RECENZJE

Car Seat Headrest
Twin Fantasy

2018, Matador 7.3

Nie trzeba być Simonem Reynoldsem, by zauważyć, że mamy obsesję na punkcie przeszłości. Porzućmy jednak na chwilę te płyty, których słuchamy teraz z niesmakiem, te filmy, które śmieszą naiwnością, te książki, których banał dopiero zaczynamy zauważać. Skupmy się na osobistej perspektywie i przyznajmy, że powroty po latach bywają bolesne. Przeglądanie miłosnych listów ("I got so fucking romantic / I apologize"), starych tekstów ("He died in an explosion / Of mixed media and poorly written reviews"), postów na forach internetowych ("We're alive / Most of us") czy esmesów ("She's not my ex, we never met / But do you still think of me?") sprzed lat może być wyzwalające, oczyszczające, ale częściej prowadzi do ponurych konstatacji i męczącego kończenia zdań cytatami w nawiasach (We'll forget that we forgot how to talk"). To konfrontacja z głupotą, niedojrzałościa, błędami. Czyli w sumie jak z narkotykami: polecam, ale tylko na własną odpowiedzialność, ewentualnie po konsultacji ze specjalistą. A Will Toledo, lider Car Seat Headrest, przyznał w jakiejś rozmowie, że kompulsywnie screenuje swoje internetowe rozmowy, bo wie, że wszystko to, co stałe, rozpływa się w powietrzu. I ponownie nagrał płytę, którą wydał siedem lat temu.

To nie seks – to tylko skrajna empatia. To portet Van Gogha na wikipedyjnej stronie jako alegoria klinicznej depresji. I chociaż to nie było dobre życie, może powstała z tego nie najgorsza historia ("You know that good lives make bad stories"). Historia: blizn, obsesji, spania nago na plaży, śmierci; słów zmarnowanych, rzuconych na wiatr, porzuconych, pożałowanych, nieodżałowanych, pretensjonalnych, żenujących, ckliwych, ironicznych i pozbawionych dystansu; sensu (mam uczulenie na sens, "I mean I'm sick of meaning, I just wanna hold you"), w którym za dużo snu, a za mało marzenia sennego; lawirowania pomiędzy motywiczną strefą komfortu i kontrolowanym strumieniem świadomości, za którym stoi racjonalny wybór, a nie konieczność. Więc tak, wbrew pozorom w tej opowieści muzyka gra główną rolę ("It was the start of nothing /And it was my favorite scene"). Chyba tylko podwójna perspektywa ma tu sens, przynajmniej na początek.

2011: Pisanie o muzyce nie ma sensu, ale jakie to ma znaczenie – w końcu jesteśmy młodzi ("Well so what? We're young"). Niewiele więcej sensu ma zatytułowanie swojego debiutu jak Sylvia Plath – i nic mnie nie obchodzi, że koleś miał 16 lat. A trzy lata później może dobrym pomysłem wydawało się wydawanie niedopieczonych szkiców. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam lo-fi, ale gdy potencjalne dobre piosenki ("Nervous Young Inhumans", "Sober To Death", "Bodys", "Cute Thing") z powodu surowości brzmienia i niedopracowania zniechęcają do słuchania, to chyba coś jest nie do końca tak, jak być powinno. Refreny nie uderzają z odpowiednią siłą, a sama młodzieńcza witalność nie obroni godzinnej płyty. Drażnią wybuchy nieokiełznanej rockerki, trochę lepiej prezentują się spokojniejsze fragmenty – takie "High To Death" czy closer w spogłosowanym anturażu wypadają całkiem nieźle, niemniej songwriterskie i storytellerskie umiejętności zbyt często giną w natłoku produkcyjnych niedoróbek. Możemy mówić o młodzieńczym braku umiaru, możemy również mówić o przegadaniu. Umiarkowany kciuk w górę, bo to odświeżające móc z napięciem oczekiwać konkretnych słów (i nie: "Ja ciebie też", tylko: "It's not the sadness that hurts you / It's the brain's reaction against it", mimo że różnica jest przecież niewielka).

2018: Przepisywanie tekstów o muzyce chyba nie ma sensu, ale jakie to ma znaczenie – w końcu nie jesteśmy młodzi. Przepisywanie słów nie ma sensu, jeśli nie jesteś Pierre'em Menardem. Mamy siedem lat więcej, ale tyle samo zębów, nasze lo-fi wciąż jest lo-fi, tyle że jakby selektywnym, przemyślanym. Will Toledo zbolałym tonem śpiewa, że chciałby mieć głos jak Frank Ocean. I to własnie "Give me Frank Ocean's voice" – ta transformacja Bejara we Franka Oceana – doskonale obrazuje przemianę indie-sceny (i Pitchforka, który w 2011 roku nie zrecenzował tej płyty), w której to r'n'b i rap są nowym indie, a nieheteronormatywność odważnie przemawia własnym głosem. Mógłby równie dobrze poprosić o głos Bradforda Coxa, bo z liderem Deerhunter łączy go nie tylko obsesja na punkcie chłopców i tytuł płyty (Monomania z 2012), ale również, co tu ukrywać, monomania. Skoro Cox z upływem czasu powściagnął swoją nadproduktywność, Toledo godnie zastępuje go w roli głosu przedwcześnie dorosłego, a mimo wszystko wciąż niedojrzałego nie-pokolenia opętanego jedną ideą. Kciuk w górę, ponieważ jestem przewrażliwony – nietrudno mnie dotknąć ładnym wersem ("We were wrecks before we crashed into each other").

W jakimś wywiadzie Toledo wspominał o inspiracji "The Past Is A Grotesque Animal" Of Montreal. I rzeczywiście – gdy odrzucimy powierzchowne różnice gatunkowe, trudno wyobrazić sobie lepszą analogię w filozofii piosenkopisarskiej. Nie ma to jednak nic wspólnego z progresywną strukturą piosenek, utwory budowane są według nieskomplikowanej sinosuidy nastrojów, prowadzone przez głos Toleda, naprzemiennie histeryczny i zmęczony, pełen pasji i zrezygnowany. W porównaniu do ostatnich, coraz bardziej nużących dokonań Marka Kozelka, chłopak o aparycji młodego Elvisa Costello zdaje się posiadać umiejętność utrzymywania uwagi sluchacza nawet wtedy, gdy utwory ciągną się w nieskończoność. Ciekawa jest również kwestia osadzenia Car Seat Headrest na gruncie muzycznej tradycji. To skrajnie nieoryginalna muzyka, ocierająca się wręcz o indie rockowe i power popowe klisze, ale wystarczy pobieżnie przejrzeć recenzje, by zorientować się, że dziennikarze mają problem z podaniem konkretnych odniesień – Mark Richardson na Pitchforku wspomina o Strokes, gdzieś pojawiają się Pixies, They May Be Giants czy Daniel Johnston. W recenzji świetnego Teens Of Denial na Porcys redaktor Kołaczyk pisze o Pavement. I może na tym polega wyrazisty songwriting – nie da się go podsumować wyliczanką inspiracji i skojarzeń. Tutaj proste solówki, oczywiste akordy napędzają zapamiętywalne zwrotki i mostki, a refreny, które powinny wybuchać desperacją, śpiewane są głosem przepełnionym rezygnacją. Przebrzmiałe progresje akordowe tkwią w repetycji, powtarzają się aż do wyczerpania, można już tylko się poddać albo podać w wątpliwość swój gust. Zapisują stan powoli wygasającej euforii.

Niełatwo jednoznacznie stwierdzić, czy centralnymi punktami Twin Fantasy są potężne, rozciągnięte w czasie utwory ("Beach Life-In-Death" i "Famous Prophet"), czy może jednak krótsze, niemal singlowo zorientowane piosenki ("Sober To Death" i "Cute Thing"). A może patetyczny opener? Albo prościutkie "Stop Smoking", albo monolog w "Nervous Young Inhumans"? Każda z tych opcji prezentuje się kusząco, ale łatwo coś przegapić, jak wciąż przewracasz oczami i uganiasz się za chłopcami, dlatego wybieram "Bodys", a konkretnie początkowy fragment, gdy Toledo pyta (sam siebie?), czy to już refren, i szybko odpowiada ("No, it's just the building of the verse / So when the chorus does come, it'll be more rewarding"). Niby pretensjonalne, metamuzyczne zagranie, piosenka komentująca samą siebie ("Czy to najważniejsze zdanie w tej recenzji, Pawle? / Nie, czytaj dalej"), ale jednocześnie świadectwo kompozytorskiej dojrzałości, samoświadomości. Powtarza ten zabieg w closerze – "This Is The End Of The Song / And It Is Just A Song". Jednak w tym przypadku się myli, prawda? (To nie koniec recenzji, bo to nie jest tylko recenzja).

