Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Ktoś tu chyba postanowił zafundować Lorde przyśpieszony kurs dorastania i warto byłoby znaleźć na to odpowiedni paragraf. Z pomocą (taa) Paula Epwortha rzeczywiście zaczyna brzmieć jak imitacja Lany czy Adele, więc warto zdać sobie pytanie o sens całego przedsięwzięcia. Dziewczyno, masz 17 lat, już pal licho, że próbujesz wyglądać na 30, ale jak jeszcze zaczynasz tak śpiewać, to nóż się w kieszeni otwiera. Niestety Nowozelandka zaczyna wpadać w kategorię tak zgrabnie zdefiniowaną przez Lenę Dunham na starcie Girls: "I think that I may be the voice of my generation - or at least a voice of a generation". Zdecydowanie bardziej wolałem, gdy kreowała się na rzeczniczkę kolejnego pokolenia gimbazy. Tam wciąż jest jeszcze wiele do opowiedzenia! -K.Bartosiak
Ledwo cztery dni minęły od wzmianki Witolda Tyczki o nowym Happysad, w której autor wyraził – delikatnie to ujmując – zaniepokojenie kondycją krajowej sceny muzycznej, a już pojawił się kolejny wykwit tej ohydnej mody na niedorozwiniętą elektronikę. Do pochodu dołączyli bracia Waglewscy, a efekt ich "ciągłego poszukiwania i stosowania nowych, ciekawych rozwiązań i alternatyw" jest tak ewidentną chujozą, że doprawdy trudno mi sobie wyobrazić, że spodoba się komuś, kto przesłuchał w życiu więcej niż trzy piosenki. Wszystko tu jest niewyobrażalnie słabe, a za przykład niech posłuży okropny, pozbawiony jakichkolwiek skrawków tożsamości i kreatywności refren, którego odbitki usłyszymy jeszcze z pierdyliard razy, bo jest dosyć reprezentatywny dla nowego "nurtu". Taneczna elektronika, tia…"Wodzirejka, głupia pizda". -W.Chełmecki
Znany z Wilco Jeff Tweedy z pomocą swego syna Spencera próbuje zwojować branżę muzyczną. Znakomity teledysk, wyreżyserowany przez gwiazdę Parks and Recreation, Nicka Offermana, i naszpikowany cameo (w klipie pojawiają się m.in. Chance The Rapper, Steve Albini i Conan O'Brien), wyśmiewa politykę wielkich wytwórni płytowych i dostarcza dużo gorzkiej rozrywki, ale sama piosenka nie prezetuje się zbyt zachwycająco. "Low Key" to nic więcej, jak tylko kolejny nieinwazyjny kawałek w stylu alt-pop, pozbawiony jakichkolwiek znaków szczególnych. Obawiam się, że kokosów, znaczy się bananów, z tego nie bedzie. -K.Michalak
Indeks dziewięć na Discovery to również mój ulubiony numer z bogatego repertuaru francuskiego duetu. Choć Spazz użył do tego covera swoich wszystkich pasteli i pewnie jeszcze kilka pożyczył od kolegi w ławce, to jednak nie udało mu się przebić wersji oryginalnej — w końcu w pewnych kręgach "Something About Us" to żelazny KLASYG. Tak czy inaczej, fajny tribute dla ulubionego kawałka. -T.Skowyra
Ach, Donatan! Ostatnio było o nim głośno w toku wymiany uprzejmości z pierwszą damą polskiego street-fightingu, Rafalalą, ale to nie ociekające błyskotliwością wypowiedzi wynoszą go na pozycję bohatera krajowej popkultury. To jego misja. "BRAĆ" nie bierze jeńców. Znów nasz wschodnioeuropejski Zulus Czaka wyrasta na ambasadora słowiańskiej krwi, heroicznie dźwigając na barkach ciężar etnicznej tożsamości swoich rodaków. Niemcy, Grecy, Francuzi: wszyscy są umoczeni, wszyscy klękają przed słowiańskim panem, gdy tylko przyjdzie zasiąść z nim do wódki – deal with it. W łączeniu rozrywki z edukacją jak zwykle pomaga Donatanowi przepięknie operująca manierą Tatiany Okupnik Cleo, a świetny featuring zalicza zespół Enej, wprowadzając obowiązkowy element biesiady i zwrotkę po ukraińsku, której nie trzeba tłumaczyć, bo instynktownie zrozumieją ją przecież wszyscy, którym nieobce są dogmaty panslawizmu. Ja pierdolę, świat oszalał. Poważnie: gdy widzę, jak przez 3 dni coś tak karygodnie złego (muzycznie, tekstowo, ideowo, whatever) zostaje wyświetlone niemal 3 miliony razy, zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby – jak Miles Monroe z allenowskiego Śpiocha – obudzić się za 200 lat. Na szczęście w sukurs przychodzi mi sam Donatan, radząc, by traktować to wszystko z uśmiechem. Dzięki, mistrzu! –W.Chełmecki
Samobójcy czy doskonale znający się na całym music marketingu "artyści"? Z jednej strony, wydając "Ciała Detale", Happysad przekreślają swoje szanse na dalszy romans z festiwalem w Jarocinie. Z drugiej, idealnie dopasowują brzmieniowo do ich dorastającego już targetu, który podpisane przez Grabaża egzemplarze płyt Pidżamy Porno schował tak, by nikt ich nie widział, a dziś przeżywa dziewicze bunty przy akompaniamencie The Dumplings oraz xxanaxx. Żenująca zmiana wizerunku przypominająca reanimację martwego już pacjenta. Nachalność tandetnego elektronicznego popu w polskiej muzyce jest nieznośna, stanowi istny rak dla sceny. Na domiar złego przypominam, iż nowotwór późno wykryty jest zasadniczo nieuleczalny i postępujący, toteż najgorsze przed nami. –W.Tyczka
Podobno premiera debiutanckiego albumu Ślązaków odbyła się dziś, ale zanim zajmiemy się analizą Hurricane Days, pochylmy się na chwilę nad ich najnowszym singlem. Kanciaste, podszyte fajnym, funkującym groovem "Fill This Up" może stać się dla niektórych bardziej wyluzowaną wersją The Rapture, jednak przesiąknięty wrażliwością Friendly Fires i Panda People refren to dla mnie coś więcej niż krótkotrwałe zabicie wczesnojesiennego dołu. Póki co to pudło moich ulubionych tracków FWF, ale hola, hola, kolego! Przecież nie sprawdziłeś jeszcze ich debiutu. -J.Marczuk
Co my tu mamy? Piosenka aktorska w wykonaniu Karoliny "Hera-Koka-Hasz-LSD" Czarneckiej, rymowany tekst o "słoikach", "nowe brzmienia"? Czyżby ostateczna mieszanka pretensji, płytkiej publicystyki i jeszcze raz pretensji? Otóż wcale nie - w jakiś magiczny sposób to wszystko działa i gdy quasi-ludowe zaśpiewy stykają się z orkiestralno-futurystycznym d'n'b, odnoszę wrażenie, że Czarnecka opowiada nam całkiem ciekawą historię, nasyconą dramaturgią i odpowiednia dozą dobrotliwego poczucia humoru. Na zapowiedzianym albumie piosenkarki raczej nie powinniśmy się spodziewać nowej Ewy Demarczyk, która w kilku piosenkach wyartykułuje wszelkie neurozy swojego pokolenia, ale "Stolica" chyba wystarczy, by przeprosić się z Czarnecką po irytującym coverze The Tiger Lillies i przychylniej patrzyć na jej dalsze poczynania. -K.Michalak
Oczywistym jest, że stylistyczne wolty z wydawnictwa na wydawnictwo nie są sensem tworzenia, jednak nie sądzę, by znalazła się więcej niż garstka tych, którzy obraziliby się na Stotta, gdyby ten po dwóch latach po raz kolejny sieknął szlagier pokroju Luxury Problems. Wiem to ja, wiedział i sam Andy, a mimo to, w ramach "Violence", postanowił zrezygnować z ponuro klaustrofobicznych, dubowych czwórek na rzecz przestrzennego soundu, nieregularnie przełamywanego przez gwałtowny, masywny beat. Dodatkowo, Brytyjczyk znów sięgnął po wokalne usługi swojej byłej nauczycielki gry na pianinie, potwierdzając tym samym, że proces humanizacji muzyki maszyn przebiega sprawnie i bez zarzutu. Od pozytywnej czy negatywnej oceny się wstrzymam, bowiem pragnę tylko zasygnalizować, iż premiera Faith In Strangers lada moment, bo już w listopadzie. –W.Tyczka
Wygląda na to, że Teengirl Fantasy chwilowo nie szykują wolty brzmieniowej pokroju tej, która towarzyszyła przejściu z 7AM do Tracer. I słusznie, biorąc pod uwagę, jak świetnym albumem okazał się ten drugi. Zapowiadające nową EP-kę "Lung” jest zatem logiczną kontynuacją, i wyciągnięciem wniosków z faktu, iż najlepsze momenty Tracer wiązały się z wykorzystaniem gościnnych wokali. Zamiast Keleli dostajemy bardziej wyrazistą Lafawndah i eteryczny, liniowo rozwijający się podkład. Słuchając jednym uchem pomyślałem najpierw, że nudnawe, ale wręcz przeciwnie. -M.Sonnenberg