RECENZJE
Aphex Twin

Aphex Twin
Syro

2014, Warp 7.7

Marcin Sonnenberg: Lubię myśleć o sobie, że jestem umiarkowanie odporny na hajp związany z wydarzeniami pokroju nowej płyty Aphex Twina. Ubiegłoroczne Boards of Canada początkowo zanudziło mnie na śmierć, a ostatecznie zostawiło z zaledwie letnimi wrażeniami, wydanie Caustic Window przyjąłem raczej wzruszeniem ramion. Strategie marketingowe wykorzystujące zeppeliny, poukrywane w odmętach sieci kody i szeroko pojęte gry terenowe nie podnoszą mi ciśnienia – przecież jestem tak bardzo niewzruszony i docierający do meritum. Tak właśnie lubię myśleć. Teraz przychodzi Syro, a z nim wątpliwości, bo z miejsca jestem zachwycony. Z jednej strony klasyfikowanie czegoś jako growera i mylenie tej klasyfikacji z posiadaniem ”prawdziwych” wartości jest błędem, który przystoi tylko do pewnego wieku. Z drugiej – nie od dziś wiadomo, że ”Everything that glitters ain’t fishscale”. Tak jak przystępność i bezpośredniość Syro pozwala łatwo zbić klasyczny, zawsze towarzyszący podobnym wydarzeniom argument sugerujący, że jedzie się tu na samej renomie, tak samo łatwo odwrócić można ten wywód i stwierdzić, że renoma jest tu jedyną przyczyną przystępności i bezpośredniości. Tak czy inaczej, na pewno jest stałą przyczyną zbyt długich wstępów.

Krytykując Syro, najczęściej zwraca się uwagę na jego anachroniczność, co jest pewnym nieporozumieniem. Już nawet nie dlatego, że przecież zajmujemy się tu muzyką, abstrakcyjnym medium docierającym do oczywiście bezczasowych idei, oraz jesteśmy ponad rzeczy tak banalne jak mody. Pamiętajmy, że żyjemy w czasach, w których ”Windowlicker” (rok 1999, przypominam) wciąż brzmi futurystycznie – w sensie, w jakim futurystycznie nie brzmi, powiedzmy, Vangelis. Wiele mówi to, że wydane po dwudziestu latach proste techno Caustic Window wpasowuje się we współczesny krajobraz elektroniki o wiele naturalniej niż Syro. Mój zmysł wariuje więc, próbując określić, czy drugi z tych albumów trąci myszką (bo brzmi mniej postępowo niż wspomniany piętnastoletni ”Windowlicker”) czy raczej spogląda w przyszłość (skoro przez 15 lat nikt nie zdeklasował tamtego utworu, PAN wydaje nowego Jamesa Hoffa, który brzmi jak Autechre z okolic ”Gantz Graf” itd.). Elementami najbardziej retro na Syro wydają się początkowo użyte tu i ówdzie breaki. Tymczasem, biorąc poprawkę na niedawne zmartwychwstanie na wyspach drum’n’bassu/jungle, należałoby uznać je za element będący najbardziej ”na czasie”. To kolejny wątek dyskusji nad tym albumem, w którym gubię się, ale chyba nie bez powodu.

Syro swoim brzmieniem nie odbiega o lata świetlne od serii Analords, to mocne, pędzące acid-techno, które mogłoby wyznaczać kierunek rozwoju dla tej sceny, gdyby nie była martwa od kilkunastu lat. W porównaniu z Analords kawałki z Syro wydają się jednak o klasę lepsze, bardziej skupione, dodatkowo co i rusz sprawnie inkorporują niespodziewane fascynacje electro-boogie, których na wspomnianych EP-kach próżno było szukać. Podobnie jak w najlepszych momentach owej serii, utwory na Syro przechodzą stałą, zauważalną ewolucję, ani na chwilę nie zadowalając się prostą repetycją. To sprawia, że słuchanie tego zestawu jako LP jest fascynująca sprawą. I tak np. singlowe ”Minipops” przechodzi kilka faz, które ciężko zakwalifikować do jakichś standardowych kategorii, choć żadne z przejść pomiędzy nimi nie wydaje się nielogiczne czy nie na miejscu. Mnóstwo jest tu pomysłów, które pojawiają się tylko na krótką chwilę i natychmiast zostają porzucone, zmuszając do kolejnego przesłuchania – takich, jak choćby klawiszowy pasaż z ”XMAS_EVET10” pojawiający się na wysokości 4:13. Podobne rzeczy można znaleźć niemal w każdym takcie tej płyty. Kolejne motywy pojawiają się jak w kalejdoskopie, nie dając czasu na wytchnienie – to tour de force ma tylko dwa przystanki, w tym jeden końcowy. 180db_ to dość przeciętny, rave’owy numer opierający się głównie na staromodnie pociętym breaku i powtarzającym się, odstrojonym riffie, wieńcząca zaś wszystko ”Aisatsana” to kolejny utwór RDJ w stylu Erika Satiego – nastrojowy i uroczy, choć nieumywający się do ”Avril 14th”. Dodatkowo prosty anagram w tytule, skrywający imię drugiej żony Jamesa, oraz nagranie ćwierkających ptaków służące za tło sprawiają, że wypada dość kiczowato.

Tak czy inaczej Syro to powrót w wielkim stylu, być może największym, jaki był możliwy w niewygodnej sytuacji, w której znalazł się RDJ, a która, jak powtarzają wszyscy nie bez racji, przypominała sytuację MBV. Mam nawet ochotę powiedzieć, że to jego najlepsza płyta, zamykająca część luźnych wątków w dotychczasowej twórczości, ale wtedy już w ogóle stanie się oczywiste, że to jednak wszystko sprawa sterowca.

Borys Dejnarowicz: Cóż, recepcja tego znakomitego skądinąd albumu to podręcznikowy wręcz przykład wpływu kontekstu na opinie o muzyce. Po prostu uwielbiana (za niepokorność, szaleństwo, inność, charyzmę, humor, odwagę, uroczą bucówę etc.) postać RDJ sprawia, że wiele osób tak chętnie dorabia ideologię do jego dokonań. Stylistycznie koleś nadal tkwi w latach 90. oraz inkorporuje funkowe groove'y do IDM i ja wcale nie mam z tym problemu, bo lubię zarówno estetykę lat 90., jak i funk wewnątrz IDM. Męczące jest natomiast obserwowanie doszukiwania się w tym fakcie drugiego dna. Przecież zwykle tego typu zacofanie się dissuje, że artysta został w tyle i nie ogarnia. Tymczasem Richard jest, a jakże, zajebisty z tym ignorowaniem trendów w aktualnej elektronice, ma tak na wszystko wyjebane, boże, to takie genialne. (To jak z odbiorem R.A.M. – ach, jakże fantastyczny pomysł mieli Francuzi, żeby zamiast ścigać się ze współczesnymi nowatorami house'u, sięgnąć do swoich źródeł i nagrać materiał bezwstydnie niedzisiejszy, nostalgiczny, seventiesowy, zagrany na żywych instrumentach… To takie wizjonerskie, zaskakujące i odkrywcze… Normalnie duet Einsteinów. Serio, z całym szacunkiem – weźcie największą patelnię z kuchni i jebnijcie się może w łeb).

Albo weźmy ten sławetny pianistyczny closer. Gdyby nagrał go anonim z ulicy, bez medialnego credu Jamesa, to opiniotwórczy recenzenci ziewnęliby i wzruszyliby ramionami, ewentualnie przyparci do muru wytknęliby banał i nudę. No ale kiedy coś takiego wrzuca na finał IDM-owej płyty sam Aphex, to oczywiście jest to "boleśnie śliczne" oraz inspirowane Satiem... SPOKO. Wiecie, za stary jestem, żeby nie dostrzegać tu wpływu nastawienia na postrzeganie. Syro od pierwszej sekundy cwanie zakrojonej akcji promocyjnej miało być uznane za rzecz wielką, a potem tylko stopniowo realizowano kolejne punkty planu: recenzja tu, wywiad tam, ficzer siam. Starając się odsiać to żenujące pranie mózgu, stwierdzam, że na pewno sporo tu świetnych momentów (mój ulubiony to przełamanie w połowie "CIRCLONT6A" – do takich rejonów winni w końcu dojść Radiohead) i że dobrze, że typ nie zakończył dyskografii na przeciętnym, niespójnym Drukqs, ale szczerze: Dick D Jimmy kosił mnie znacznie bardziej, Caustic Window jakoś podobnie, I Care Because You Do odrobinę mniej, bo chyba było mniej przystępne.

(A co do Satiego, to nie rozśmieszajcie mnie. Niegdyś skatowałem wszystkie dzieła pana Erika do znudzenia i kunszt jego motywików to inny kosmos w ogóle niż ta "Aisatsana". Ale to tak na marginesie).

Witold Tyczka: Latające zeppeliny w Londynie, street art w Nowym Jorku, imponująca lista hardware-przyborów we wkładce do fizycznego wydania, bajońskie sumy żądane za edycję kolekcjonerską i kolejna, z miejsca kultowa, fotografia przedstawiająca szczerzącego się Aphexa dowodzą tylko, że Richard przyłożył się i sumiennie odrobił lekcje z marketingu. Bowiem Syro to przede wszystkim produkt – obłędnie wykalkulowana pozycja w dyskografii rudobrodego. Gwarant kasowego sukcesu. Widmo powrotu, który nigdy nie powinien mieć miejsca, bo przecież James nigdzie się przez te ostatnie dwanaście lat nie wybierał. W świetle tych promocyjnych ruchów naturalnym jest rodzące się pytanie: czy w tym wszystkim jest jeszcze miejsce na treść, na muzykę?

Ile wiosen rzekomej scenicznej absencji, tyle indeksów przynosi nam tegoroczny WARP-owy brzdąc. Tuzin ścieżek przepełnionych czystym, nieskrępowanym soundem przeżywającego swoje najlepsze lata IDM-u. Lata, za świetność których w największym stopniu odpowiedzialny był właśnie RDJ. Mamy więc do czynienia z hołdem oddanym samemu sobie? Rodzi się problem, w jakich kategoriach tak naprawdę rozpatrywać tę plątaninę dźwięków. Ni to tribute dla elektroniki w odsłonie lat dziewięćdziesiątych, ni pastisz znudzonego konwencją czterdziestolatka. W moim odczuciu Syro zwyczajnie przezimowała w szufladzie tak długo, że nie sposób pomyśleć o niej inaczej niż "rozłożona na czynniki pierwsze dotychczasowa dyskografia legendarnego artysty". To nie jest rewolucja, tu nie ma wizjonerstwa. Jest rzemiosło, kunszt pędzącego acid techno. Jeden odbiorca się rozczarował pozorną wtórnością, a drugi, pod wpływem "CIRCLONT14 [shrymoming Mix]", odkurzył kopię znakomitej serii Bare Knuckle autorstwa Yuzo Koshiro. A w tym wszystkim echa, słusznie zauważone przez kolegę Marcina Sonnenberga, Analordów w ich najlepszym stadium rozwoju. Kupuję wszystko – wszystkie breaki, każdy dźwięk składający się na to, wbrew pozorom, różnorodne The Best of Aphex Twin. Może dlatego, że w czasie premiery Selected Ambient Works nie było mnie jeszcze na świecie, I Care Because You Do wyszło tuż po moich narodzinach, a marzyłem, by kiedykolwiek być świadkiem tak doniosłego (mówię śmiertelnie poważnie) święta muzyki.

Dla wszystkich a–a–ale to już było, proszę pani!: Bo stary, to jest tak, że jak już raz uzyskasz tytuł króla, jak już raz go obronisz, to możesz sobie robić co chcesz i jak chcesz. Bylebyś tylko robił to dobrze. Takim tworem jest właśnie Syro. Bardzo dobrym, godnym pożegnaniem. Momentem, który zdefiniować można jako aphexową menopauzę.

Jakub Wencel: Długo zastanawiałem się, od której strony ugryźć Syro i w zasadzie – po kilkudziesięciu uważnych przesłuchaniach – wciąż nie mam odpowiedzi na to pytanie. Trudno mi bowiem nie traktować tego krążka jako kolejnego rozdziału skądinąd fascynującej (chociaż może nieszczególnie przekładalnej na kody współczesnego mówienia o muzyce, zwłaszcza w Polsce) noweli o kwestii aktualności w kulturze popularnej (reaktywowanej wraz z premierą zeszłorocznego wydawnictwa My Bloody Valentine). Sam Richard D. James wydaje się zresztą zdeterminowany, żeby jego nowe wydawnictwo odbierano jako zjawisko niecodzienne i wyjątkowe właśnie w aspekcie temporalnym: wobec relacji do przeszłości/przyszłości, igrania z konwencjami rządzącymi dramaturgią artystycznych biografii, wyjścia poza definiującą dla internetowej ery odbioru muzyki zasadę absolutnej ciągłości stylistyczno-gatunkowej, wciąż najsilniej legitymizującej "relewantność", czy coraz wyraźniej artykułującej się nostalgii za latami dziewięćdziesiątymi, grzecznie przez Syro zaczepianej.

