Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
No i całkiem fajny singiel jej wyszedł. Nigdy nie oczekiwałem od Rihanny niczego wielkiego, może dlatego całkiem podoba mi się zapowiedź nowego krążka, którego producentem wykonawczym ma niby być Kanye. Zobaczymy, co ten buc zdziała z Riri, ale na razie "Bitch Better Have My Money" brzmi jak drink powstały ze zmieszania The Pinkprint i Bangerz, tylko nieco rozcieńczony. Ale ja lubię i album Miley, i album Nicki, więc może nie delektuję się tym trackiem, ale wchodzi mi nawet nieźle (końcówka też). Zalecam pić do dna, zwłaszcza jeśli płacił ktoś inny. –T.Skowyra
Nie ma co ukrywać, że o Nicole Pfeifer stojącej za projektem Devata Daun moglibyśmy nigdy nie usłyszeć, gdyby nie zaopiekował się nią niedawno Ryan Olcott, którego uważa za swoją muzyczną inspirację. Lider 12 Rods ma wyprodukować całą jej płytę i, wnioskując po pierwszym singlu, wykorzystywana przez niego paleta brzmień będzie nawiązywać do jego ostatnich projektów elektronicznych. W nagraniach Nicole łatwo zidentyfikować jednak idiosynkratyczny pierwiastek świadczący o obecności własnego głosu artystycznego, którego zalążków można się dopatrywać już na intrygującej EP-ce sprzed 4 lat wydanej pod szyldem Nicole and the Avalanche. Nad każdą z jej kompozycji unosi się fantasmagoryczna aura uwypuklona dodatkowo na "I’ve Been Here Before" przez silnie przetworzoną produkcję. Nie przyćmiewa ona bynajmniej umiejętności songwriterskich Pfeifer, które najnowsza piosenka ujawnia przede wszystkim zaskakującym skokiem melodycznym na wysokości wersu "So bright they're lit with expectations". Jeśli na longplayu uda się utrzymać tę oniryczną atmosferę, to powinniśmy otrzymać idealny soundtrack do mistycznych i przepełnionych nostalgią wizji. –P.Ejsmont
O Antwonie dawno nie było, a biorąc pod uwagę zbliżający się koncert w Warszawie, warto chyba pochylić się nad nowym singlem najbardziej obskurnego rapera Zachodniego Wybrzeża. I tutaj, już na wstępie, niestety pojawiają się małe schody, bo jeżeli ktokolwiek ma w pamięci zwrotkę "143" czy najfajniejsze momenty ubiegłorocznego LP i oczekuje powtórki z rozrywki (czyt. listowej dawki niewybrednego skurwysyństwa), może naprawdę mocno się zawieść. "Jacuzzi" to w gruncie rzeczy całkiem przyzwoicie skrojony rap w retardowej estetyce, nadal tak kretyński, że aż niezły, ale jednak ostatecznie nie zdaje egzaminu i tym razem można zarzucić mu sporo niedociągnięć. Autotune na refrenie w żadnym wypadku nie wywiązuje się ze swojej roli i zamiast nieść, po prostu wkurwia, sam bit natomiast jest do bólu przeciętny, zbyt tendencyjny jak na poznany do tej pory zmysł selekcji Antwona. Jako luźny, niezobowiązujący numer pod zamroczenie wódą – spoko, biorę. Jako zwiastun nowego LP – sorry, Winnetou, ale akurat od ciebie oczekuję znacznie, znacznie więcej. –R.Marek
Nie wiem, ile mocy przerobowych ma jeszcze Bartosz Kruczyński (vel The Phantom, zresztą pisaliśmy już o nim wiele dobrego), który wspólnie z Jaromirem Kamińskim stanowi trzon duetu Ptaki, ale skoro przekłada się to wszystko na jakość opublikowanych nagrań to jestem pod dużym wrażeniem. Ptaków nie muszę przedstawiać, bo prawie każdy entuzjasta klubowego grania nad Wisłą słyszał już "Krystynę”, "Kalinę” i kilka innych reworków nieco zapomnianych już polskich utworów. Tym razem duet odkurza piosenkę Jolanty Arnal "Mam Tyle Siły" i znów wycieczka w świat nieco nostalgicznej elektroniki przysparza wiele radości, ale i tęsknoty za tamtymi czasami, które wcale nie były zgrzebną konfekcją (czytaliście przecież nasz polski podsum). Jeżeli na planowanym przez duet krążku Przelot będzie kilka innych tak udanych reworków, to sukces mają raczej jak w banku. –J.Marczuk
Jeszcze chwila, jeszcze moment i wielce prawdopodobne, że szykuje się kolejna mocna premiera. A wszystko to za sprawą znanego wszystkim Brytyjczyka Hudsona Mohawke’a, który już w czerwcu wraca z nowym krążkiem zatytułowanym Lantern. Promujący go utwór "Very First Breath” jest prawie tak samo rozbuchany jak produkcje Rustiego, nieco mniej subtelny niż propozycje wydawnicze Obey City oraz wciąż nie tak bardzo widowiskowy jak TNGHT, ale w ogóle mi to nie przeszkadza. Potężne, lśniące syntezatory robią swoje, Irfane na featuringu też daje radę, natomiast charakterny refren z pewnością zostanie mi pod kopułą na dłuższy czas. Oby tak dalej, Hudson! –J.Marczuk
"Czy oni zawsze byli tacy zjebani?" – zapytał ktoś w wieżowcu Porcys tuż po premierze "Psycho", pierwszego singla promującego nowe wydawnictwo Muse. Odpowiedź jest chyba jasna, skoro riff przewodni tego gniota został napisany 16 lat temu. Skumajcie, 16 lat! Zaiste, konserwacja godna Aphexa. Wraz z "Dead Inside" skończyło się ich zasrane życie: odtąd zaczynają nowe, zaszczane. Trio otwiera się na synthpop niczym Popek na muzykę gitarową. Wyobraźcie sobie, jak złe piosenki musieliby napisać U2 na album chujowszy niż swoje najchujowsze, a, jak wiemy, zdarzały się im naprawdę tragiczne. Tak, taka to jest właśnie piosenka, a kalecznie przeprowadzona stylizacja na ejtisy jedynie pogarsza sprawę. A jak komuś mało wrażeń, niech przeczyta sobie, jak lider zespołu skomentował kawałek w kontekście całego albumu. Psy szczekają, fani się cieszą, karawana jedzie dalej. –W.Chełmecki
Popek ogląda Hydrozagadkę, ale Gang Albanii coraz bardziej sprawia wrażenie jakiejś zdeprawowanej, zbuntowanej załogi ze statku Latającego Holendra z Pana Kleksa. Książę Rumunii, Cyganka z Anglii, baba z wąsem, wygrana w karty Miss Albanii, tajne receptury hodowców wielbłądów w Dubaju i wiązanka niesamowitych, narkotycznych przygód – to ich egzotyczne imaginarium. I choć wbrew zapowiedziom osiołek nie rozjebał mi mózgu, to kupuję te oniryczne opowieści w całości, nawet jeśli "Albański Raj" nie jest tak zaraźliwy jak ich debiutancki singiel. –K.Michalak
Znane, nieco wyświechtane już tricki stosuje Matthew Herbert w promującym swój nadchodzący krążek The Shakes (premiera już w Dzień Dziecka, zapiszcie to sobie) utworze "Middle". Nadal jest prywatna wersja house’u filtrowana przez charakterystyczny dla Herberta element retro, wciąż są aksamitne wokale, a i w kwestii produkcyjnej zasadniczo bez skazy. Nie jest to może robota tak wybitna, jak na Around the House oraz Bodily Funcions, ale nic nie poradzę, bo właśnie w takiej wersji, jak w "Middle" lubię Herberta najbardziej. To właściwie wszystko, niemniej wtrącę, że ostatnie półtorej minuty, gdy nałożone na siebie wokalne pasma ślicznie korespondują z biciwem i rytmicznym podrygiwaniem gitary, to już czysta rozkosz, mili państwo. –J.Marczuk
Czy gorsze niż beznadziejne, puszczone w grudniu "Inanimate Sensation"? Chyba nie, ale Death Grips wyraźnie ocierają się o dno. Jakieś mostki, psychodeliczne odloty i wiecznie nieumiejący rapować MC Ride. Meme rap nudzi się w okolicach drugiej minuty "On GP", a wiara w wielkość i epokowość tego (jak obwieszcza najnowszy album The Powers That B, Disc 2: Jenny Death) rap-rock bandu prawdopodobnie wynika tylko z przyzwyczajenia oraz miłości do dzieł w pewien sposób szokujących formą, jak pierwszy mixtape czy długogrający debiut The Money Store. Zresztą o Gripsach jeszcze parę słów powiemy, ale to w kolejnym odcinku. –W.Tyczka
Postawmy sprawę jasno: dwanaście lat temu "There Are Too Many Of Us" nie zmieściłoby się nawet na odrzutach odrzutów z Think Tank. To tylko namiastka tamtego songwritingu, a przypuszczalnie także vocoderowane "zgorillazowienie" zespołu. Teraz pytanie: czy Albarn i spółka zapomnieli, jak prawidłowo dobierać single, czy faktycznie mamy się spodziewać średniego krążka? Kilku szczęściarzy przekona się o tym na własnej skórze już dziś wieczorem w ramach sekretnego show w Londynie, podczas którego Blur zagrają The Magic Whip w całości po raz pierwszy. Nam, z jeszcze większymi pokładami niepewności, na odsłuch przyjdzie czekać prawie do końca kwietnia. Może to osąd nieco na wyrost, ale niektórym muzykom powinno się zakazać powrotów po kilkunastoletniej absencji, bo mnogość niekoniecznie wspaniałych comebacków przeraża. –W.Tyczka