SPECJALNE - Wywiad
Wywiad z Księżycem

Wywiad z Księżycem

17 marca 2015

Zasadnicze pytanie: "Skąd w tym kraju gdzie zwykle są ziemniaki, cebula i pietruszka, zdarza się też czasem mistyczno-minimalistyczny etno folk?", dalej kołacze mi się po głowie, gdy próbuję poukładać sobie muzykę Księżyca, ten koncert i tę rozmowę. Poklasztorne przestrzenie Sali Gotyckiej we Wrocławiu od lat nie widziały pewnie bardziej intrygującego przedstawienia. Dziwne uczucie przejścia, zmiany oblicza, dotknięcia jakiejś tajemnicy, gdy Agata Harz, przyświecając sobie latarenką, zeszła między publiczność, by szukać zaginionego kwiatu lub istoty, sprowadzając widzów do roli drzew w jakimś wyjętym ze skazki lesie. Poświatę, plamy bladego światła, pełzające cienie można było sobie z łatwością domyślić. Fantastycznej aury dźwięku domyślać nie było już trzeba, jej blask odbijał się w obliczach słuchaczy.

Jak podają zakurzone słowniki: księżyc to syn księdza. To małe książę, jak go nazywano, żeby odróżnić od wielkiego księcia – słońca. W zespole Księżyc też jest jeden Książę – Lechosław Polak [LP], z którym umówiłem się na tę rozmowę. Dzień po koncercie, przy śniadaniu spotkałem innych ludzi z Księżyca: Katarzynę Smoluk [KS], Roberta Nizińskiego [RN], Remigiusza Mazura-Hanaja [RM-H] i Agatę Harz, która towarzyszyła nam tylko przez chwilę. Przesympatyczni i w niezłych humorach, opowiadali o starych dziejach i nowych planach, a familijną atmosferę podkreślały jeszcze pojawiające się tu i ówdzie przypomnienie tego, co mówiły kiedyś mamy rozmówców czy nawiązanie do mojego wujka Jacka. Może i minęło kilka księżyców zanim wywiad przybrał swój spisany kształt, ale na pewno warto było czekać. Oto zapis rozmowy z Księżycem.

***

Całkiem stąd blisko do kościoła św. Wincentego, gdzie dwadzieścia trzy lata temu, dokładnie w noc świętojańską, Księżyc zagrał koncert wydany później jako Nów. I rzeczywiście był to dla zespołu nowy etap. Pamiętacie jeszcze okoliczności, w jakich do tego doszło? Wcześniej niezbyt chętnie nagrywaliście swoje utwory.

[RN]: Chyba akurat w przypadku koncertu w kościele św. Wincentego nie mieliśmy tego problemu. Jeśli dobrze pamiętam, to była prosta dokumentacja występu. Całość wiązała się z promocją czasopisma kulturalnego "Xuxem", a pomysłodawcą wydarzenia był Mirek Koch, wciąż działający w obszarze kultury tutaj, we Wrocławiu. W tym wypadku zabieg z rejestracją był więc całkowicie świadomy. Ale co z tym dalej robić? Faktycznie nie myśleliśmy o tym na zapas, a jednak właśnie przy okazji tego wydarzenia mieliśmy przyjemność poznać Wojcka Czerna z wydawnictwa OBUH, który powiedział dużo dobrych słów na temat samego występu i wyraził chęć ewentualnego wydania materiału. Mniej więcej tak to wyglądało.

Opuszczony kościół w noc świętojańską. Ciekawe miejsce. Sami wybieraliście?

[RN]: Rzeczywiście ciekawe, ale wtedy tak to zaplanowali organizatorzy.

Z równie interesujących lokalizacji: występowaliście też na przykład w więzieniu…

[KS]: Nie cały Księżyc tam grał, tylko my śpiewałyśmy na zaproszenie Amnesty International. Piosenki z naszego repertuaru ludowego. Oprócz mnie i Agaty Harz była z nami jeszcze Olga Nakonieczna. Muszę przyznać – to było przeżycie. Szczególne. Pamiętam, że energia, którą zwykle dajemy publiczności, i która zazwyczaj do nas wraca, tam po prostu wsiąkała. Dosłownie ją wysysało i nic nie czułam z powrotem. Chociaż reakcje były pozytywne. Bardzo, zważywszy na fakt, że wykonywałyśmy repertuar ukraińskich pieśni ludowych. Ale co tu dużo mówić: trzy dziewczyny w więzieniu…

[RN]: Drugim takim specjalnym miejscem był ośrodek dla osób dysfunkcyjnych w Walii. Pielęgniarki, pacjenci na wózkach… Widownia reagowała wyraziście. To też był niezwyczajny występ.

A nie jest tak, że koncerty Księżyca zazwyczaj przyjmują mało konwencjonalny charakter? Mam wrażenie, że wczoraj też podjęliście próbę oswojenia tej poklasztornej przestrzeni. Miejsce zdecydowanie ma dla Państwa znaczenie.

[RH-M] Rzeczywiście przykładamy do tego wagę. Nie wszędzie możemy zagrać. Nie wszędzie lubimy spełniać swój obrządek. Każdy ma swoje ulubione miejsca.

[KS]: Wprowadzamy takie elementy performance'u, żeby jakoś oswoić przestrzeń. Można to zrobić samym głosem, można też efekt wzmocnić, sięgając po mniej konwencjonalne środki.

Wczoraj na przykład pani Agata Harz zeszła na chwilę ze sceny i przyświecając sobie latarnią, szukała czegoś wśród widowni. Gdyby znów była noc św. Jana, pomyślałbym, że chodzi o kwiat paproci. Teraz natomiast mogę tylko domyślać się, o jakie "coś" chodziło.

[KS]: Zostańmy może przy "tym czymś", bo o to musisz kiedyś ją samą zapytać.

Tymczasem zapytam pana Remigiusza o wpływ, jaki miały na niego książki Victora Turnera. Definiuje Turner, choćby w książce Rytuał, dramat, święto, spektakl, przekształcającą moc rytuału, ale też rolę uczestnictwa w przeżywaniu sztuki. Czy Państwa wcześniejsze doświadczenie teatralne wpływają na sposób, w jaki wchodzicie w interakcje z widownią?

[RM-H]: Możliwe, choć ten teatr, który tworzyliśmy, to są bardzo dawne czasy. Wtedy jeszcze ta lektura Turnera nie była w Polsce znana, ja sam go czytałem dużo później. Robiliśmy teatr z takim totalnym założeniem zagarnięcia uwagi widza, słuchacza, świadka. Poza post-Grotowskim nie było alternatywnego teatru tego typu. Turner bardzo trafnie opisywał i analizował świat liminalny, "pomiędzy", a muzyka jest jednym z podstawowych żywiołów w tym świecie.

[LP]: Żeby przybliżyć trochę charakter tego przedsięwzięcia: Monika Olejnik miała z nami wywiad i pierwsze pytanie brzmiało: "czy mówi wam coś nazwa Gardzienice?"

[KS]: Mówiła.

[LP]: I to bardzo dużo.

[KS]: Mieliśmy kontakt z Gardzienicami. Używaliśmy podobnych technik teatralnych – pracy z ciałem i głosem.

[LP]: Dzięki temu spektakl był rzeczywiście bardzo głęboko przeżywany. I w zasadzie stawał się czymś w rodzaju misterium. Występ był zazwyczaj krótki, ale bardzo intensywny.

Wygląda na to, że Państwa zainteresowanie teatrem, jego aspektem quasi-rytualnym, przeszło w zainteresowanie muzyką źródeł bardzo naturalnie.

[RM-H]: Tak, chociaż w teatrze też taka muzyka była obecna. Do źródeł kultury ten alternatywny teatr się jak najbardziej odwoływał. Ale to był tylko jeden z wielu elementów. I tak, jak powiedziałeś: miejsce jest zawsze istotne, bo my spełniamy jednak jakiś rytuał. Gdy spojrzy się na to z boku, to w ogóle koncert muzyczny jest rodzajem współczesnego obrzędu, czy też "obrządku", żeby nawiązać do wiejskiego znaczenia tego słowa, które oznacza doglądanie zwierząt, przy czym tu chodziłoby o nasze wewnętrzne zwierzęta, bytujące w przyrodzie naszej wrażliwości.

[RN]: Moja mama stwierdziła kiedyś po koncercie, że to był dla niej "spektakl muzyczny". Ona w ten właśnie sposób odebrała całą tę oprawę teatralno-wizualną i wszystko to, co się działo na scenie. Taka jest zresztą nasza intencja – nie tylko gramy utwory, muzykę, ale staramy się budować napięcie środkami pozamuzycznymi. Stąd tak ważny dla nas aspekt scenografii, obrazu. To nieco inna kategoria. A właściwie może powrót do teatru.

[KS]: Spotkałam się z opinią, że to, co robimy jest bardzo wizualne, że w grę zaczynają wchodzić prawie filmowe obrazy. Na koncercie w Krakowie część ludzi miała zamknięte oczy…

[LP]: …wczoraj też.

[KS]: Nasza publiczność przeżywa koncerty często na granicy wyobraźni.

Zdążyłem wczoraj zamienić kilka słów z panem Lechosławem…

[RN]: z Księciem.

Z Księciem. Rozmawialiśmy chwilę o ludowości i o tym, dlaczego twórczość Księżyca, w pewnym stopniu oparta na ludowych podstawach, zyskała taką siłę przyciągania także u słuchaczy, którzy zazwyczaj omijają tak szufladkowaną muzykę. Usłyszałem jednak od Pana, że w Księżycu wcale o ludowość nie chodzi.

[LP]: Bo to prawda. Nie wszyscy jesteśmy głęboko związani z muzyką etniczną. Ja, na przykład, nie jestem. Mówiłem za siebie.

[RM-H]: My jesteśmy z Agatą [Harz] akurat bliżej tematu, ale traktuję to jako zupełnie rozdzielną działalność, chociaż oczywiście jest miejsce, w którym te obszary się łączą, ono jest ważne, ale skryte i dość trudne do opisania. To w kwestii treści, a w kwestii form myślę, że skojarzenia z ludowością wyzwala przede wszystkim minimalizm, ważnym źródłem minimalizmu jest muzyka tradycyjna – chodzi o szczególny rodzaj kondensacji emocji osiągany przy pomocy prostoty raczej niż prościzny środków. Tak naprawdę wszyscy, również nasza dwójka, jesteśmy dziećmi XX wieku, nie dziećmi jakiejś prastarej tradycji.

[LP]: Przed założeniem Księżyca słuchaliśmy raczej Psychic TV.

[RN]: I interesowaliśmy się raczej folklorem miejskim.

fotografia archiwalna, autor: M. Szachowski
fotografia archiwalna, autor: M. Szachowski

Jak doszło do tego, że ta wiejska wrażliwość przeniknęła do muzyki Księżyca? W ogóle kategoria "słowiańskości" jest tu dla Państwa ważna?

[RM-H]: Właśnie ja nie czuję, żeby ona była ważna. Nie mogę co prawda tego stwierdzić kategorycznie, bo jest mnóstwo rzeczy podświadomych, które w pewien sposób emitujemy, a których wcale intencjonalnie nie włączamy w naszą muzykę. Jej odbiór to indywidualna sprawa. Bardzo zresztą jest dla nas ciekawe, jak różnie odbierane są nasze występy, ile znaczeń i opowieści potrafią sobie ludzie pod to podłożyć.

[RN]: ...i każdy ma oczywiście własny zakres skojarzeń.

[RM-H]: A my je uruchamiamy. I myślę, że to jest właśnie ten rytuał, chociaż to słowo brzmi zbyt poważnie. Nasze działania perfomerskie na scenie są częściowo spontaniczne, służą przede wszystkim znalezieniu w przestrzeni, w której gramy, kawałka księżycowego lądu. I może to jest właśnie to, czego szukała wczoraj na Sali Agata.

[RN]: I czego najwidoczniej nadal szuka, skoro nie ma jej tutaj z nami.

Działalność Pana Remigiusza, ta w Bractwie Ubogich czy Wędrowcu, ma dużo wyraźniejszy ludowy rys. To aktywność właściwie etnograficzna. Przeczytałem rozmowę, którą wspólnie z Beatą Wojtkowską przeprowadził Pan z etnografem Ákosem Engelmayerem. Padło tam pytanie o początek tego zwrotu w kierunku muzyki tradycyjnej. Na Węgrzech to lata sześćdziesiąte były okresem fascynacji odległą przeszłością, a podobnie działo się wtedy w innych zakątkach kontynentu. To złoty czas szeroko rozumianej muzyki folkowej w Europie – jednak nas w Polsce chyba całkiem to ominęło?

[RM-H]: Prawda, u nas nie było czegoś takiego. Był Osjan, ale to nie do końca ekwiwalent, bo Osjan inspirował się muzyką świata, a nie jakimiś konkretnymi korzeniami, jak to na przykład było chociażby we Włoszech. U nas podobne zjawiska wyrażały się bardziej w teatrze. Tak właśnie powstały Gardzienice. To tam, a nie w muzyce folk, ujawniały się tendencje o podobnej naturze. Inaczej na wspomnianych już Węgrzech, gdzie powstawały Domy Tańca, młodzi ludzie zaczęli wyjeżdżać do Transylwanii, na wieś, i tam uczyli się różnych rzeczy, by później przekuć to w bardzo różnorodną działalność artystyczną. Stworzyło to klimat, w którym powstawały takie zespoły jak np. słynna Amadinda, dla której pisali Cage czy Reich. Wielu muzyków na Węgrzech ma mniejszy lub większy background przygody ze swoją tradycją. U nas rzeczywiście odbyło się to inaczej, i Księżyc raczej nie jest późnym eksponentem tego typu ruchu.

W PRL sytuacja była o tyle zagmatwana, że muzyka ludowa kojarzyła się na ogół z siermiężnym komunizmem.

[RN]: Ludowość odkryto dużo wcześniej, przed komuną. Spektakularnym zjawiskiem w XX wieku była młodopolska fascynacja kulturą ludową. Ta jej dekadenckość, "śpiew końca"... Myślę, że są nam jakoś bliskie. Po wojnie ludowość w dużym stopniu stała się narzędziem propagandy sojuszu robotniczo-chłopskiego. Oczywiście nie brak wartościowych dzieł inspirowanych folklorem w muzyce poważnej i jazzie z tego okresu, weźmy choćby Lutosławskiego, Kilara, Namysłowskiego, ale ogólne wrażenie – takie sobie. Jak dla mnie problematyczna jest ludowość plebejska, nazwijmy ją "ludowizną". Z tym osobiście się nie identyfikuję i nie chcę mieć wiele wspólnego.

[LP]: ...pod koniec wieku muzyka ludowa, taki jest przynajmniej mój odbiór, stała się, że tak się wyrażę: wieśniacka.

Skąd więc we wczesnych latach dziewięćdziesiątych wziął się pomysł, aby w eksperymentalny materiał włączyć właśnie wiejskie ukraińskie pieśni?

[KS]: Świetnie się je śpiewa. Mają interesujące harmonie. Są bliskie i jednocześnie egzotyczne. W Polsce też były pieśni wielogłosowe, ale nie odziedziczyliśmy jakoś tej tradycji.

[RN]: Ja myślę, że to jest prosta zależność, a mianowicie chodzi o kontakt, mniej lub bardziej przypadkowy. To, co akurat w kimś zarezonuje, a potem poruszy inne osoby w zespole, jest tym, co się nadaje do dalszego rozwijania muzycznego. Jedno nie gra, inne gra, a jak już zagra i uruchomi twórczo pozostałych członków grupy, to wybór jest – i wtedy też był – przesądzony.

[KS]: Bliskie przyjacielskie relacje z Ukraińcami z mojego akademika na pewno też bardzo na wyborze repertuaru zaważyły. Jasne, kontakty z Olgą Nakonieczną, która przecież była w pierwszym naszym składzie, i jej bratem Włodkiem Nakoniecznym, musiały się przekładać na to, co wówczas graliśmy.

[RM-H]: Włodek miał zresztą wtedy dziewczynę we Wrocławiu.

[RN]: Wszystko więc się łączy i układa w całość. Tu nie ma przypadku. (śmiech)

[RM-H]: Na naszą decyzję miały też wpływ specyficzne skale tych pieśni. Poza tym niosą one zupełnie inny emocjonalny komunikat, niż polskie utwory w tamtym okresie. O czym wspomnieliście z Księciem – polska wieś była stworzona w dużej mierze przez PRL. Dopiero teraz się to trochę odgruzowuje.

[LP]: Mała dygresja : moja mama jakieś dwadzieścia kilka lat temu, słuchając tych pieśni wschodnich, powiedziała: "powinniście poszukać polskiej muzyki".

[RN]: No, ale polska muzyka ludowa kojarzona była wtedy z cepeliadą, niestety.

Po części nadal jest tak kojarzona. Golce, Brathanki, jakiś Donatan – przaśna sielankowość.

[RM-H]: Dlatego, że używanie pewnych powierzchownych, prymitywnych cech jest najprostsze. Dobrze się też sprzedaje na targu. Natomiast ludowa muzyka tradycyjna ma w sobie istotne pokłady głębokich emocji, które wiążą się z cechami uniwersalnymi. Odnosi się często do dramatu życia ludzkiego. Mówi o nim bardzo osobiście, ujmująco, a jeszcze bardziej niż w tekstach pojawia się to na poziomie stylistyki wykonania i to już nie jest raczej grane "na estradzie". Nikt tam nie śpiewa pieśni pogrzebowych, ani takich pieśni weselnych, w których, paradoksalnie, panna młoda płacze. Wyciąga się z tego tylko dana-dana, usia-siusia, Kabaret Olgi Lipińskiej – był kiedyś taki. Wszystko funkcjonuje na tej zasadzie od lat.

Natomiast teksty Księżyca świetnie rekonstruują tę skomplikowaną tradycyjną wrażliwość. Jest w nich miejsce na stylizację, na pastisz, może też na szczyptę dystansującej ironii. Jak wygląda od kuchni proces ich pisania?

[RM-H]: Trudno mi powiedzieć, bo….

[KS]: …."bo sam je piszę".

[RM-H]: Tak (śmiech). Ciężko mi zachować dystans. Ale nie nawiązywałem do tego wszystkiego świadomie. Wtedy przynajmniej, bo na razie wszystkie teksty są z tamtych, dawnych czasów. Sprzed dwudziestu lat.

[LP]: Powstały one trochę na nasze zamówienie. Ujmując rzecz w cudzysłów.

[RM-H]: Oczywiście. Można powiedzieć, że napisano je we stanie współobecności. Na ile są zanurzone w ludowych klimatach, to nie wiem, na pewno za to miały związek z moimi osobistymi przeżyciami. Sam musiałem wtedy ze śmiercią się zmierzyć. To tyle właściwie. Nie będę o tym szerzej opowiadał. To bardzo osobiste sprawy.

fotografia archiwalna, autor: M. Szachowski
fotografia archiwalna, autor: M. Szachowski

Mój redakcyjny kolega Paweł Nowotarski zwrócił w swym tekście uwagę na ciekawe zjawisko: niedoszacowanie lat dziewięćdziesiątych, które najchętniej zamietlibyśmy pod dywan, a jak na złość wyłażą stamtąd fantastyczne rzeczy, które dopiero teraz możemy sobie umiejscowić i docenić. Księżyc, na przykład.

[RN]: Mówi się o tych latach jak o takim "pustym" okresie, w którym się nic nie działo, a de facto działo się sporo, tylko trzeba się przyjrzeć tym zjawiskom bliżej. Ludzie w jakiś sposób zaczęli uwalniać swoje twórcze możliwości, choćby trójmiejska scena yassowa, czy artyści z kręgu OBUH-a. Co do obecnej popularności Księżyca: sporo było ostatnimi czasy dryfowania publiki w kierunku muzyki neofolkowej. Ta scena stała się dla wielu nośnikiem czegoś autentycznego, prawdziwego, autorską kontrpropozycją dla mocno zmechanizowanej, skomputeryzowanej twórczości spod znaku "technokracji", w której narzędzia muzyczne często przejmują kontrolę nad twórcami. Jakby w opozycji do tego nurtu wykształciła się potrzeba poezji i bardziej ludzkiego, organicznego podejścia do sfery dźwięku. To taki kontrapunkt dla muzyki eksperymentalnej, w której element czystej wrażliwości, związany z delikatnością natury człowieka, zaczął zanika .

[LP]: Znika element ludzki, po prostu.

[RN]: Tak, po prostu.

[RM-H]: Mnie się natomiast spodobało, że w waszej recenzji pojawił się temat ziemniaka. Mieliśmy kiedyś piosenkę o kartoflach. Dawniej nasz program był ciut inny. Z czasem ewoluował w stronę tego, co teraz gramy, i co jest rzeczywiście nieco bardziej misteryjne, ale przełamane w wielu miejscach oczywistą ironią, elementami kiczu, rozmaitymi aplikacjami. Wcześniej, te dwadzieścia lat temu, było to może nawet bardziej widoczne. Poskładane z elementów o różnych stylistykach. W sumie to był dość wesoły program i może do niego wrócimy. Poza tym trafiona metafora, bo księżyc jest przecież trochę ziemniakiem.

[LP]: Dobrze, że nie burakiem.

[RM-H]: Bardziej jest podobny do ziemniaka.

[LP]: I w takich właśnie teoriach ujawnia się poetyka tekstów Księżyca, o którą przed minutą pytałeś.

Album, jeśli wierzyć plotkom, zapowiadany jest na przyszły rok. Jak idą prace nad tym nowym materiałem?

[RM-H] Idą, idą, ale ktoś robi je za nas. I na razie nie wiemy, na jakim są etapie. Jacyś górnicy coś gdzieś kopią.

[RN]: (śmiech) Może ta metafora nie jest do końca klarowna. Otóż: pracujemy nad rekonstrukcją i rewitalizacją materiału sprzed lat. I jest on już w dziewięćdziesięciu procentach gotowy. To jest wariant pierwszy płyty, która ma się ukazać niebawem – plan A, a plan B jest taki, że postaramy się wejść do studia, żeby nagrać nowe utwory, które aktualnie powstają.

Jeśli dobrze rozumiem, w perspektywie są więc dwie płyty?

[RN]: Tak, są właśnie te dwa pomysły.

Przeczytałem gdzieś, że kompozycje będą utrzymane w stylistyce wiejskich pieśni in crudo. Czy to prawda?

[RN]: My też dowiadujemy się z mediów wielu ciekawych rzeczy, na przykład odnośnie tego, co ma pojawić się na płycie.

Może to górnicy się wygadali?

[RM-H] (śmiech) Możliwe. Jest trochę archiwaliów, nad którymi chcemy popracować. Nasza publiczność również żąda, żeby pokazać rzeczy z dawnych czasów. Widzieliśmy bardzo fajne starsze nagranie koncertowe, ale niestety nie znamy autora. Wciąż poszukujemy tej osoby. Jak wspomniałem, te piosenki są nieco inne, jak choćby ta o zupie. Trochę bardziej ludyczne.

[LP]: Nawet kabaretowe.

[RM-H]: Tak, nawet kabaretowe. Niewykluczone, że pójdziemy w tę stronę. Razem z żoną trochę z tej wsi zaczęliśmy z powrotem reemigrować na Księżyc. Nie była to nagła zmiana. To proces, który zachodził w nas od dawna i nie jest tak, że popularność coś na nas wymusiła.

[LP]: Ja też nie twierdzę, że wymusiła. Po prostu zmiana otoczenia wokół Księżyca postawiła nas w innej, nowej dla nas sytuacji.

fotografia archiwalna, autor: K. Podbielski
fotografia archiwalna, autor: K. Podbielski

Ja nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak szeroki krąg to zatoczyło, dopóki mój wujek nie zaczął mówić o tekstach Księżyca na jakimś zjeździe rodzinnym. Książę Lechosław wspomniał wczoraj, że szum, który narastał wokół grupy trochę jednak pomógł Państwu podjąć decyzję o powrocie.

[RN]: Tak. Pretekstem do reaktywacji zespołu było oczywiście wydanie płyty w Anglii przez Penultimate Press, i to nam dało do myślenia, czy nie warto przypadkiem wznowić działalności. Już wcześniej było mnóstwo sygnałów z Polski i z zagranicy o tym, że nie zgasło zainteresowanie naszą muzyką. Jak to już w innych wywiadach padło, po zawieszeniu koncertów x lat temu, żyła ona własnym życiem, zyskiwała nowych odbiorców, stąd ten powrót był w miarę naturalny.

[RM-H]: To dojrzewało w każdym z nas osobno. W 2004 roku założyłem z Agatą i dwójką przyjaciół kapelę Wędrowiec, w której, jak wspomniano, graliśmy rzeczy bardziej eksperymentalne, które były dość wyraźnie osadzone w krajobrazie dźwiękowym muzyki wiejskiej, zwłaszcza jeśli chodzi o brzmienie, o techniki, materiał, który opracowywaliśmy, ale próbowaliśmy potraktować tę muzykę z dystansem, czy nawet właśnie kabaretowo – w sensie klasycznego kabaretu. Cztery lata temu, kiedy urodził się nam z Agatą synek zacząłem całymi nocami miksować nagrania muzyki tradycyjnej i nagle zauważyłem, że zupełnie inaczej ją słyszę niż do tej pory, jestem już na innej planecie i odwrotu nie ma. Decyzja o reaktywacji nas zdyscyplinowała i zmusiła do podjęcia konkretnych kroków.

Wtedy księżyc w nowiu, teraz księżyc w pełni?

[RM-H] Taka symbolika rzutuje na naszą działalność o tyle, o ile na nasze życie codzienne przekłada się choćby rytm dnia i nocy. Jest wiele rodzajów tego typu zmian czy przejść. Przez noc przechodzimy do następnego dnia i to już samo w sobie jest przeobrażeniem. Psychologia też traktuje to w ten sposób. Niektórzy do każdej swojej nocy przywiązują dużą wagę, zapisują sny, podchodzą do nich bardzo poważnie. To jest część naszego życia.

[LP]: Ja myślę, że etapy życia również mają podobne symboliczne znaczenie. Można różne okresy skojarzyć z fazami księżyca. Zaczynaliśmy u progu młodzieńczego wieku, teraz wchodzimy więc w kolejną fazę.

Taki element ezoteryczny?

[LP]: Myślę, że raczej praktyczny.

[RN]: Przejawy wrażliwości, nieuchwycone w określonym momencie, rozpływają się, znikają powoli, rozpuszczają się w niepamięci. Po to się nagrywa płyty i dlatego różne zespoły rejestrują swoją działalność. Wyznaczenie sobie celu, powiedzmy, nagrania materiału w ciągu roku, to już jest coś, co porządkuje pracę. Inna sprawa, że jako ludzie mamy pewne słabości, ułomności, czasem nie możemy się zmobilizować do pewnych działań, ale to już jest inna historia, każdy po swojemu musi się z tym uporać.

[RM-H]: Po powrocie zmienił się też rząd wielkości. Kiedyś graliśmy dla kilkudziesięciu osób, teraz dla kilkuset.

W perspektywie tysiące?

[RM-H]: Dla nas niewielka różnica. W Krakowie rzeczywiście było podobno tysiąc osób. Chodzi bardziej o to, że to, co kiedyś było ekstrawagancją, teraz, choć nie jest może zupełnie zwyczajne, jest jednak powszechniejsze – mam na myśli słuchanie muzyki, która jest otwarta trochę na inną wrażliwość. Narysował kiedyś Mleczko taki zabawny rysunek: "Ludzie są różni" – i jeden był z taką trąbą, inny z dziobem. Myślę, że jest potrzeba różnorodności. I pośrednio to dowód na to, że osoby grające taką muzykę jak my to też nie są jakieś świry.

[LP]: To prawda. Czasem są to zupełnie normalni ludzie.

 

Rozmowa z 14 XII 2014 roku, przeprowadzona przy okazji koncertu Księżyca w Starym Klasztorze we Wrocławiu w ramach festiwalu Energia Dźwięku.

Wawrzyn Kowalski    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019