RECENZJE
Jan Jelinek

Farben & James Din A4
Farben Presents James Din A4

2014, Faitiche 8.2

Wygląda na to, że elektronika w 2014 roku uległa procesowi bifurkacji. A stało się tak dzięki powrotom dwóch mężów, niezwykle zasłużonych dla tej muzycznej gałęzi. Po mobilizacji Richarda D. Jamesa z trwającego dwanaście lat stanu hibernacji (tak, tak, zbiór singli Textstar ukazał się w 2002 roku) wydostał się Farben, czyli prawdopodobnie najbardziej intrygujące oraz wizjonerskie wcielenie Jana Jelinka. Oczywiście po drodze zdarzyły się dwie dwunastki (Farben w 2010 i Xango w 2011), ale dopiero studyjny album należy uznać za rzeczywisty powrót. Z tym że Farben Presents James Din A4 ciężko potraktować jako regularny krążek, bo Jelinek przyjmuje tu rolę remiksera czy też interpretatora utworów swojego ziomka, czyli właśnie Jamesa Dina A4. Z drugiej strony, status "remikser" wydaje się mocno krzywdzący — w istocie JJ jest modelowym wykonawcą myśli Nietzschego, która mówi, że interpretacja jest narzędziem, dzięki któremu można czymś zawładnąć.

Dlatego też zdekodowanie Farben Presents... jest o wiele trudniejsze, niż się wydaje. Tak naprawdę jest to album-hołd dla Dennisa Buscha — wszechstronnego, lubującego się w kolażach, niszowego artysty (kolo zajmuje się również sztukami wizualnymi) z małego niemieckiego miasteczka Ottersberg, działającego nie tylko pod własnym nazwiskiem, ale i pod takimi aliasami jak Pop Dylan, Krieghelm Hundewasser, Joyride, Lassie & Chris, Pastor Fitzner czy wreszcie James Din A4. Jelinek dość swobodnie porusza się po całym katalogu Buscha, wybierając zeń najciekawsze momenty: czasem są to fragmenty jakiegoś motywu, czasem cała pętla, innym razem jakaś cząstka beatu czy basowa fraza. Niemiec kreuje z tych wszystkich skrawków niecodzienną aurę, która z powodzeniem odzwierciedla klimat przemyślanej narracji i wykoncypowany układ pełnoprawnego krążka. Ale warto zaznaczyć, że numery Jamesa Dina, choć są całkiem obiecujące i naprawdę frapują, przy Jelinkowych wersjach jawią się co najwyżej rozbudowanymi szkicami. Dopiero Farben nadaje tym kompozycjom nieuchwytnego czaru, dzięki którym brzmią tak błogo. Ale wróćmy do spraw selekcji materiału: na przykład "Lucifer Rising" to remiks utworu z dwunastki JDA4 Kommune 1, miniaturka "Rettung", to pochodna tracka "R-E-T-T-U-N-G" z longpleja Pop Dylana Take Me To The Slaughterhouse, I Will Wait There With The Lamb (swoją drogą, tytuł to follow-up do Leonarda Cohena), a "Krieghelm Hundewasser" to nowa wersja czwartego indeksu na jedynym wydawnictwie od Krieghelma właśnie. Ale wszystko to jest jedynie trochę nudnym sprawozdaniem czy faktograficznym ciągiem, bo tym, co rzeczywiście ekscytuje, jest naturalnie zawartość nowego Farbena.

No cóż, moim zdaniem Jelinek dorzuca do nieoficjalnego tryptyku kolejne wyśmienite wydawnictwo, bo Farben Presents... mogę bez wahania postawić obok Personal Rock, Loop-Finding-Jazz-Records czy Textstar. Po raz kolejny propozycja niemieckiego producenta zachwyca świeżością, nie powiela schematów i rozwiązań z wcześniejszych dokonań (to już nie są stricte microhouse'owe gierki, choć sygnatura 4/4 wciąż przyświeca Farbenowi) oraz jest urzekająco piękna. Zbiór tych dziesięciu pejzażowych impresji udowadnia, jak unikalnym dźwiękowym językiem posługuje się ten wybitny artysta. Śmieszą mnie zestawienia jego stylu z deep house'em, dub techno czy outsider house'em — moim zdaniem to jest pójście na łatwiznę i w zasadzie leniwe dziennikarstwo. Weźmy rozpoczynający album "Kader Dolls" — ze zgiełku rozmów, prowadzonych zapewne w jakimś klubie, wyłania się utrzymany w stylu sci-fi odważny podkład z plumkającymi plamkami, zamknięty w okowach nu-jazzowej myśli. Natomiast z indeksem drugim mam pewien problem. Nie chodzi o kwestie czysto muzyczne, bo "Heimkehr Der Vulgaren", to pyszny, osadzony w cykających mikrobiczach, mglisto-szklany jam z okolic jakiegoś jazz-house-stepu. Chodzi o to, że drugi track na przywoływanej już w poprzednim akapicie dwunastce (wydanej w 2005 roku) brzmi dokładnie tak, jak rzekomy remiks Farbena. Teraz pytanie: czy w 2005 Jelinek maczał palce w tym utworze, czy jest to autorska kompozycja Jamesa Dina A4? Pozostaje mi tylko konstatacja Wołoszańskiego, który w takich przypadkach mówił: na to pytanie nie ma odpowiedzi.

