SPECJALNE - Rubryka

Porcys: Equalizer #2

28 września 2018

Zapraszamy na drugi odcinek naszej rubryki, w której przyglądamy się mniej rozreklamowanymi, bardziej niszowymi, ale wciąż niezwykle interesującymi wydawnictwami z każdej możliwej stylistycznej półki. W tym odcinku znalazło się miejsce dla ambientu, microhouse'u, shoegaze'u, elektronicznego minimalizmu, jazzu, juke'ującego glitchu, muzyki afrykańskiej, japońskiego industrialu czy amerykańsko-japońskiego post-metalu. Zapraszamy do lektury.


Arp: Zebra

Arp
Zebra
[Mexican Summer]

Alexis Georgopoulos pojawił się na moim radarze kilka lat temu, gdy na More zwiedzał i z rzemieślniczą precyzją odtwarzał zielone światy Briana Eno. Musiało minąć jednak sporo czasu nim ukrywający się pod pseudonimem Arp nowojorski producent ponownie zachwycił mnie swoją propozycją wydawniczą. Nie żebym nie doceniał sprawności psychodelicznych podchodów Pulsars E Quasars, kontemplacyjnej repetycji Inversions czy – przede wszystkim – hołdu złożonego Durutti Column na nagranym wspólnie z Jefre Cantu-Ledesmą Fragment Of A Season, ale dopiero o Zebrze mógłbym z czystym sumieniem napomknąć, gdyby akurat zapytali jej rodzice. To płyta spójna, choć pełna kontrastów: naturalność akustycznego instrumentarium przeplata się z jakąś obcą, cyfrową aurą, minimalistyczny spokój kompozycji nadgryzany jest neurotycznymi ciągotami aranżacji, a słońce przewrotnie wschodzi na zachodzie, odkrywając bogactwo kultur z różnych zakątków świata. Imponuje swoboda, z jaką Georgopoulos zestawia zorganizowane, reichowskie wojaże z rozdygotanym spiritual a la Alice Coltrane, świdrującym kosmische albo osobliwym etno-ambientem przywołującym na myśl twórczość Jona Hassella. Ten nieustanny gatunkowy dryf nie ma przy tym większego wpływu na ogólną urodę albumu, na jego zwiewne, łagodne flow, idealnie oddające klimat subtelnego, nienachalnego eksperymentu. To po prostu bardzo ładna muzyka zrodzona z klarownych inspiracji oraz chęci sięgnięcia do tego, co inne i dziwne – a więc taka, przy której dosyć łatwo się zatracić. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Barker: Debiasing (EP)

Barker
Debiasing (EP)
[Ostgut Ton]

Okładka Debiasing zapowiada coś w rodzaju futurystycznej jazdy, ale tak naprawdę mamy tu do czynienia z dobrze znanymi ćwiczeniami na temat elektronicznego minimalizmu o proweniencji techno, choć sam sound nierzadko bywa nieco maksymalistyczny ("Filter Bubbles"). Barker rzeźbi statyczne utwory, w których nachodzące na siebie warstwy podlegają minimalnym zmianom. Skojarzenia mogą popłynąć w kierunku loopów Manuela Göttschinga (zwłaszcza "Cascade Effect"), Luomo i Shinichi Atobe. Nie brak też dość ciekawych flirtów z ambientem ("When Prophecy Fails"), a nawet lekkich odcieni spowolnionego trance'u ("Look How Hard I've Tried"). Cóż, zestaw godny polecenia i na pewno jedna z ciekawszych, elektronicznych EP-ek tego roku. −Jakub Bugdol

posłuchaj


BCUC: Emakhosini

BCUC
Emakhosini
[Buda Musique]

BCUC (inaczej Bantu Continua Uhuru Consciousness), to młody, siedmioosobowy zespół z Soweto i jeden z najbardziej urzekających projektów muzycznych pochodzących z Południowej Afryki w ostatnich latach. Artystyczny impet, zaangażowanie społeczne i porywające brzmienie sprawiają, że frazesy typu "one of a kind" same nasuwają się na usta. Piosenki na Emakhosini są długie (opener trwa prawie 20 minut), ale wciągają bez reszty. Słucha się tego jak najlepszych zespołów Congotronics z Kinshasy. BCUC ma imponujące wyczucie dynamiki. Utwory rozwijają się, zmieniają kierunek, znikają, bawią się przestrzenią, nie pozwalając przy tym słuchaczowi wypaść z transu. Sami muzycy określają swoje utwory jako esencję "Africangungungu". Po dziennikarskiemu: jest to mieszanka tradycyjnej południowoafrykańskiej muzyki z elementami funku, hip-hopu i punkowego gniewu. Artyści dotykają problemów współczesnej Afryki, m.in. trudnych realiów niewykształconych pracowników. Jedna piosenka z wcześniejszej EP-ki wyrażała poglądy na temat narodowego idola i podobno była na tyle kontrowersyjna, że ostatecznie została usunięta z albumu. BCUC przede wszystkim jednak trzyma się filozofii tworzenia "muzyki dla ludzi przez ludzi z ludźmi". A z tym zawsze będę mógł się utożsamić. –Adam Kiepuszewski

posłuchaj


Blithe Field: Days Drift By

Blithe Field
Days Drift By
[Blithe Field]

Nooo, i tutaj mamy ciekawy przykład, jak obchodzić się we współczesnych czasach z indietroniką. Days Drift By jest mieszanką ambientu z korzennym, instrumentalnym graniem ("Perseus" i "Prelude" przypominające Akira Kosemurę). Trochę Pluramon i Function, trochę múm i chłodnawa, jesienna melancholia w brytyjskim, wiejskim krajobrazie chamber music ("RD 1"). Jest w tym wszystkim pewna doza odrealnienia ("Bubbling Cauldron") zmierzająca do wciągających, zaplątanych, ale pędzących wprost ścieżek bez wyraźnych podziałów w formie. Ogólnie, Days Drift By dzieli się na dwie podstawowe tendencje − akustyczną i elektroniczną, trochę jak na płytach Woo, choć niejeden raz wszystko się przenika ("Grotto"). Elektronika jest totalnie odjechana, dziwaczna jak Scena Canterbury, a fragmenty akustyczne, dość spokojne i zachowawcze. Tak na marginesie, chciałbym jeszcze wyróżnić "Clouds Roll In", bo to dla mnie zdecydowany highlight free jazzu o folkowych zapędach. −Jakub Bugdol

posłuchaj


Edwin Sheard & Matthew Bailey: Vol. I

Edwin Sheard & Matthew Bailey
Vol. I
[ES+MB]

Czy samotne drzewo, które upadło, nie mając w pobliżu nikogo, kto mógłby to usłyszeć, wyda z siebie dźwięk? Czy dwóch nieopierzonych małolatów tworzących przejmujące jazzujące minimale, wydając płytę, której nikt nie przesłucha, tak naprawdę wydało płytę? Nie wiem, ale trochę smutniej się robi, gdy tak ładnie prowadzony saksofon tak mocno brzmiący Zimpelem, miałby zmarnować się w mrokach spotify'owego archiwum. Podoba mi się tutaj ta umotywowana oszczędność, podoba mi się wyjątkowo ciepła barwa tych nagrywek, a z tego wszystkiego najbardziej podoba mi się to, że całość brzmi, jakby rozgarnięty produkcyjny spec od elektroniki improwizował sobie podkłady pod już nie tak do końca rozgarniętego gimnazjaliste ćwiczącego sobie skale w możliwie najbardziej toporny sposób. Ma to swój styl, ma swój klimat. Ma moją uwagę i waszą też powinno. −Michał Kołaczyk

posłuchaj


Emamouse: World Gazer

Emamouse
World Gazer
[self-released]

Gatunek denpa, czyli memiczna Japonia w swoim abstrakcyjnym natarciu. Powoli przestający tykać licznik Geigera ze strużką dymu wydobywającą się z poprzepalanych styków. Pomysł, aby vibe kreskówkowych openerów połączyć, no właśnie... z czym? Z chiptunem? Z bitpopem? Z łapaniem pod prysznicem własnego głosu za pomocą dyktafonu? I niby jest tu silny pierwiastek lo-fi, bliższy dziwniejszym parodiom z Youtube'a, niż całej tej kultowej nisko-jakościowej tradycji, ale na każdy dziecinny "Fish In The Autumn" (swoją drogą, bardzo urokliwy), przypada "Wavy Under Viaduct" czy "Vinyl Pipe Monomer" w swojej konsolowej epickości i dopieszczeniu, będące czymś po prostu wybitnie zachwycającym – bez taryfy ulgowej. Jeżeli przelotem wpadliście w objęcia tegorocznego Kikuo i macie pewne nieuleczone sentymenty względem Cyganów sprzedających żółte kasetki do Pegasusa, World Gazer jest stworzony wprost dla was. –Michał Kołaczyk

posłuchaj


Gábor Lázár: Unfold

Gábor Lázár
Unfold
[The Death Of Rave]

"Paaanie, ale to już było" – zaczął malkontent. Prawda. Było, ale niewielu chce się jeszcze układać to lego w abstrakcyjne konstrukcje. Lázár, na którego zdążyłem się obrazić przy okazji Crisis Of Representation, kiedy pobrzmiewał mi dyskontową taniością, niespodziewanie wrócił do moich łask. Co prawda wciąż zapatrzony w swojego idola, Marka Fella, jednak z wiarą w to, że Multistability nie wyczerpało tematu juke'ującego glitchu. Z mniejszą dozą awangardy, którą dotychczas odznaczały się jego poprzednie albumy, a przy tym większą świadomością densfloru, błyski i odpryski hardware'u zgrabnie wprawił w synkopowy taniec. Niby obywatel Budapesztu, a pomimo tego, na swojej produkcyjnej tapecie, z chirurgiczną precyzją rozcina i mutuje wyspiarskie "czwórki" oraz garażowo-jungle'owe kuglarstwo. Zręczności i przystępności Unfold z pewnością nie można odmówić. Nie wiem, gdzie gość rezyduje, ale w Orbanowskiej rzeczywistości, w której niezależna galeryjna sztuka ulega w zawrotnym tempie procesowi instytucjonalizacji, miło spojrzeć na kogoś, kto choćby w muzyce myśli jeszcze kategoriami przyszłości. A nazwa świetnie prosperującego w tym roku wydawcy to czysta zgrywa. –Witold Tyczka

posłuchaj


Grim: Primary Pulse

Grim
Primary Pulse
[Trapdoor Tapes]

Przepięknie skompresowany industrial prosto z Japonii. Bogaty w obskurne sample, posępny i zarazem powabny. Będący całkowitą antytezą produkcyjnego wymuskania i wygalowania współczesnych frontmanów nurtu, którzy rokrocznie goszczą na listach największych internetowych, opiniotwórczych serwisów muzycznych. Ponoć puls prymarny, ale daleki od solowych, nieco bezrefleksyjnych początków Jun Konagaya (oczywiście EP-ka White Hospital poza kategorią), z wyjątkową maestrią ukrytą w kolażowych fragmentach "Assassin's Room" (Yōran z 1981, anyone?). Analogowo ścięte sygnały w ujęciu ESENCJONALNYM (drajw w zamykającym całość "G.T.R."). Kurczę, jednak malutcy protoplaści gatunku wciąż robią to najlepiej. –Witold Tyczka

posłuchaj


Keiji Haino + SUMAC: American Dollar Bill - Keep Facing Sideways, You're Too Hideous To Look At Face On

Keiji Haino + SUMAC
American Dollar Bill - Keep Facing Sideways, You're Too Hideous To Look At Face On
[Thrill Jockey]