Wspomniane powyżej "Bodys" oferuje całkiem niezły wehikuł czasu: słychać tu zarówno garage rock revolution w stylu Maximo Park i Strokes, jak i dance-punkową rytmikę. Znowu: nieświadomy (?) hołd dla gatunków, który były w większości przypadków pozbawionym większej subtelności przetworzeniem muzyki lat 60 i 70. To podwójne zapośredniczenie pewnie nie ma większego znaczenia i można je uznać za znak czasów. Przyjrzyjmy się jednak, w jaki jeszcze sposób nasz "nervous young inhuman" fetyszyzuje przeszłość: trzy utwory z My Back Is Killing Me Baby z 2013 roku pojawiły się na Teens Of Style z 2015 roku. Twin Fantasy z 2011 roku doczekało się odświeżonej wersji siedem lat później. Lata lecą, zmieniają się tytuły płyt i piosenek, powracają te same refreny, wersy. Można podać wiele przykładów tego kalejdoskopu powracających motywów, żonglerki muzycznymi autocytatami. Trudno jednak mówić o obsesyjnym cyzelowaniu fragmentów, to raczej osadzanie ich w nowym kontekście. W muzyce Car Seat Headrest przeszłość sukcesywnie zjadała swój ogon i pożerała teraźniejszość. W 2018 roku dla słuchacza Twin Fantasy i Willa Toledo teraźniejszość albo nie istnieje, albo istnieje jedynie jako nowa, spreparowana na potrzeby chwili forma przeszłości.

Twin Fantasy nie spełnia wszystkich obietnic. To twórczość wsobna, w wielu miejscach autobiograficzna, zazwyczaj autoreferencyjna, czasem wręcz podejmująca międzypiosenkowy dialog, więc "przepisanie na nowo" całej płyty jest jedynie przedłużeniem i – jak się okazuje – ostatecznym triumfem strategii notorycznego powrotu. Jednak trudno się pisze i śpiewa, mierząc się jednocześnie z oporną materią słów i rozgrzebywaniem ran. Wiec jeżeli nagranie kolejny raz tego samego albumu po siedmiu latach funkcjonuje jako przepracowanie żałoby po bezpowrotniej utraconej młodości, to ponosi spodziewaną klęskę. Tyle że to porażka, która uświadamia, że czasami pewne słowa muszą dojrzeć, stopić sie z odpowiednią formą, by w końcu wybrzmieć tak, jak powinny – dojmująco i szczerze. To tylko muzyczna protetyka pamięci, restytucja przeszłości w formie zakonserwowanych na płycie wspomnień. Słowa rzeźbią i żłobią, brzmią tak nierozsądnie, że to aż nieistotne. Toledo brnie przez zasieki nieskładnych liter, czasami grzęźnie w natłoku tych niepotrzebnych, innym razem myli adresata. Ale przypomina, że gdy czasami – pod wpływem uniesienia chociazby – przestajemy gryźć się w język, efektem może być nieznośne gadulstwo, tak jak tutaj, w tym miejscu, w tym tekście, ale może też być uniwersalna prawda, tak jak na Twin Fantasy, tak jak poza tym tekstem i poza oceną, którą widzicie.

Gdyby potraktować dyskografię Car Seat Headrest jako formę sesji terapeutycznej Willa Toledo, to Twin Fantasy jest jej szczytowym punktem: powrotem do źródła, do wciąż drażniącego początku, po którym już nic nie było takie samo. Przy okazji warto pamiętać, co napisał(by) pewien Rosjanin: wszyscy nieszczęśliwi songwriterzy są do siebie niepodobni, każdy wesoły jest szczęśliwy w ten sam sposób. A Will Toledo idzie tam, gdzie chce, chociaż czasem pada śnieg w kwietniu, chociaż zazwyczaj czuje się jak zwykły śmieć, chociaż często umiera z trzeźwości (czy-tam ciekawości), chociaż może nagrał przegadaną płytę, ale przegadaliśmy już sporo nocy, więc to chyba uzależnienie ("Most of the time that I use the word *you* /Well you know that I’m mostly writing about you"). Chciałbym napisać, że widzimy się za siedem lat, ale wiecie, jak to bywa. Zostają tylko pytania. Jak wytłumaczyć tę słabość? Dlaczego nadal o niej myślisz? Czy piszesz o płycie? O czym teraz mówisz? Spoglądamy w ziemię, jakby to był pierdolony shoegaze, słuchamy deconstructed club, jakbyśmy mogli dostrzec przyszłość, słuchamy indie rocka, jakby uzależnienie było jedynie kolejną formą niezależności.

Paweł Wycisło    
31 grudnia 2018
BIEŻĄCE
Porcys: Equalizer #4
M83Knife + Heart