczne wzburzenie, pociąg do brzydoty, dewastacja i wyalienowanie, gniew i zło – to tylko niektóre z migawek wyrwanych z A Laughing Death In Meatspace, doskonale transmitujących apokaliptyczny nastrój albumu i stawiających pochodzących z Melbourne Tropical Fuck Storm bliżej jakiegoś Danny’ego Browna niż swoich własnych, estetycznych przodków (Nick Cave, The Birthday Party). Muzycznie grupę ustawiłbym między Iceage, którym zabrano z łapy butelkę (a może właśnie wciśnięto kolejną do drugiej ręki), art-rockiem Television i soundtrackami do mitycznych horrorów klasy B, ale właściwie więzy gatunkowe, prócz głębokiego zakorzenienia w jakimś ubluesowionym, punkowym etosie, zrywają się tu co i rusz. Pozornie tylko niechlujny, mocno narracyjny songwriting znanego z The Drones Garetha Liddiarda dobrze odnajduje się w gąszczu metalicznych gitar i ciężkim chodzie sekcji rytmicznej, a jego bełkotliwy śpiew świetnie kontrapunktuje melodyjny, damski backing wokal Fiony Kitschin. Efekty potrafią uszczypnąć, choć zdaję sobie sprawę, że to nie płyta dla każdego, no ale cóż – warto dać szansę, bo tylko siwy staruszek, który mógłby być prorokiem…a dobra tam, już dajcie spokój. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Ulrika Spacek: Suggestive Listening (EP)

Ulrika Spacek
Suggestive Listening (EP)
[Tough Love]

W atmosferze krautowego otępienia ULRYKA robi sobie przelot przez Wasze ulubione indie-klasyki: jest wszędobylskie Sonic Youth, musi być Pavement ("Lord Luck" przecież), znajdzie się jakaś zwichrowana, canowska wariacja na temat Sea & Cake ("Freudian Sip"), "Black Mould" z kolei ma w sobie trochę z Grizzly Bear, a trochę z Lilys. Niewątpliwym atutem tego mini-wydawnictwa jest też jego niespieszna, laidbackowa aura: Brytyjczycy brzmią na nim, jakby nie mieli nikomu nic do udowodnienia, a ich jedyną ambicją było jaranie zielska i beznamiętne machanie do redaktora Wycisły. Suggestive Listening to niby nic wielkiego, ale każdy czasem lubi odpłynąć – a zwłaszcza przy niewymuszonych, zręcznie rozpisanych piosenkach, które przypominają, że KIEDYŚ TO BYŁO INDIE. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Unknown Mortal Orchestra: Sex & Love

Unknown Mortal Orchestra
Sex & Love
[Jagjaguwar]

Ruban Nielson przyzwyczaił nas do tego, że w swoim niepodobnym do niczego świecie różu, za dużych swetrów i nasączonych kwasem pianek cukrowych czuje się jak król. Na płytach UMO zbyt często okazywało się jednak, że król ów ma ciasną garderobę i poza (najczęściej singlowymi) highlightami, cóż, bywa nagi. Czy podobnie jest w przypadku Sex & Love? Jeden rabin powie tak, a inny powie nie: to prawda oraz nieprawda jednocześnie, bo i te highlighty są wybitne (zawiewany smyczkami indie-pop "Hunnybee", koronkowe disco "Everybody Acts Crazy Nowadays", kreskówkowa prince’owszczyzna "Not In Love We’re Just High", ujachtowiony psycho-soul "Ministry Of Alienation"), i upchane między nimi wypełniacze upstrzone są smaczkami w skali, jakiej dotychczas w katalogu formacji nie uświadczyliśmy. Wciąż liczę na więcej, ale jak dotąd to mój ulubiony, chyba jedyny mierzony w personalnej skali rocznej krążek z obozu Nielsona i potwierdzenie, że mamy do czynienia z jednym z najciekawszych songwriterów (ale też producentów) dekady – choć warto zanotować, że w części najlepszych tracków maczał palce również brat Rubana, Kody. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Vinyl Williams: Opal

Vinyl Williams
Opal
[Requiem Pour Un Twister]

Przy prostej zazwyczaj czynności polegającej na wyborze highlightu z omawianego albumu, który ląduje później na naszej przekrojowej, rekapowej plejce, w przypadku Opal prawie wybuchł mi mózg. Refren roku kryjący się pod indeksem drugim, klasyczne, Spandau Balletowe piękno zwrotek w "Lansing", równoczesny wjazd wokalu i gitki na bit w "None With Other", a może dokonane w "Aphelion" ośmieszenie Violens i Tame Impala za jednym zamachem, w roku, w którym ich liderzy zajmowali się innymi projektami? Każdy z tych tracków z powodzeniem zawojowałby moją listę singlową, z tym, że tegorocznego albumu Williamsa słuchałem zawsze w całości, bo to tylko wierzchołek góry lodowej. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Vyva Melinkolya: Vyva Melinkolya

Vyva Melinkolya
Vyva Melinkolya
[self-released]

O tej płycie miałem już okazję na tych łamach wspomnieć i chociaż ZAWSZE SIĘ TROSZECZKĘ EGZALTUJE, to z grubsza zdanie swoje podtrzymuję. Vyva Melinkolya to ten rzadki przypadek post-slowdive’owego shoegaze’u, który zostaje na dłużej, jawiąc się nie tyle nawet porywającą mimikrą, ale wręcz przedłużeniem fenomenu, gotycko zabarwioną wariacją na jego temat. Polichromiczne "Identity" czy nawarstwione fakturami "Love’s Easy Years (Nonbinary Heartbreak)" świadczy o solidnym przepracowaniu gatunku, skłaniałbym się jednak do bardziej intuicyjnego odbioru tego albumu, który swoją intensywnością dość skutecznie wyzyskuje nasze unurzane w nostalgii strefy komfortu. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Winter: Ethereality

Winter
Ethereality
[Everything Blue]

O tym shoegaze’owym cymesiku w dwóch, żołnierskich zdaniach, bo raz że "z takimi trzeba krótko, bez przesadnej czułości", a dwa, że ponieważ redaktor Skowyra "zasadził, zapalił i zalegalizował" go w biurowcu Porcys, to z pewnością MA PRAWO PIERWSZEGO BLURBA i skrobnie jeszcze o nim w najbliższym czasie trochę więcej. A więc co my tu mamy? "Gorzowska klasyka, a nie kurwa Long Island": Lush, MBV, Cocteau, cały ten dream-pop i dziesiątki ślicznych melodii, zupełnie niezorientowanych na zmienianie świata, a co najwyżej ciężkiej, bezsennej nocy. Obrodziło w minionym roku w kilka świetnych wydawnictw na odcinku shoegaze’owym – i oferta Winter z całą pewnością zasila to grono. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Yo La Tengo: There’s A Riot Going On

Yo La Tengo
There's A Riot Going On
[Matador]

Amerykanie z Yo La Tengo dokonali w tym roku swojego zwyczajowego przeglądu amerykańskiej gitarowej tradycji w sposób na tyle sprawny, że szukając równie dobrego materiału w ich dyskografii, musiałem cofnąć się aż do roku dwutysięcznego. W stylowym krautowo-lounge'owym openerze teoretycznie nic się nie dzieje, a jednak nie pogardziłbym wersją dwa razy dłuższą, hipnotyzuje staranie rozplanowana dźwiękowa przestrzeń w "Ashes", nawet króciutki bossanova-żarcik z "Esportes Casual" ma w sobie jakiś rodzaj nieodpartego uroku. Takie rzeczy powinno się odtwarzać brzuchom i kołyskom na zmianę z Discreet Music. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Young Jesus: The Whole Thing Is Just There

Young Jesus
The Whole Thing Is Just There
[Saddle Creek]