Załóżmy, że jesteście fanami typu "die-hard" zespołu muzycznego Boris. Po sesji z Absolutego oraz Amplifier Worship zapragnęliście, zachowując pełną chronologię, prześledzić jak to się stało, że klasycznie rozumiany metal z końcówki lat dziewięćdziesiątych przeobraził się w (już) post-metal. Sięgacie po koncertowe Black: Implication Flooding z gościnnym udziałem Haino. Puszczacie pawia. Mija równe dwadzieścia lat i ktoś postanawia wreszcie nagrać ten sam album, ale lepiej. Z większą świadomością instrumentarium, studyjnym ograniem i bez ucieczek w maskujący wykonawcze niedoskonałości drone'owaty burdon. To właśnie SUMAC pod rękę z papieżem azjatyckiej improwizowanej awangardy nagrali wreszcie taką wersję ślamazarnego metalu suplementowanego skrzekiem, piskiem, krzykiem, chrzęszczeniem, fletem i gitarą, że nie ma się już czego wstydzić. Odpowiednia proporcja szaleństwa i atmosferycznego sludge'u, która – co najdziwniejsze – przestała brzmieć tak orientalnie. To jest wreszcie Ameryka z dodatkiem Japonii, a nie pełna dominacja sakury z przemykającymi w tle przyjaciółmi. Trochę ewenement, że osoba Haino płyty nie skradła, ale gość zmierzył się tu z Aaronem Turnerem (ISIS), czyli jego młodszym, jankeskim odpowiednikiem. Formatowanie ekscentryka z Kawagoe na rynek zachodni uważam za zakończone. –Witold Tyczka

PS. Powtarzane naście razy "szmata" z dwunastej minuty serwuje dziwny dysonans poznawczy; tych dwustu sekund akurat szczerze nie polecam.

posłuchaj


Koenji Hyakkei: Dhorimviskha

Koenji Hyakkei
Dhorimviskha
[Magaibutsu / Skin Graft]

Jeżeli komuś nie siedzi, na poziomie konceptualnym, cała ta kobajańska jazda Christiana Vandera i jego Magmy, to ukojenie znajdzie w ramionach Dhorimviskha. Tutaj progowa gra w popularne pchełki nie pcha się w paszczę klasycznej muzyki poważnej i skupia na tym rozrywkowym aspekcie enigmatycznego ruchu zeuhl. Czyli na częstych zmianach metrum, dzikich i improwizowanych jazdach oraz wielogłosach, ale ciągle z uwielbieniem dla harmonii i właściwości systemu modalnego. Tatsuya Yoshida wrócił z kolejnym środowiskowym klasykiem japońskiej awangardy i biada temu, kto nawet nie drgnął do tego kosmicznego jazz-rocka ("Levhorm", od 3:30). Albo nie tupnął przy okazji emblematycznego dla soundu tego projektu openera, "Vreztemtraiv". –Witold Tyczka

posłuchaj


Lori Scacco: Desire Loop

Lori Scacco
Desire Loop
[Mysteries Of The Deep]

Gdybym musiał wymyślić etykietkę pasującą do twórczości nowojorskiej multiinstrumentalistki, posłużyłbym się określeniem "ambient terapeutyczny", gdyż obcowanie z paletą przytulnych dźwięków na Desire Loop, koi zmysły z finezją doświadczonej baletnicy podczas życiowego występu. Proste, lecz nie ordynarne kompozycje skrupulatnie balsamują duszę, narażoną niemal codziennie na doświadczanie brutalności dnia powszedniego. Słodka naiwność poszczególnych utworów upiększa skalę szarości głównego źródła inspiracji - minimalistycznej elektroniki sprzed kilku dekad. Nie jest to jednak absolutnie muzyka medytacyjna. Mikroelementy namalowanego przez Lori krajobrazu przechodzą tyle dynamicznych transformacji, że bierny odsłuch byłby w tym przypadku niewybaczalną profanacją. Umiejscowiona w pierwszym rzędzie eteryczność, przykuwa uwagę formalną subtelnością i nie pozwala nawet na chwilę dekoncentracji. Zbliżające się wielkimi krokami długie, jesienne wieczory na pewno wiele zyskają dzięki pani Scacco. –Łukasz Krajnik

posłuchaj


Lucy Railton: Paradise 94

Lucy Railton
Paradise 94
[Modern Love]

Czy możliwe jest odnalezienie piękna w destrukcji? Czy da się dotrzeć do sedna poprzez rozebranie standardowej struktury do naga? Czy wywołujące ból głowy piruety aranżacyjne, żeniące wwiercający się pod czaszkę drone z industrialnym kolażem, robią na kimkolwiek wrażenie? Czy ćwiartowanie zdroworozsądkowej chronologii to oznaka artystycznej odwagi? Czy muzyka konkretna pachnie czasem truchłem konającej fabryki? Czy nicość ma namacalny kształt? Czy warto definiować pustkę? Czy konkluzja powinna satysfakcjonować? Czy skonstruowanie raju to nasz obowiązek? Tak, jest to możliwe. –Łukasz Krajnik

posłuchaj


Mandar: String Theory (EP)

Mandar
String Theory (EP)
[Oscillat Music]

"Sprawa jest krótka, choć z tłumikiem", bo to zaledwie 16 minut MUZY, ale za to łatwo się zaangażować. Mam tu coś dla tych, którzy lubują się w gumiastych micro-house'owych sprężynkach nawiniętych przez takich androidów jak choćby Marc Leclair czy Sasu Ripatti (do młodszych czytelników: jeśli nie kojarzycie tych jegomościów, to sprawdzajcie AŻ WAS GOOGLE BĘDĘ SWĘDZIAŁY, Z BÓLU). Mandar to francusko-duńsko-holenderskie trio deep-house'owych producentów (dla porządku: Charlie Naffah, Nick Putman oraz Samuel André Madsen), którzy całkiem nieźle obcykali kluczowe dla dekady 2000s, dance'owe patenty, ale wiedzą też, jak się robiło dancefloorowe sztosy w latach 90. na francuską modłę (Motorbass, Daft Punk etc.) Czasem wręcz z przerażającą dbałością o detal (zapraszam do sprawdzenia tracku "Else" z wydanego we własnym labelu debiutu z 2016 roku) potrafią imitować styl swoich, jak mniemam, miszczów, ale najważniejsze jest to, że utwory tego europejskiego składu mają absolutnie wciągające, wręcz immersyjne właściwości. Na przykład nie nużą mnie nawet po 10 minutach, co bardzo sobie cenię. Właśnie tyle minut liczy sobie tytułowe nagranie z ostatniego release'u kolesi: bezpośredni, soczysty deep-house ocieplony delikatnymi muśnięciami kryształowych klawiszy i ozdobiony pełnymi rozmachu smyczkami, które ostatnio w tej formie można było usłyszeć na płycie, która w 2014 zwyciężyła w naszym corocznym rankingu najlepszych albumów roku. Indeks drugi może w moich uszach nie jest już tak fantastycznie rozplanowany i zrealizowany, ale to wciąż poczciwe HAŁSIWO zatopione w chłodnej, dusznej i ciemnej warstwie klimatycznej. Zresztą sprawdźcie sami, bo w tym wypadku nie chodzi o jakieś ciągnące się w nieskończoność playlisty Drake'a, a o wolny kwadrans. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Sinjin Hawke & Zora Jones: Vicious Circles (EP)

Sinjin Hawke & Zora Jones
Vicious Circles (EP)
[Planet Mu]

Mini-album łączony z etykietką "deconstructed club", która moim zdaniem bardziej zaciemnia, niż rozjaśnia obraz, ale nie czas i miejsce na taką dyskujsę. Trzymając się tematu: damsko-męski duet Sinjin Hawke oraz Zora Jones bawią się w najlepsze za pomocą najnowocześniejszych środków dance'owego wyrazu. Wyczuwam tu podobny rodzaj ciążenia, który pojawił się choćby na kochanej przeze mnie EP-ce Vertical XL Kingdoma. Czyli znowu czuję się zamkinęty w jakiejś labiryntowej platformówce, w której muszę znaleźć sposób na uwolnienie się, ale jakoś zupełnie nie mam na to ochoty. Nic dziwnego, skoro w drugim, ulanym na arabskim podłożu indeksie czuwa nade mną Bóg. Może nie wiem, który dokładnie, ale czuję się bezpiecznie. Trochę mniej bezpiecznie jest przy "Lurk 101", bo tutaj mam do czynienia z najczystszym w świecie ostrzałem podczas wirtualnej wojny: nad głową latają najróżniejsze kule z digitalnej broni maszynowej, a na parkiecie nie jest łatwo się ukryć. Ale czy to źle? Skąd! A jeszcze bardziej cieszy mnie to, że Vicious Circles przemyca "internetowy" błysk znany chociażby z LP Motion Graphics czy roztworów Visible Cloaks (koślawe post-r&b "BabyBoySosa" lub wołające na pomoc Arkę interludium "Solace" na poparcie tezy), a znalazło się też miejsce dla brutalizmu Hudsona Mohawke (wspaniale waleczny opener). A więc dostrzegam tu ogromny potencjał i kto wie, dokąd zajdzie ta dwójka. Wszystko wskazuje na to, że całkiem daleko. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Vyva Melinkolya: Vyva Melinkolya

