Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Być może do reszty ogłupiałem, ale totalnie kupuję wszystko to, do czego w tym roku łapska przyłożył Popek. Jeżeli ktokolwiek w ciągu minionych dwunastu miesięcy zasłużył na tytuł na naszego czołowego krajowego rapera, to bezapelacyjnie właśnie Paweł Rak. Ja wiem, że Oskar, że PRO8L3M, że mamy do czynienia z najlepszym pod względem skillsów ulicznikiem w historii i mixtape’em, który praktycznie z miejsca zadomowił się w rodzimym hall of fame, ale wskażcie mi drugiego takiego prymitywa cechującego się takim eklektyzmem. Monster 2 potwierdził znakomite ucho do bitów, śpiewany refren w "I Am Calm" już pod koniec lutego zaanektował podium w tej kategorii, a remiksowanie hitów sprzed dwóch dekad okazało się strzałem w dziesiątkę. Dodajmy do tego pierwszy poważny amerykański featuring na naszym podwórku – Game’a w "Connect" i apeluję byśmy w końcu zaczęli traktować Monstera w nieco innych, mniej błazeńskich kategoriach. Zwłaszcza, że dziś wieczór tańcować będziemy do godnej ukoronowania dotychczasowych osiągnięć Popka – syntetycznej, hedonistycznej (jak zwykle) petardy "La Da Da Dee Da Da Da Da" będącej swobodnym "coverem" parkietowego hitu, szlagieru niemieckiego eurodance’u autorstwa La Bouche. Kawałka, który zmusza do skierowania pierwszych z mojej strony pochlebnych słów pod adresem Roberta M, bo zaledwie jednym podkładem potrafił zrehabilitować się za 25 niemrawych indeksów zrealizowanych we współpracy z Janem Borysewiczem w ramach płyty Bal Maturalny. Także mam nadzieję, że nikt już nie płacze po zaniechanych singlowych końcówkach roku z duetem Laik/BobAir i śmiało, pod rękę z Królem Albanii, wchodzi w nadchodzący 2015. –W.Tyczka
Przyznam się bez bicia, że produkcje okołoSkwerowe/Rap Addixowe wzbudzają mój niepokój, bo nigdy nie wiem czy to jest tak trudne, że ja nieogarniam i mam gówno w uszach, czy to są niezrozumiani geniusze, czy jednak jest to ekipa pretensjonalnych gości, którym los poskąpił talentu, uciekających jak najdalej od wszystkiego co może być uznane za przystępne, nagrywających jakiś oleisty kał ze słabym (przerost formy nad treścią) rapem i pałujących się pod szyldem ambitnej muzyki. A może ekipa gości z dobrymi intencjami, którzy chcą robić coś nowego, fajnego, własnego, oryginalnego, ale… no po prostu nie wychodzi (myślę, że Kidd). Zostawiam to osądowi czytelników, bo nie przesądzam. Wiem tylko, że w przypadku "Walking Dead" ten surowy, przemysłowy bit nijak nie został udźwignięty przez Junesa, Kidda i chyba nawet Jeża. Czy to możliwe, żeby członkowie OH starzeli się tak brzydko? –M.Zagroba
Ślizgowa ludożerka czekała w napięciu, Duchu był anonsowany jako młoda nadzieja, a recepcja o dziwo też bardzo pozytywna. Zupełnie tego nie rozumiem. Koleś mieszka w UK, no ale jednak siara jest siarą. No bo siarą jest taki refleksyjny emo-rap w typie 18L spotyka Gutka, nawet jeśli w podkład wepniemy egzystencjalne boleści Casha, odgłosy zapalanych zapałek i refleksyjne pianinko. –M.Zagroba
Aż prosiło się o to, aby tych dwóch szajbusów zgrało się przy jakimś wałku. Skończyło się tak, jak skończyć się miało: Alizzz w swoim stylu wdarł się pod ścięgna emanującego Underworldową siłą openera EP-ki I Love You i bezpardonowo sprał go po nerach. Lido nie za bardzo mógł się wybronić, bo tak potężną, a zarazem precyzyjną serię nu-trapowych ciosów niełatwo jest odeprzeć, nie mówiąc już oddaniu czy skutecznym kontrataku. Ale pamiętajmy, że w ciele okładanego narwańca płynie norweska krew, więc gość tak tego nie zostawi i pewnie już myśli o zemście. To kiedy rewanż, Lido? –T.Skowyra
Nigdy jakoś nie miałem nic do gościa i nadal nie mam, mimo że jako MC jest raczej słaby niż przeciętny i ta jego słabość (a także słabość Czizza) zdecydowała o tym, że ciekawy skądinąd muzycznie Thinkadelic nigdy nie porwał ani tłumów, ani nawet nie był brany pod uwagę w żadnych historycznych zestawieniach hip-hopowych, mimo że nominalnie jako jedni z pierwszych i nielicznych ogarniali jazz-rap i pokrewne. I niedawno koleś powrócił, złapał Donatana za pięty, dostał budżet na wypasione teledyski z celebrytkami i "idzie po swoje" (hajsiwo) melodyjnym rapem ze śpiewanymi wstawkami, kierowanym do "szerokiego słuchacza" (czyli mieszczańskiego grubasa). O ile singiel "Piję Życie Do Dna" był całkiem chwytliwy, o tyle w "Cyklu" za dużo kiczu i uduchowienia w podkładzie się wkrada przy mega-nudnej nawijce a la Ostry na zwolnionych obrotach. –M.Zagroba
W press kicie czytamy, że piosenka "jest manifestem dotyczącym niestety aktualnej sytuacji w kraju, są to tylko słowa – ale od słów zaczynają się zmiany". A brzmi rzeczywiście jak protest-r’n’b, wkurwiona ballada w stylu Destiny’s Child, czyli zabawnie i papierowo. Cleo coś śpiewa o tym, że "nie chce zamku z kart, kaaart, chce normalny dom" (takie nawiązanie popkulturowe jak sądzę) i że "wasze zamki z kart ciągle niszczy wiatr". Jakoś nie przewiduję, żeby od tej pieśni miała się zacząć rewolucja. GDZIE CYCKI? –M.Zagroba
Królowie lata powracają zimą? Do tego follow–upując sztos sprzed lat? To nie mogło się nie udać. Żadnej rewolty względem fanów na szczęście nie planują, ciągle ta sama flegma i laidbackowo przewijane przez Piotrka linijki na firmowych już podkładach patr00. Porównując z Podziemnym Disco, tylko jedna subtelna zmiana – tym razem to ona ma spocone dłonie, a on dzierży srebrny pistolet. No wiecie, parytety… –W.Tyczka
Nie dajcie się zwieść tytułowi: nowa twarz Media Expert może wygryźć Dodę z posady, ale żadnych nowych horyzontów wciąż nie odkrywa. Jej najnowszy singiel jest tak samo upośledzony jak większość poprzednich dokonań. Mógłbym się rozwodzić nad czerstwotą tego szlagwortu, ale mam lepsze rzeczy do roboty niż pastwienie się nad siódmą wodą po kisielu z Paramore. Ubogi pop dla ubogich emocjonalnie odbiorców, zdecydowanie nie polecam. –K.Bartosiak
Na skupionym, metalicznie połyskującym Classical Curves, Jam City tworzył nowoczesne soundscape’y, operując paletą retro-inspiracji, od Prince’a po detroit techno. W chillwave’owym niemal "Crisis" (podobnie z resztą jak we wrzuconym jakiś miesiąc temu "Unhappy") Latham wpuszcza do swoich zamglonych, wysterylizowanych struktur nieco cascine’owskiego światła, choć pierwsze, oziębłe smagnięcia bitu wcale tego nie zapowiadają. Wraz z napływem kolejnych partii syntezatorów i gitar robi się jednak coraz cieplej i gęściej, a wszystko to prowadzi do wspaniałej, niekończącej się kody, będącej jednym z najlepszych tegorocznych wytworów hauntologii. Czekam na longplaya. –W.Chełmecki
Nie jestem specjalnym fanem fali neo-funku, która od jakiegoś czasu zbiera żniwa w mainstreaowych mediach. Hity Robina Thicke'a, Daft Punk, Bruno Marsa czy Pharrella to w najlepszym wypadku sympatyczne rozweselacze, w których funkowe mięso zostało rozebrane do czystego groove'u, a zatem choć bujają na imprezie albo w samochodzie, to nie za bardzo przechodzą próbę uważnego słuchania w zaciszu domowym.
Zamysł stojący za “Uptown Funk” był chyba zupełnie inny - to piosenka vintage, która również nie wnosi do historii muzyki popularnej niczego odkrywczego, ale za to składa rzetelny hołd czasom minionym. Posłuchajcie tylko tego intro - to początki hip-hopu. Linia basu operuje figurami jakby żywcem wyjętymi z Chic, klawisze nasuwają na myśl złote lata Minneapolis sound oraz R&B lat 80., natomiast dęciaki z refrenu to jakby stary trik Tower of Power albo Kool And The Gang. Super, ja jestem kupiony, a dla mniej zajawionych tradycyjnym soundem zostaje zawsze współcześnie brzmiący, narastający pre-chorus, który nie będzie odstawać w radiu. –K.Michalak