Po przeniesieniu do Saddle Creek Young Jesus wydali reedycję swojego self-titled, zagrali trochę koncertów, a następnie wleźli do studia, by nie tylko nagrać swoje opus magnum, ale i zaznaczyć za jego pośrednictwem najmocniejszy punkt na gitarowej mapie 2018 roku. Na The Whole Thing Is Just There rezydujący w Los Angeles zespół wpuszcza charakterystyczną dla swoich midwestowych korzeni niedoskonałość na tory improwizacji i formalnego anarchizmu, obierając kurs nie jedynie na naturalne dla emo kierunki rozwoju (post-rock, slowcore, Built To Spill), ale też na inspiracje niekoniecznie nieoczywiste, takie jak jazz, prog czy psych-rock. Skutkuje to momentami zaiste dziwacznej magii: w środkowej części "Bell" na gitce przygrywa chyba Erik Satie, "Deterriority" napędza przez chwilę coś na kształt wątku przewodniego z "Baba O’Riley", a w dwudziestominutowym "Gulf" gościnny występ zalicza jakiś pijany, rozpaczliwy duch Tima Buckleya. Tak samo przekonujący są jednak Young Jesus w momentach, w których rezygnują z eksperymentów, oddając się roztapianiu serc amerykańskich nadwrażliwców, jak w "Fourth Zone Of Gaits" czy "For Nana", i chyba gdzieś na styku tych dwóch namiętności – desperackiej miłości do bezpretensjonalnych melodii i zacięcia do kombinowania z tradycyjną strukturą piosenek – znajduje się klucz do magicznego ścisku gardła, w jakim trzyma ten album. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Albumy – rezerwa:

American Pleasure Club: A Whole Fucking Lifetime Of This [Run For Cover]
Teen Suicide z nową nazwą i wreszcie lepszą (czyli jakąkolwiek) selekcją. Co tu dużo mówić: bierę w ciemno!
posłuchaj

Beach House: 7 [Bella Union]
Eksterioryczny lot nad miastem, ambientoidalna kartka z dream-popowego kalendarza. Beach House w końcu nagrali płytę, do której z czystym sumieniem wracaliśmy w lecie i w zimie, w nocy i za dnia, w dobrym i złym nastroju.
posłuchaj

Daughters: You Won’t Get What You Want [Ipecac]
Przehype roku i przerost wyobrażeń o muzyce nad muzyką? Z pewnością, ale wciąż nieźle spreparowany z industrialowych ścinków, rozrywający membrany słuchawek noise.
posłuchaj

Field Music: Open Here [Memphis Industries]
Field Music jak zwykle grają swoją skrajnie intelektualną muzykę dla nerdów i jak zwykle robią to klasą. Gratka dla fanów XTC, Talking Heads i z pietyzmem utkanego, progresywnego popu .
posłuchaj

Flasher: Constant Image [Domino]
Wyśmienity miks post-punkowych kontrastów i ciepłych, wakacyjnych barw. Zachwycająca chwytliwość i selektywność tych dziesięciu utworów sprawia, że to płyta właściwie nie do zdarcia.
posłuchaj

Good Ol’ Joel: Good Ole Joel [945884]
Good Ol’ Joel w jednym z utworów charakteryzują się jako folk-punk i z chęcią na to przystajemy. Dorzucamy do tego midwestową miękkość i dajemy się porwać tym zupełnie zwyczajnym, ale subtelnie chwytającym za fraki piosenkom.
posłuchaj

Gruff Rhyss: Babelsberg [Rough Trade]
Z "gitarowośćią" tej płyty to trochę na aferkę, zakładam jednak, że lider Super Furry Animals i jego pełna gumy balonowej wizja popu przynależy duchowo do tego rekapu jak mało co. Babelsberg to lekko klasycyzujące aranżacje i wciąż świeży songwriting – naprawdę warto sprawdzić.
posłuchaj

Hatchie: Sugar & Spice (EP) [Heavenly]
"Dziewczyna z gitarą" w ujęciu dream-popowym, pięć cieplutkich utworów zapraszających do krainy snów i bąbelkowej łagodności. Niby nic takiego, a potrafi poprawić nastrój.
posłuchaj

Jeff Rosenstock: POST- [Specialist Subject]
Jeff przesyła power-popowe pozdrowienia z trumpowskiej Ameryki – i przy okazji udowadnia, że co jak co, ale piosenki to pisać umie.
posłuchaj

Kacey Musgraves: Golden Hour [UMG]
Revival country? A może, może, nie mówię nie, ale póki co zatrzymam się na dłużej przy tym wymuskanym do perfekcji, marzycielskim zbiorku z genialnym openerem i schowanym pomiędzy akustyczną łagodnością bengerkiem ("High Horse").
posłuchaj

KEN Mode: Loved [Season Of Mist]
Solidny, noise-rockowy łomot od uznanej marki na rynku. Na nowej płycie KEN Mode dostaniecie dokładnie to, czego można się było spodziewać – i mówię to jako pozytyw.
posłuchaj

Kero Kero Bonito: TOTEP (EP) [Season of Mist]
Młodsza siostra Time ‘N’ Place, najwyraźniej stanowiąca dlań punkt wyjścia. Cztery skondensowane, gitarowe strzały, z czego jeden wybitny ("Only Acting").
posłuchaj

Melody’s Echo Chambe: Bon Voyage [Domino]
Naszpikowany dziwactwami, nawiązujący duchowe połączenie ze schyłkowymi latami 60. psych-pop ze ślicznym wokalem i ciekawą paletą songwriterskich zagrywek. Pytam się wobec tego: czego tu nie lubić?
posłuchaj

Pinegrove: Skylight [self-released]
Z największych zawodów roku: płyta Pinegrove i artykuł na Pitchforku o Pinegrove. Nie wiem jednak czy to siła tęsknoty za Cardinal czy może siła pluszowego songwritingu, ale ostatecznie wracałem do tej płyty więcej razy niż bym sobie życzył.
posłuchaj

Ryley Walker: Deafman Glance [Dead Oceans]
Stały bywalec naszych indie-rekapów kolejny raz w formie. Jak zwykle elegancki i niezwykle wyrazisty folk z jazzowym zacięciem, tym razem dodatkowo podszyty jakąś łagodną, post-rockową wsobnością.
posłuchaj

Sea And Cake: Any Day [Thrill Jockey]
Świetna płyta wspaniałego zespołu, tak po prostu. Sea & Cake w swojej starannie pielęgnowanej, dopracowanej do perfekcji krainie łagodności mógłbym słuchać w nieskończoność – i w niektórych okresach ubiegłego roku właśnie tak było.
posłuchaj

Soccer Mommy: Clean [Fat Possum]
Nostalgia za najntisami, charyzma i solidny, choć daleki od jakiejś wybitności songwriting. Chyba mój ulubiony, obok Girl In Red, produkt fali dziewczęcego indie-rocka, jaka przewinęła się przebojem przez ubiegły rok.
posłuchaj

Stephen Malkmus & The Jicks: Sparkle Hard [Domino]
Zaskakująco dobre, statusiałe indie od niezalowej legendy i jej znajomków z The Jicks. Post-pavementowe dokonania Malkmusa zazwyczaj po mnie spływają, ale w obliczu takich numerków jak "Future Suite", "Solid Silk" albo "Kite" zmuszony jestem skapitulować.
posłuchaj

Sunflower Bean: Twentytwo In Blue [Lucky Number]
Jangle, dream-popy i sofciarski, rockowy drive. Niby tylko fanklub Fleetwood Mac, ale jednak jest w tym tak dużo uroku, że bez większych oporów daje się uwieść.
posłuchaj

Wild Nothing: Indigo [Wild Nothing]
Kunsztowna, sophisti-popowa beczka z miodem, zapieczętowana elbrechtowskim stemplem jakości. Zwarty zbiór marzycielskich, pękających w szwach od pomysłów piosenek o ejtisowej proweniencji.
posłuchaj


Playlista:

Wojciech Chełmecki     Stanisław Kuczok    
BIEŻĄCE
Tame Impala"Patience"
Porcys: Equalizer #4