Vyva Melinkolya
Vyva Melinkolya
[self-released]

Shoegaze, shoegaze… czy w końcówce drugiej dekady XXI wieku ktokolwiek traktuje go jeszcze jako kreatywny, zdolny do wykrzesania czegokolwiek intrygującego nurt muzyki popularnej? Pytam na serio, z pozycji zdeklarowanego fana, chronicznie nienasyconego wyznawcy gatunku i osoby mocno przybitej wykorzystaniem limitu na pierwszy w życiu odsłuch Souvlaki: czy z tego ujścia popłynie jeszcze woda? Wszyscy znamy kardynalne grzechy dzisiejszych adeptów wgapiania się w trampki: niespotykana w takiej skali odtwórczość, sztywne trzymanie się nakreślonej przez kanon formuły, zbyt duże nakierowanie na estetykę, emocjonalna i kompozycyjna pustka kamuflowana reverbami, "skorporatyzowanie" niezwykle czystej u swojego zarania idei. Oczywiście w ostatnich latach zdarzały się chlubne wyjątki w typie "Rebirth", były też liczne nawiązania do shoegaze'u, całkiem udane próby inkorporowania go, łączenia z tym, z czym jeszcze nigdy wcześniej nie był łączony. Ale jego kondycja jako taka? Co roku śledzę i nawet znajduję coś dla siebie, ale z każdym kolejnym "fajnym" wydawnictwem coraz bardziej widzę, że to zaledwie sentyment, myślenie życzeniowe wlokącego się za mną, nostalgicznego cienia.

I teraz dowcip: Viva Melinkolya całkowicie skreśla to, co właśnie napisałem. Martwota gatunku znika, wyparowuje, puszcza się z dymem ponad żarem, z jakim wybrzmiewa te dziesięć utworów. Dla autorki nagrania shoegaze są nie tylko ultymatywną formą muzyki, jej platońskim ideałem, ale też perfekcyjnie dobraną platformą do wyrażania emocji związanych z doświadczeniem trudności, jakie spotyka na swojej drodze osoba transseksualna – i to słychać. Łatwo byłoby w tym miejscu powiedzieć: okej, w takim razie kontekst utrudnia racjonalną ocenę, to zwykła przesada, może nawet polityczna poprawność i naciski sponsorowanych przez Sorosa mediów. Z tym że właśnie tak nie jest: Vyva Melinkolya jest jak zagubiony, shoegazowy klasyk, z perfekcyjną proporcją wyestetyzowanego brudu i świetlistej urody, ostrożnie dozowanej ciszy i chaotycznego noise'u, zamglonej euforii i gotyckiej gry półcieni. Drone'ujące riffy pobrzmiewającego wiadomym utworem Slowdive "Between", narkotykowy zjazd slowcore'owego "Exist" czy zagony rozdzierających gitar "Love's Easy Years" (Cocteau Twins anyone?) mają w sobie tyle charakteru, co tuzin albumów z plakietką Best New Music. "1:00AM", "Eclipsing", "Identity" – jeden po drugim zmiatają mnie z nóg i to w czasach, w których już przecież zwątpiłem. Pewnie trochę przesadzam, ale w roku, w którym wyszedł wspaniały nowy Leon, Yves Tumor udokumentował na płycie piękną paranoję, a Playboi Carti nagrał trapową płytę tysiąclecia, siedzę i mięknę pod ciężarem GITAROWYCH ŚCIAN DŹWIĘKU? Tu nie ma co więcej pisać: albo jestem już bardzo stary, albo to rzeczywiście jest piękne granie. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25