Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Dlaczego, mając tyle możliwości, rodzimi muzycy mimo wszystko korzystają przeważnie z dwóch wariantów: penetracja czerstwych i niedorozwiniętych rejonów elektroniki albo rytmiczna piosenka z gitarowym brzmieniem? Jest też trzecia opcja, czyli smęcący, balladowy chlip z mdlącym patosem w duchu The National i obowiązkowym, poetycko-nastrojowym tekstem. Właśnie w tej trzeciej grupie znajduje się utwór "Na Wróble", stąd też ciężko mi zaliczyć go do udanych (szukałem jakiegoś pozytywu, żeby dać chociaż środkową łapkę, ale nic z tego). W zasadzie takie pieśni winny jedynie rozpalać wyobraźnię grzecznych dziewczynek w spódnicach do kostek, ale tak się jakoś dzieje, że u nas są one synonimem "wartościowej muzyki". No tak, Trójka doznaje, a szanującemu się polskiemu "fanowi alternatywy" robi się mokro. Ej, a może to ja czegoś nie łapię, bo nie dość, że nie przepadam za wróblami, to jeszcze mam taki gust wypaczony, że lubię wrony? –T.Skowyra
Co się porobiło z tą laską? Przecież "SuperLove" było naprawdę super i pokazywało, że Charli zwęszyła dobry trop. Niestety, na trackliście Sucker ten numer się nie znajdzie, bo dziewczyna woli stawiać na knoty w rodzaju "Break The Rules" czy "London Queen" właśnie. W topornych, prostackich gitarach zdecydowanie nie jest jej do twarzy. Wszystko wskazuje na to, że zamiast fajnej popowej płyty dostaniemy słabiznę na modłę Night Time, My Time. Szkoda. –T.Skowyra
Mark Kozelek ma do War On Drugs kilka głębokich pytań: "Czy mlaszczycie pytonga? Czy hapiecie dzide?" Artysta nie może strząsnąć melancholii, ale czy przynajmniej strząsną mu teraz chłopaki? Następca "Richard Ramirez Died Today Of Natural Causes" lirycznie porusza się co prawda w nieco innych rejonach, ale nie da się ukryć, że Kozelek nadal tka tu historię z wątków codziennego życia i popkulturowych symboli - strzępy zwyczajnych sytuacji, okruchy dnia, szczerość niedokończonych rozmów. Kawałek raczej nie pasuje do zapowiadanej na listopad płyty z kolędami, ale gdyby dotyczył choćby kłótni początkującego artysty z kiepskim zespołem War On Drugs, który zakłócił jego pierwszy występ w miasteczkowym barze gdzieś w Ohio, to od biedy można by go wydać jako bonus do Benji. Niestety jednak jest to tylko wyraz podsycanej wyjątkowo finezyjnym chamstwem andropauzy u artysty, który ostatnio ma widocznie muchy w nosie. W ogóle absurd sytuacji, w której zaczyna prześladować cię własny muzyczny idol. Chłopaki pewnie modlą się każdego ranka, żeby tylko nie stało się nic gorszego. O nieee, on chce napisać o tym piosenkę. Ojej, zrobił to. Kozelek nieubłagany, katuje jak Katon, zwęszył młodą krew i prędko nie spocznie. "You wanna go?!" – pyta nastroszony z plakatu w pokoju. "Siorbcie pisiora!" – wtóruje mu z półki egzemplarz Down Colorful Hill. Nawet zabawne jak się o tym pomyśli, ale też weź się już od nich odpierdol. –W.Kowalski
Nie jest to świeżość na miarę "Supła", ale wciąż każdy kolejny YouTube z Latarnia Records to najlepszy news dnia. "Hity Kamienie", czyli tytułowy track z nadchodzącej płyty, to najlepszy nieodkryty amatorski uliczny rap pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, który został skonstruowany dokładnie z tego, co duet robi najbardziej. Na banalnym chill-wave-lo-fi-cebulowym podkładzie Piernikowski opowiada banalną historię, która przydarzyła się każdemu z nas, mniej więcej w taki sposób, w jaki my opowiadaliśmy ją, gdy już otarliśmy krew z warg. Wciąż nie mogę pojąć, co jest źródłem charyzmy tego zioma. Albo jeszcze inaczej: wczesny Maciej Bilka spotkał wczesnego Matthew Barnesa, a klip nakręcił im koleś od "YR Love". Ile będzie wyświetleń? Z tysiak? –F.Kekusz
Zapytany o duet raperów z Polski, którego akcje w ostatnich miesiącach wzrosły najbardziej, bez chwili zawahania odpowiedziałbym: Belmondo i Bałagane. Ogólnie dziwna akcja jest z tymi typami – w jednej chwili bez żadnego problemu potrafią zaserwować megastylowe i przede wszystkim stuprocentowo autentyczne historie rodem z najmroczniejszych zakątków ulic Warszawy, by w następnej zburzyć całość wrażeń jakąś buracką linijką czy chujowym, napisanym w kilka sekund na kolanie rymem. Wierzę, że to wszystko jest jeszcze do doszlifowania, bo przecież najważniejsze z elementów, czyli: warsztat producencki, uliczno-niuskulowe delivery i wyrazistość są tu na zajebiście wysokim poziomie, a to jest wręcz fundamentalne dla poruszania się po tej konwencji. –R.Marek
Muszę przyznać, że ta historia miłosna, która narratorowi pasuje, choć jej za chuja nie czai, podoba mi się dużo bardziej niż nawijki z ostatniego albumu Żyta. Bezpośredni jak zawsze, raper błyszczy tu zmysłem obserwacji, prezentując swe osobiste podejście do ogranego ostatnio tematu słoików, relacji międzyludzkich i sensu życia. A klubowy podkład Sonar Soula? Klei się wybornie, nadając kawałkowi dynamiki i niewymuszonego luzu. Super! -K.Michalak
Piosenki Czesława zazwyczaj przenoszą mnie do piekła, ale ten numer to tylko krótka wizyta w czyśccu. Siedzę, czekam, nic się nie dzieje. Brzmi trochę jak późne Modest Mouse. Na plus zaliczam wokalną i aranżacyjną powściągliwość. Program Trzeci zadba, żebyście to usłyszeli. -Ł.Konatowicz
Skasowanie klanowego projektu ASAP Mob nie musi być przykrą wiadomością, o ile Rocky będzie kontynuował szlachetną linię partii, znaną z "Trillmatic”, "Xscape” czy "Hella Hoes”. Raper bardzo słusznie i bezkompromisowo rozgrywa swoje karty, a przecież mógł iść w Skrillexową, hiciarską stronę, co na dłuższą metę mogłoby okazać się nużące. Zamiast tego singiel promujący drugie LP prezentuje ciężkie, duszne oblicze, którego na debiucie i poprzedzającym go mixtapie praktycznie nie uświadczymy. Smaczki w postaci wystękanego follow-upu do "Stay Fly” (ukłon w kierunku gościnnie gadającego Juicy’ego) i nagłego wejścia bitu z innego kawałka (może nie jest to poziom przejścia między "Życiem Warszawy” a "Zjedz Skręta feat. Żary”, ale niemal równie wysoki) dają nadzieję na surowy, osadzony w tradycji, brudny harlemski rap. Można słuchać i doznawać na zmianę z "Dipshits” Cam’rona. -Ł.Łachecki
Maxo uderza po raz kolejny (po obłędnie poszatkowanej digi-papce "Snow Other" i bezczelnie pysznym miodowym sorbecie "Honeybell") i znowu rozstawia po kątach wszystkich tych, którym wydaje się, że ich "śmiałe eksperymenty z elektroniką" są coś warte. Jak dobrze wiecie, sporo takich znajdziemy ostatnio w kraju nad Wisłą, ale to temat na inną rozmowę. Nowy numer z gościnnym śpiewem Dziewczyny Roku, to kolejny nieokiełznany przekładaniec, mieniący się tęczowymi barwami niczym grzbiet pstrąga. Czyli jak zwykle przybijamy pionę. A przyszłość zapowiada się jeszcze lepiej, bo koleżanka Kitty ogłosiła niedawno, że Maxo będzie brał udział przy produkcji jej oficjalnego, dwupłytowego (!!) debiutu. Czekam z niecierpliwością na to kolabo, Wy chyba też powinniście. -T.Skowyra
Tydzień temu żegnaliśmy lato, a jego ostatnie dni spędziłem pod kuratelą J Tropic i ich dwóch wiszących na SoundCloudzie numerów, z których zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu właśnie "Love Up". Gdyby panowie z Bondax dostali miejscówkę na playliście Devotion, to efekt mógłby brzmieć właśnie tak. Niby nic specjalnego, ale jednak zażera tak, że nie mogę się powstrzymać od wrzucenia na ripit. -W.Chełmecki