Syro udaje płytę przedinternetową, ale wszyscy wiemy, że chodzi przecież tak naprawdę o coś zupełnie odwrotnego. Klasycznie surowo-ładny warpowski sound powraca tutaj nie jako matryca dla naprawdę pojebanych eksperymentów, ale jako bezpieczny, quasi-gatunkowy blueprint; wzór idealnej płyty środka, która z jednej strony umiarkowanie zadowoliłaby starych koksiarzy poplątanego IDM-u, a z drugiej umiejętnie kapitalizowałaby reprodukowane w bardziej "przyswajalny" sposób coś, co brzydko moglibyśmy nazwać "autorskością brzmienia". Nic dziwnego, że wśród moich fejsbukowych znajomych najchętniej powielanym komentarzem po premierze płyty była opinia, że Syro jest zajebiste, bo łączy słuchalność ze złożonością. DUH.

W zasadzie mógłbym się pod tym podpisać, bo a) to JEST dobra płyta i nie dajcie sobie wmówić, że nie; b) tradycyjnie jako niedogmatycznemu IDM-owcowi, a już wybitnie niedogmatycznemu jungle'owcowi czy fanowi d'n'b, najbardziej podobają mi się ostentacyjnie sofciarskie momenty, jak na przykład śliczny drugi indeks, "XMAS_EVET10 [120] (thanaton3 mix)". Jest tu wiele kapitalnych rozwiązań, intensywnych zabaw przestrzenią dźwiękową i garście ślicznych nutek poukrywanych gdzieś na trzecim planie. Syro to pucołowaty pociotek zarówno serca, ambicji, jak i umysłu, a to nie zdarza się często, zwłaszcza u artysty z takim stażem.

Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że tak konsekwentne trzymanie kursu "płyty środka" sprawia, że całość wypada jednak nieco archaicznie. I to chyba nie w taki sposób, "w jaki chciałby tego autor". Syro jest więc dla mnie – paradoksalnie – zarazem tryumfem, jak i dość spektakularną klęską, jeśli chodzi o kwestię zmagania się z ukontekstowieniem twórczości muzycznej. Jako zespół pewnych form dźwiękowych wydawnictwo udowadnia, że rzeczywiście można zamknąć się z studiu, wyłączyć internet i nagrać godzinę elektroniki na poziomie, który dla większości współczesnych dzieciaków jest zupełnie nieosiągalny. Z drugiej strony jako próba załamania pewnych porządków ultratrendocentrycznej logiki we współczesnej muzyce Syro – jak to się mówiło w moich stronach – wyżej sra niż dupę ma. RDJ próbuje podobnego powrotu znikąd, co MBV rok temu – z tą różnicą, że jest tutaj raczej bardziej zachowawczy w kontynuacji swoich patentów i zupełnie świadomy swojego położenia. Do obu płyt raczej przez długi czas nie wrócę – co w przypadku Syro dziwne jest o tyle, że z każdym następnym przesłuchaniem podobało mi się przecież coraz mocniej. A może powinienem posłuchać więcej? W końcu Jakub Bożek, piszący o płycie na łamach Dwutygodnika, usłyszał tam nawet funk...

Ta dziwaczna dwupasmowość odbioru Syro sprawi zapewne, że już bardziej na chłodno wróci się do sprawy przy podsumowaniu roku. Jeśli RDJ nie wprowadził nas rzeczywiście w erę postinternetową, to przynajmniej pokazał, jak – wbrew apologetykom cyfrowego chaosu – nie umarły wielkie narracje, a "historyczny" sposób pojmowania muzyki – zjawisk, gatunków, źródłowości – ciągle leży w centrum naszego o niej myślenia. Czyli co?

Redakcja Porcys    
9 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja