Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Jest coś wielkopostnego w tej miniaturce, którą Sufjan zapowiada Carrie & Lowell. To tkwi już w tytule: kontemplacja krzyża, głowa posypana popiołem, gorzkie żale. Bez ironii z mojej strony. Śmierć matki zmiotła tego wesołego, późno dorastającego chłopca z czasów The Age Of Adz, zastępując afirmacyjny okrzyk: "It's a long life! Put your face together, better stand up straight" z "Impossible Soul", przygarbionym i zbuntowanym w niezręczny sposób: "There's blood on that blade; fuck me, I'm falling apart/ My assassin like Casper the ghost/ There's no shade in the shadow of the cross". Co najmniej dziwnym, zwłaszcza w kontekście początkowych nawiązań do Pieśni Nad Pieśniami. Można niemal współczuć to rozdarcie i wierzę, że zapowiadany materiał udźwignie je lepiej niż ten oderwany okruch, dla którego nie mogę znaleźć miejsca i odniesienia lepszego niż wczesny Bon Iver. Tutaj: Sufjan w takiej kreskówkowej pozie, obrócił się na pięcie, zwiesił głowę, ukrył twarz w dłoniach. Tylko przez palce da się dostrzec to jego osobiste, emocjonalne oblicze ukryte w cieniu rozbudowanej metafory. –W.Kowalski
"Jak ktoś nie słyszał tej piosenki, to znaczy, że nie mieszka w Polsce!" – przekonywał rozemocjonowany Krzysztof Varga, by w następnym zdaniu dodać, że "w internecie największy idiotyzm może osiągnąć gigantyczny sukces". Pamiętne rozkminy "fana popkultury, który zatęsknił za elitaryzmem" polecam każdemu w związku z tą reklamą. Disco polo wraca do mainstreamu na pełnej kurwie. Oprócz filmu Disco Polo z wszędobylskim Tomaszem Kotem dowodem ta wersja, którą już niedługo wszyscy będziemy rzygać. Gładź szpachlową reklamuje bowiem odpowiednio przerobiona wersja "Ona Tańczy Dla Mnie". Wyobraźcie sobie tylko proces myślowy tytanów marketingu, który doprowadził do tego wydarzenia...
Środa wieczór, burza mózgów w pewnej agencji. Na stole walają się puste puszki po Tigerze Restart (bo na natemat napisali, że najlepiej stawia na nogi). W powietrzu czuć atmosferę wszechobecnej spinki, bo deadline się zbliża, a pomysłów czym reklamować tę jebaną gładź jak na lekarstwo. Heavymetalowy riff – najmocniejsza z dotychczasowych propozycji – nie budzi akceptacji szefa.
– Panowie kurwa, nie czuję tego. To są proste chłopaki, gdzie mi tu z tym metalem. To musi być coś przystępniejszego. Ja wiem, reklamował to kiedyś Mamed Chalidow, ale teraz nie ma funduszy na gwiazdę. Ma być biednie, ale godnie.
– Hmm, szefie, a może... Ale nie, to chyba nie przejdzie – odzywa się nagle jeden ze stażystów.
– Dajesz świeżak, siedzimy tu kurwa 7 godzin, kończmy tę mękę.
– Może... disco polo?
– Ale co kurwa disco polo? A może Prince Polo? Downa masz? Skąd ty się tu wziąłeś? Konkretniej, kurwa! – zirytował się przełożony.
– Link 4 pan kojarzy? Przeróbmy jakieś disco polo do reklamy. "Ona Tańczy Dla Mnie", to był hit, cała Polska tym żyła. Prości ludzie i intelektualiści z Newsweeka, wszyscy o tym gadali.
– Świeżak, kurwa, jesteśmy na ścieżce, na kursie! Jakby to mogło lecieć?
– No na przykład tak... –K.Bartosiak
Kończący się tydzień dostarczył nam garść niespodziewanych emocji. O nieoczekiwanym (i jak się za chwilę okazało fatalnym) singlu Blur pisaliśmy już wczoraj, tymczasem dziś dla odmiany mamy do czynienia z czymś jakościowo odmiennym. The Singles, bo tak zwie się nowa supergrupa (w której skład oprócz zapomnianej już piosenkarki Scarlett Johansson, wchodzi między innymi znana i lubiana Este Haim) serwuje nam track, którego na pewno nie powstydziłyby się macierzysty skład Este. "Candy" robi przede wszystkim ze względu nośny motyw w chorusie, ale i haimowskie zwrotki wcale nie rozczarowują. O dziwo, nieco zapomniany juz producent także stanął na wysokości zadania, w efekcie czego decyzja o paraniu się przez Johansson muzyką wreszcie nabrała dla mnie sensu. –M.Lewandowski
Hardkorowość zespołu poznasz po jego problemach. Klasyczny dwudziestoletni duet Lighting Bolt po sześciu latach przerwy powraca z albumem nagranym po prostu w normalnym studiu i bardzo tym się stresuje. Taki ruch nazwali aktem desperacji, bo materiał nagrany garażowo brzmiał zbyt podobnie do poprzednich płyt. "The Metal East" pokazuje, że nie ma co się spinać o jakikolwiek ułamek możliwie zatraconego brudu Lightning Bolt. Teraz robią sobie przerwy w nagraniach, używają więcej trików w postprodukcji i noszą słuchawki w akustycznie przystosowanym pomieszczeniu, ale nadal jest to pierwotna muzyka wynikająca "ciągle z tych samych ograniczeń". I bardzo dobrze! –R.Gawroński
A więc stało się i wracacie. Zgrywacie podstarzałych punkowców i myślicie, że kogoś porwiecie tymi dwoma akordami, przesterami i nieporadnymi krzykami Albarna. Myślicie, że to dobry pomysł, myślicie, że ogarniacie. Wiecie nawet, że Japonia jest teraz na topie – zawsze była. A więc stało się i wracacie. Ale nikt na Was nie czeka. –K.Michalak
Pewna bałucka jazz-głowa regularnie daje do zrozumienia, że orężem w jej rapowym arsenale, z którego korzysta najczęściej, jest przewidywalność i nuda. "Hybryd" mega sztos; sześć wzmianek o dziecku, trochę o matce, urocze "ziom" wypluwane co jakiś czas, czyli witam was w rzeczywistości, u mnie wciąż bez zmian. No i sprawa w dalszej części wygląda z grubsza tak, że na typowym dla siebie, wytartym z jakiejkolwiek aspiracji bicie (tym razem produkcji Killing Skills; more like DYING SKILLS, hihi) płynie sobie O.S.T.R., wygłaszający truistyczne kazania, bełkoczący mało interesującymi sloganami. Ale nie, poważnie, już nawet nie chce mi się analizować, ile razy z jego ust materializował się lament, że żona się na niego wkurwia, bo za dużo jara czy jeszcze jakieś inne tanie moralizatorstwo "o życiu, w życiu i po życiu". Zabawna sprawa, ale nawet album, który ów singiel promuje, nosi tytuł... *tadam* Podróż Zwana Życiem – szacunek za konsekwencję, ziom. Na koniec pozostaje mi wyrazić żal, że Madlib nie miał racji – marihuana pod żadnym pozorem nie zwiększa kreatywności. –R.Marek
Gdybyś pytał, to Grubson jednak żyje (fizycznie, artystycznie, jakkolwiek; radujmy się!) i jest zmobilizowany, żeby po powrocie z krainy zmarłych na dobre wstrząsnąć polskim przemysłem fonograficznym. Czy to transcendencja, której doświadczył w nirwanie, skłoniła go do napisania tak game-changing makaronizmów, jak "Original Rudeboy Style coming your way/It’s pay day, mayday, mayday, mayday/Tu Sanepid, więc będzie niezłe earthquake!"? Czy to gibonek spalony z Ellingtonem i Evansem był kluczowym powodem wykorzystania w refrenie elementów jazzowego bigbandu? Czy lekcji retoryki udzielał mu sam Abraham Lincoln, czego efektów można upatrywać w zajebiście przemyślanym akcentowaniu końcowych zgłosek? Odpowiedź na wszystkie pytania otrzymacie po premierze kolejnego krążka Grubego, na tę chwilę jednak zamilczmy i pozwólmy oddać się wierze, że tak konkretna jazda jest wyłącznie mgiełką iluzji. –R.Marek
Earl wyluzował – to pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy po odsłuchaniu nowego utworu najzdolniejszego rapera Odd Future. Przyjemny, słoneczny bit przypomina raczej produkcje Madliba z, dajmy na to, zeszłorocznej Piñaty (na której notabene Sweatshirt gościnnie rzucił zwrotkę) aniżeli mrocznych podkładów znanych z Doris. Lirycznie dalej kombinuje, dalej Rap Genius jest przydatny, ale tym razem zamiast swojego ojca namecheckuje Shoenice’a, a sprawy osobiste zamyka w haśle "other shit". Jest fajnie, leci jak sołtys z drabiny, do Earla mam zresztą ciepły stosunek od pierwszego obejrzenia teledysku do "EARL". Jednak, jeśli nasz bohater pozostanie na tej ścieżce, to następna jego płyta może się okazać po prostu nudna. –A.Barszczak
Przy całej mojej sympatii do Florence nigdy nie mogłem skumać, skąd tak ogromny hałas i dlaczego aż tylu ludzi "nie może się doczekać nowego albumu". Z tego samego powodu pękam ze śmiechu, widząc euforyczne komentarze pod pierwszym teaserem tej właśnie płyty, który jest niczym innym jak napompowanym do granic pretensjonalności, beztreściowym intrem. Nie wiem, być może album okaże się fajny, ale póki co czas najwyższy pogodzić się ze smutną konstatacją, że większość "dzisiejszej młodzieży" kojarzy Kate Bush jedynie z balem przebierańców, a "Unravel" słyszało pierwszy raz przy okazji zamieszania wokół Vulnicury. –W.Chełmecki
"Raising The Skate", czyli premierowy utwór powracającej po dwóch latach z nowym albumem amerykańskiej grupy Speedy Ortiz nie przynosi może rewolucji w indie światku, ale jest znakomitym potwierdzeniem faktu, że gitarowych załóg zza wielkiej wody nie należy w tym roku lekceważyć. I tak, jak kanadyjski Viet Cong rozsadza nieco zaśniedziałą post-punkową tradycję od wewnątrz, tak Amerykanie koncentrują się na odkopywaniu legend z lat dziewięćdziesiątych ze szczególnym naciskiem na formację The Breeders. "Raising The Skate" mogłoby na luzie wylądować na Last Splash, chociaż w poszatkowaniu rytmicznym utworu, ciętej perkusyjnej grze i pomysłowych gitarowych riffach można wyczuć również inspirację nieodżałowanymi Sleater-Kinney (recenzja nowej płyty już wkrótce). Zobaczymy, co dalej, ale jeśli reszta płyty będzie prezentowała się analogicznie do "Raising The Skate" to powinienem być kontent! –J.Marczuk