Idźmy dalej, bo tam czeka już "Powerbaum" — nastrojowo-baśniowe interludium, wylęgające się z jakiejś wietrznej krainy mroźnych wód, nakręcanych zabawek (normalnie słuchowisko się wkrada, zresztą pełno na całym Farben Presents... odniesień do muzyki konkretnej) i chciwych skrzatów. Potem jest już tylko delikatne dryfowanie po tafli digi-jeziora, któremu z oddali przygląda się zamyślony Oval. Ten akwatyczny wojaż zostaje zakończony przez kolejną, wykluwającą się w oparach kontemplacji, zjawę "Lucifer Rising". Wbrew tytułowi, sound jest niemal pastelowy, a tkanka zmienia się jak w słońcu brylanty. Ale co najważniejsze: obserwacja, jak ten (chciałoby się powiedzieć) doglądany i zadbany przez Four Teta prześliczny kwiat rozkosznie rozkwita w gąszczu reverbów, dostarcza tak sytej, estetycznej przyjemności, że ciężko skomentować. Po takiej dawce słodkiego nektaru przychodzi quasi-noise'owy przerywnik "Rettung", przygotowujący zupełnie nowe warunki. Bo wtem odzywają się pozacinane, błąkające się po ścieżkach dźwięki "Please Excuse My Face", przypominające niekończące się łapanie sygnałów, rozwijające się potem w jakiś koncert na oldschoolowe telefony komórkowe. Dołączają do nich rozwarstwiony, głęboki bas i beat w motoryce techno, dzięki czemu całość brzmi jak spotkanie wymęczonego, dojrzałego Akufena z house-postawą Herberta z okolic Around The House. Podobny vibe pobrzmiewa w "Krieghelm Hundewasser", choć stężenie i mnogość detali oraz ilość włókien w tej amorficzno-clickowo-chirurgicznej siateczce, utkanej jakby przez kolesi z Matmos, wprowadza zupełnie nowe wątki do portfolio Jelinka.

Podebrany od Jamesa Dina loop przeżywa drugą młodość w "Das Chinesenschwert" — nie miałbym nic przeciwko, gdyby właśnie tak brzmiało Tomorrow's Modern Boxes, bo nawet jakieś daaaaaaleeeeekie echa "Idioteque", skąpane co prawda w eterycznym, tęczowym sosie, są tu słyszalne. Wreszcie trwający osiemnaście sekund pocięty "Fahles Graz" zapowiada finał tej peregrynacji. A w nim czeka nas wycieczka na gęste, bogate w mokradła tereny, które nie są obce takim kolesiom, jak choćby Wolfgang Voigt ze swoim projektem Gas. Jednak Jelinek namaszcza "Helfen Im Sitzen" jakimś metafizycznym, może nawet kosmicznym pierwiastkiem, bo słuchając tego closera można się zastanawiać, co tu symbolizuje zacheuszki, albo: czy takie dźwięki mogłyby sączyć się w kapsułach umożliwiających przemieszczanie się w czasie? Tak czy inaczej, łatwo odlecieć, mając to na słuchawkach. Nie muszę chyba dodawać, że przy całym Farben Presents James Din A4 nietrudno o lewitację, gdyż Jelinek stworzył tu kolekcję ze wszech miar zachwycającą, wskrzeszającą dawną poetykę producenta, a równocześnie idącą o krok dalej, inkorporującą nowe, dotąd nieznane tropy, pozostającą przy tym po prostu przepiękną podróżą przez nieodgadnione dźwiękowe królestwa.

Tomasz Skowyra    
23 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie