RECENZJE

Deathspell Omega
The Synarchy Of Molten Bones

2016, Norma Evangelium Diaboli 7.1

Długo przyszło nam czekać na następcę prawdopodobnie najwybitniejszej metalowej płyty naszych czasów. Informacja o rychłej premierze kolejnego materiału francuskiej formacji natychmiastowo postawiła mnie na sztorc i pobudziła mój umysł do rozmyślań o tym, jaki kształt Synarchy Of Molten Bones przybierze. Od doprowadzającego gatunek na skraj perfekcji, klasycznego Si Monvmentvm Reqvires, Circvmspice przez kolejne materiały, które pokazały jak można ciekawej grać black bez gatunkowej transgresji, a poprzez zagęszczanie i komplikowanie muzycznej struktury, doprowadzając materiał do obłędnej kompleksowości i zawiłości – Deathspell zawsze zachwycało. Każde kolejne oblicze wtapiało w tę obsydianową formułę kolejne pomysły i rozwiązania, dzięki czemu permanentnie czuć było świeżość i brak zmęczenia formułą. Czy i tym razem udała się ta sztuka? I tak, i nie.

Odnoszę wrażenie, że cała debata wokół tej płyty toczy się wokół tematu, czy Deathspell Omega ciągle wytycza gatunkowi tory. Nie da się ukryć, że tym razem nowe lądy nie zostały odkryte, a świat nie zadrżał w posadach. Po pogodzeniu się z tą myślą (o ile pogodzenie się było potrzebne) można rozpocząć zgłębianie kolejnego albumu tych łebków. Trzeba zacząć od jednego: to najbardziej radykalne wydawnictwo Francuzów. Najbardziej "czyste", a jednocześnie najbardziej oddane chaosowi. Paracletus, który dla wielu był pierwszym kontaktem z zespołem, wprowadził do blackowej masy z jednej strony bardziej wybijające się na front, "przebojowe" riffy, a z drugiej bardziej post-rockowe operowanie dynamiką i nastrojem, sprawiając, że istotnie zwieńczenie Trylogii było ich najłatwiej przyswajalnym dziełem. Drought, które nastąpiło później sugerowało jeszcze pewniejszy krok w stronę przystępności.

W starciu z rzeczywistością nowe dzieło Mikko Aspy i spółki leży jednak znacznie bliżej Fas – Ite, Maledicti, In Ignem Aeternum, które swojego czasu zrobiło wrażenie (i robi nadal) swoim ortodoksyjnym podejściem do ujarzmiania gęstego, wściekłego chaosu; budowaniem fraktalnego, metalowego free jazzu. Synarchy Of Molten Bones niczym Apollin z okładki pędzi przed siebie i aż po ostatnie dźwięki trąb zniszczenia nie zatrzymuje się. Ten dziki gon to w zasadzie album z 2007 roku, pozbawiony niemal wszystkich przerywników, zwolnień. Kwintesencja wściekłego pogromu, nakładających się warstw kłujących gitar, bezlitośnie obijanych garów szatana. Mikromotywy utopione w hałasie i zgiełku ciągle występują w takiej ilości, że można by z nich zrobić przynajmniej kilka typowych, opartych na repetycji albumów. Mimo lat na scenie i setek zapatrzonych zespołów, to ciągle niepodrabialna i wyjątkowa muzyka. Brak wyraźnego postępu tego nie zmienia.

Inną kwestią, z całą pewnością dość znaczącą, jest teologiczno-filozoficzna otoczka wokół symboliki i tekstów zespołu. Nihil miał jednak rację, nie chcę odkrywać ideologii i jakkolwiek fascynujące może być poważne zgłębianie tak poważnych tematów, ja zajmuję się muzyką. Czym zatem jest black metal? Są to dwie siły atakujące te ciała krążące wokół siebie danego krążownika ciał w sferze... Nieważne. Deathspell Omega to nadal crème de la crème muzyki ekstremalnej każdej formy. Krzepiąca jest też myśl, że Synarchy Of Molten Bones przegrywa walkę o najlepszy black metalowy album roku z nikim innym jak z naszą swojską Furią, choć "od wygranej dzielą centymetry". No chyba, że wyłoni się jeszcze jakiś zawodnik, ale na ten moment go nie widzę. Z Bogiem.

P.S. Nie mogę pozbyć się wrażenie, że w 5:35 "Famished For Breath" padają słowa "jestem Bulbasaurem". Litości, zabijcie mnie.

Antoni Barszczak    
23 listopada 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie