SPECJALNE - Rubryka
Nuty Dźwięki 2014

Nuty Dźwięki 2014

12 stycznia 2015

Tradycyjnie, nim przejdziemy do omawiania najciekawszych muzycznych dokonań z 2014, zerkamy na piętnaście mniej znanych (i/lub reprezentujących style rzadziej obecne w ofercie serwisu) dzieł z muzycznej przeszłości (a dokładniej sprzed 1999), które przypadły nam do gustu w zeszłym roku.

Maki Asakawa: Hi Tomoshi Goro

Maki Asakawa
Hi Tomoshi Goro
[1976, Express]

Maki doskonale odnalazłaby się we współczesnych niezalowych realiach. Chadzała po Tokio odziana od stóp po sam czubek głowy we wszelkiej maści odcienie czerni, kontestowała otaczającą ją rzeczywistość, propagowała idee indywidualizmu i nonkonformizmu. Nadużywała kofeiny, odpalając przy tym jednego papierosa od drugiego, co zresztą niebezpośrednio miało wpływ na jej przedwczesną śmierć. O ile w ogóle możemy mówić o istnieniu terminu takiego, jak "przedwczesna śmierć". O górnej granicy, po osiągnięciu której "można" bezpiecznie skapitulować.

Muzyka Maki to muzyka ciem barowych. Przede wszystkim amerykańskich żołnierzy stacjonujących w wojskowych jednostkach na terenie Japonii lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, których to smętne wieczory nabierały kolorytu za sprawą wokaliz Asakawy. Sama dziewczyna również nie kryła silnych inspiracji jazzowymi śpiewaczkami zza Wielkiej Wody. Spytana o muzycznych idoli, jednym tchem wymieniała postaci Mahalii Jackson czy Billie Holiday, których to pewne techniczne elementy skrupulatnie starała się przenieść na grunt realizowanej przez siebie muzyki.

Chcąc naskrobać słów kilka o twórczości Maki, tak naprawdę do końca nie zastanawiałem się, którą pozycję z listy wyszczególnić. Chodziło mi o zwrócenie wzroku w stronę tej nieco zapomnianej azjatyckiej songwriterki. Mogło paść na debiut i dwie kolejne pozycje – krążki cechujące się odpowiednim folkowym "zakwaszeniem" (nikt nie lubi tego słowa, wiem) oraz niejednokrotnym uderzaniem w psychodeliczne sixtiesowe tony. Padło na dzieło nieco bardziej standardowe – osadzone w jazzowo-bluesowych ryzach Hi Tomoshi Goro. Prócz przeniesionych na japońskie realia quasi-enka-torch songów, znajdujemy tu także, w zgrabnych coverach, "Just Another Honky" i "It's Not The Spotlight", Roda Stewarta w spódnicy, Otisa Claya oraz standard z połowy lat czterdziestych — "Sentimental Journey". I choć doskonale zdaję sobie sprawę z ułomności głosu Asakawy wynikającej z jej kiepskiego zaplecza technicznego oraz ograniczonych możliwości, to mimo wszystko dostrzegam w wielu z tych kompozycji iskrę artystycznego geniuszu. Być może to magnetyzm osoby, być może czysta sztuka. Ciężko stwierdzić jednoznacznie, zwłaszcza gdy wszystko odbywa się na polu doznaniowości. Wiem tylko, że późną nocą dojrzała Maki brzmi jak kawa zmieszana z odpowiednią dawką nikotyny. –Witold Tyczka

posłuchaj


Nuno Canavarro: Plux Quba

Nuno Canavarro
Plux Quba
[1988, Ama Romanta]

Bardzo się cieszę, że mamy w naszym skromnym podsumowaniu taką możliwość, żeby wyróżnić nieco zapomniane nagrania, którym niewątpliwie należy się status klasyków, a już na pewno dzieł pionierskich. Mam nadzieję, że Portugalczycy nie obrażą się, jeśli porównam dokonania ich kompozytora do bezprecedensowych wyczynów Eugeniusza Rudnika, bo to w sumie dość podobny casus. A jest się czym zachwycać. Nuno Canavarro w 1988 roku nie przeszkodziło studiowanie architektury (możliwe, że nawet pomogło), portugalskie słońce oraz wino, by stworzyć podwaliny pod szeroko pojętą estetykę glitch i całą abstrakcyjną elektronikę. To rzadki przypadek, kiedy słuchając utworów stajesz z rozdziawioną paszczą i masz ochotę krzyknąć na cały regulator: "Słyszałem podobne rzeczy na Endless Summer!", "Wow, to brzmi jak wczesne Mouse on Mars!" czy "Oval nie powstydziłby się takich kompozycji na 94 Diskont". Wszystko fajnie, mogę się pod tym nawet podpisać, ale jest mały szkopuł: Plux Quba ukazała się wcześniej i to już mówi wiele. Można zarzucać tym nagraniom naiwność, ale nikt nie podważy mistrzostwa Canavarro kreowaniu własnego muzycznego języka, tak bardzo odległego od całej ejtisowej naleciałości. Pisać o elektroakustycznych eksperymentach Stockhausena, inspiracji minimalistami oraz Brianem Eno to w nie powiedzieć nic w kontekście Plux Quba. Weźcie dowolny track i posłuchajcie sami. Jesteście przecież kumaci.–Jacek Marczuk

posłuchaj


Change: The Glow of Love

Change
The Glow of Love
[1980, Warner]

Z jednej strony o Change mówi się często jako zespole silnie inspirowanym Chic. I tak faktycznie było, a panowie Petrus i Malavasi wykazywali podobne do Edwardsa i Rodgersa zamiłowanie do powtarzanych w kółko gitarowo-pianinkowych motywów. Świetnym tego przykładem jest utwór tytułowy, który potem pożyczyła sobie Janet w "All For You". Ale to też pewne uproszczenie – debiut Change to coś więcej niż kopia Chic.

Ogólnie rzecz biorąc, to disco odzierane do swojej surowej formy. Bas, perkusja, gitara, pianino, czasem muśnięcia syntezatorem – to wszystko. Niemal zero smyków, dęciaków, ograniczona jest też ekspresja – jest zdecydowanie nie w stylu soulowych div. Żadnych rozdramatyzowanych parkietowych hymnów, liczy się repetycja przyjemnych motywów. A debiutuje tu przecież tak świetny wokalista jak Luther Vandross. "It’s A Girl’s Affair" to jest właśnie ten rodzaj surowego disco, który mógł inspirować ludzi od DFA, a z drugiej strony, wraz z "Angel In My Pocket", któremu bliżej do Shalamar niż Chic, przypomina już rodzące się dopiero boogie. "Searching" o dość kwaśnej linii basu zapowiada dwa lata młodsze "Steppin’ Out" Joego Jacksona lub ewentualnie brzmi jak to, co grali wtedy Kano – a to jednak trochę inny odłam disco, choć równie różnorodny, bo wciąż ewoluujący. Ale z tej innej bajki jest właśnie odstający od całości "The End", który składa hołd sprawcy tego całego zamieszania, czyli słynnemu Giorgio.

"The Glow Of Love" to z jednej strony po prostu kolekcja chwytliwych piosenek disco, z drugiej album, któremu udało się uchwycić w kilkudziesięciu minutach przeobrażenia, jakim podlegało disco na przełomie dekad. Jest jak wehikuł czasu — pokazuje disco u progu jego zmierzchu, a jednocześnie w momencie jego wrzącej i bulgoczącej aktywności. To, co żywe, inspirujące, jakoś nieuchwytne w swojej zmienności, tkwi od trzydziestu pięciu lat zamknięte w tym czarnym krążku. –Kamil Babacz

posłuchaj


Tod Dockstader: Apocalypse

Tod Dockstader
Apocalypse
[1993, Starkland]

CZAS SZCZEREGO WYZNANIA: 2014 był rokiem, w którym coś mnie naszło i zanurkowałem głęboko w musique concrete. Nie żebym dopiero "odkrył" to zjawisko, bo odkryłem je jako nastolatek, wertując wnikliwie karty jakiejś muzycznej encyklopedii i potem nawet na fali podjarki sam próbowałem bawić się w rejestrowanie field recordings przy pomocy zwykłego mikrofonu i magnetofonu (zapału starczyło na kilka tygodni, taśmy prawdy pozwolę w całości ujawnić 100 lat po swojej śmierci). Mniej więcej dekadę później miałem zaszczyt przeprowadzić dla Porcys wywiad z Eugeniuszem Rudnikiem, rodzimym pionierem i mistrzem elektroakustycznego kolażu. Natomiast jeśli miałbym być całkowicie uczciwy, to jeszcze rok temu nie mógłbym z ręką na sercu przyznać, że słyszałem cały kanon muzyki konkretnej, bo moja wiedza w temacie była raczej wybiórcza, przypadkowa, nieuporządkowana. No ale w końcu poczułem, że nadszedł odpowiedni moment i nadrobiłem te wszystkie kluczowe dzieła Schaffera, Henry'ego, Parmegianiego etc. Był nawet taki miesiąc, gdzieś na przełomie września i października, że nie słuchałem prawie niczego innego. I zaufajcie mi, miałem PIEKŁO CZASU.

Podobnie jak jego rówieśnik Rudnik (obaj rocznik 1932) i chyba wielu innych wczesnych eksperymentatorów na polu, na którym drzewiej w znacznej mierze rozchodziło się o dostęp do sprzętu, Dockstader testował swoje pierwsze pomysły trochę ukradkiem, cichaczem, na boku większego, dochodowego projektu. Mówiąc wprost, pracował w hollywoodzkich studiach jako realizator przy efektach specjalnych do cartoonów w rodzaju Pana Magoo (btw cholera, jakie to było dobre, trzeba "na boku" [pzdr MZ] wrócić przy okazji) i zostawał po godzinach, nocami wycinając z taśm i przetwarzając fragmenty dźwięków, składających się później na pełnoprawnie strukturalnie odcinki. Apocalypse to świetny, ogromnie treściwy i przystępny punkt startowy do przygody z dokonaniami pana Toda. Jak rzadko kiedy, cały biograficzny background artysty wychodzi na wierzch w tych bogatych kolorystycznie i nastrojowo impresjach: słychać i studia psychologiczne, i malarskie, i filmowe. Ba, od Rudnika odróżnia Dockstadera przejawiane chwilami abstrakcyjne poczucie humoru oraz brak konceptualizacji/ideologizacji/"kontentyzacji" (wiadomo, inna tradycja od naszej, polskiej, romantycznej i zaangażowanej).

Ale żarty na bok, bo teraz powiem coś serio. Dziewięciominutowe nagranie otwierające ten zestaw, czyli "Travelling Music" (z 1960), z chęcią nominowałbym do miana najpiękniejszego utworu w dziejach muzyki konkretnej. Poza wirtuozerskim obrabianiem starannie wyselekcjonowanego materiału dźwiękowego z pomocą przeróżnych technik, Dockstader przedstawił w tym (jak sam to ujął) swoim "Poemacie Elektronicznym" fascynujące studium dźwiękowej panoramy, umiejscowienia dźwięku w przestrzeni (stąd tytuł). Nie chcę bawić się w "The Wire" i wyliczać jak wiele rozmaitych tropów to dziełko poprzedza, bo imho jest doświadczeniem skończonym samym w sobie, przerastającym swoich następców wizją i odwagą. Ale kolega ostatnio zasugerował mi, że w dobie Spotify wszystko tak łatwo kliknąć, streamować i przeskipować, że już na wstępie docelowo szukamy konkretnego brzmienia, unikamy ryzyka i boimy się wyjść ze swojej "strefy komfortu". Więc, cóż, pewnie jestem mało reprezentatywny dla ogólnych trendów, ale jak patrzę na swoją listę ulubionych płyt ubiegłego roku, to "myślę sobie", że niektórych z nich mogłoby tam nie być, gdyby nie ów epizod konkretno-muzyczny. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


Fern Kinney: Groove Me

Fern Kinney
Groove Me
[1979, Malaco Records]

Co obecnie dzieje się na parkietach? Techno, house, footwork, dubstep, oldschoolowy hip-hop, PC Music (chyba wreszcie przedarło się do szerszego grona)? Wszystko spoko, ale czy przy takich RYTMACH wyobrażam sobie idealny balet? Nie. Przy jakich więc, bo przecież nie przy drum'n'bassie, którym w tej dekadzie zajawiałem się tylko raz, i miało to miejsce przy okazji pewnej wydanej na początku lutego 2013 roku płyty, więc już nie biorą mnie te łamańce, nie biorą mnie? Nu-disco? Jak Numer Raz — zawsze spoko, ale tak szczerze mówiąc, najlepszym sposobem na udaną noc w klubie jest rasowe disco. Bo z jednej strony wiadomo, że w klubie disco można robić wszystko — wyciągać damy spod opieki i małolaty spod opieki taty. A z drugiej, gdy lecą hity w rodzaju "Le Freak", "I Feel Love" czy "I Wanna Rock You", to dopiero wtedy czuć moc. Ale od takich numerów pęka parkiet, a co można puścić, gdy zbliża się już ranek i wszyscy są już mocno wyczerpani? Postawiłbym na Fern Kinney i jej pod każdym względem eleganckie, wonne, eteryczne disco.

Z czystym sercem mogę polecić dwie pierwsze płyty tej obdarzonej aksamitnym, uwodzicielskim wokalem divy (Sweet Music jest trochę słabsza), a zwłaszcza debiutancki Groove Me, który w moich uszach uchodzi za jej najpełniejszą kolekcję. Dlaczego? Ponieważ w tych zgrabnych, nośnych, napędzanych tytułowym groove'em i podbitych leciutkimi bębnami piosenkach skrywają się przepiękne detaliczne błyskotki. Weźmy tytułowy, czerpiący z Morodera, opener i zwróćmy uwagę na cudowny tęczowy szlaczek na 3:23, będący doskonałym kontrapunktem dla bądź co bądź całkiem progresywnej linii syntezatora i nasiąkniętych zabawą śpiewów skrytych na drugim planie w miksie. Albo najpiękniejszy w zestawie, flirtujący z Fleetwoodowym fluidem (to mógłby być disco-cover "Dreams") "Angel On The Ground", gdzie schodkowy mostek na 2:10, w którym "w pół drogi między A i B" wypolerowane klawisze spotykają się, a następnie zostają wchłonięte przez smyczkowy motyw, olśniewa swoim blaskiem. No co mogę więcej powiedzieć? Jeśli jesteście fanami Morodera, Chic, Abby, Supremes, Fleetwood Mac czy DFA (czyż "Baby Let Me Kiss You" nie zapowiada remiksów tej nieco przygasłej dziś wytwórni?), to całkiem możliwe, że dla Fern Kinney również znajdzie się trochę miejsca w waszych muzycznych sercach. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Lewis: Romantic Times

Lewis
Romantic Times
[1985, R.A.W. 1002]

Lewis (lub Lewis Baloue) to tak naprawdę pseudonim artystyczny Randalla A. Wulffa — kanadyjskiego songwritera, którego twórczość odbiła się szerokim echem dopiero w ubiegłym roku. A cała ta rehabilitacja nastąpiła za sprawą reedycji dwóch fantastycznych krążków — wydanego w 1983 roku L'Amour oraz Romantic Times, który pojawił się na rynku dwa lata później. Faktem jest, że już na wstępie zachwyca mnie okładka Romantic Times, ale prawdziwy glamour rozpoczyna się, gdy słucham openera płyty — "We Danced All Night". Utwór, stanowiący wariację na temat "Strangers in the Night" Franka Sinatry, to doskonała wprawka do stylu kompozycyjnego Wulffa, który, przemycając estradowy sznyt, nakłada na niego subtelne barwy, których nie powstydziliby się Serge Gainsbourg (w sumie to jakby nie patrzeć estradowiec i szansonista), John Martyn czy Scott Walker na moim ulubionym 4. Ale spójrzmy, jak to wygląda dalej. Weźmy takie "Bon Voyage", które ujmuje mnie swoim intymnym rozedrganiem, "So Be In Love With Me" zachwyca przepięknym tematem saksofonu, natomiast mój prywatny highlight — "Bringing You a Rose" to zagubiony klasyk bedroom popu, który tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Kindness, Blood Orange czy Nicky Sparkles mieli z kogo zrzynać. Nieważne, czy spodoba się wam nieoczywisty, powiginany i ckliwy wokal Wulffa, bo moim zdaniem robi tą płytę to Romantic Times zdecydowanie należy się po latach wraz z L'Amour status zaginionych klasyków. –Jacek Marczuk

posłuchaj


Sven Libaek: Inner Space

Sven Libaek
Ron & Val Taylor's Inner Space
[1973, Festival]

OK, czy może być coś fajniejszego niż australijski program dokumentalny z lat siedemdziesiątych o rekinach z dobrą ścieżką dźwiękową? A raczej: z bardzo dobrą ścieżką dźwiękową? Wyluzowany jazz Svena Libaeka nasuwa skojarzenia z lounge'em i exotiką, a przy tym posługuje się tym samym trickiem, co nasz ulubieniec Piero Umiliani: buduje narracyjną, telewizyjną dramaturgię za pomocą wysublimowanych detali kompozycyjnych. Inner Space to chyba jeden z najlepszych przykładów muzyki czysto użytkowej, pomyślanej jako ilustracyjna, która okazuje się śmigać na swoich własnych prawach. Wcale nie potrzeba obrazu, by słuchając tego albumu, dać nura w tajemniczą otchłań Pacyfiku i pływać między niebezpiecznymi stworami — one tam już są, szczerząc swe zęby w niepozornych dźwiękach. W 2006 roku wydano jeszcze dostępną na Spotify składankę Inner Space: The Lost Film Music of Sven Libaek, która też jest warta uwagi, ale nie porywa w równym stopniu, co oryginalny winyl z 1973 roku, wznowiony niedawno przez Votary. –Krzysztof Michalak

posłuchaj


Mtume Umoja Ensemble: Alkebu-Lan: Land of the Blacks (Live at the East)

Mtume Umoja Ensemble
Alkebu-Lan: Land Of The Blacks (Live At The East)
[1972, Strata-East]

Liczący trzynaście głów ansambl pod przewodnictwem filadelfijskiego multiinstrumentalisty Jamesa Formana to coś więcej niż regularny live album. To iście patetyczny, afrocentryczny manifest części czarnej społeczności. Pełnoprawny autorski debiut skrajnego afro-nacjonalisty – członka US Organization, któremu sam wybitny aktywista Maulana Karenga nadał suahilijski przydomek "Mtume", pozbawiając go tym samym piętna wynikającego ze staroangielskiego charakteru nazwiska. Przesiąknięty aspektem kulturowym (oraz w pewnym sensie politycznym) ukłon w stronę dobrodziejstw całej muzycznej spuścizny Alkebulan. Awangardowy jazz czerpiący garściami z tradycyjnej afrykańskiej rytmiki, a przy tym dumnie przywdziewający tytuł reprezentanta tego nadzmysłowego, duchowego odłamu ściśle związanego z etnicznym folklorem, obyczajowością ludową znajdującą odzwierciedlenie nie tylko w warstwie instrumentalnej, ale i doświadczanej również przez wszelakie zabiegi liryczno-wokalne nierzadko wykorzystujące poezję ideologicznych braci – Y. Imana oraz W. Kuumby, mające na celu przybliżyć słuchaczowi filozoficzne zaplecze nagrania, którym to przesiąknięte są poszczególne dźwięki.

Warto również pamiętać o wytwórni, która podjęła się wytłoczenia tej odysei na czterech czarnych plackach. Dla Strata-East bowiem Land of the Blacks było czwartym z kolei indeksem w katalogu i w dużym stopniu wpłynęło na później obraną przez nich spiritualjazzową linię programową labelu.

Nie skłamię, twierdząc, że ta zarejestrowana w 1971 roku dźwiękowa ekspedycja stanowi dziś jeden z kilku absolutnie najlepszych i najważniejszych tworów murzyńskiego jazzu zaangażowanego, bo takim mianem zwykłem go określać. Porównywalny nawet z innym, równie ważnym dla kręgów sympatyków panafrykanizmu – Kawaidą. A żeby dowieść, że to w żadnym wypadku nie pustosłowie, odsyłam do cudownej czterominutowej, otwierającej album inwokacji wyjaśniającej motywy powstania krążka. Później Mtume współpracował już tylko z Milesem Davisem i ruszył z własnym synth funkowym zespołem, by współcześnie pisać piosenki dla R. Kelly’ego i Mary J. Blige. –Witold Tyczka

posłuchaj


Neil & Iraiza: Johnny Marr?

Neil & Iraiza
Johnny Marr?
[1997, Escalator]

Johnny Marr? Paradoksalnie nie uświadczycie go za dużo na Johnny Marr?, ale i tak warto sięgnąć po tę pozycję, choćby w ramach wstępu do zaskakująco obfitującej w łakocie sieć projektów, w które swego czasu zaangażowani byli członkowie duetu Neil & Iraiza. Gakuji Matsudę (aka Neil) możecie kojarzyć pod pseudonimem Cubismo Grafico, w ramach którego bardzo zręcznie mieszał wpływy brazylijskiego popu, french-touchu, lounge’u, klasycznego disco i reggae. Z kolei Hirohisę Horie (aka Iraiza) każdy japoński indie-meloman utożsami ze znakomitą, zanurzoną w sixtiesach EP-ką Tokyo Tapes, nagraną wspólnie z Hidekim Kaji, kiedy ten jeszcze nie posiadał statusu gwiazdora. Generalnie warto się przegrzebywać.

Jeżeli chodzi o samą płytkę, to jest to dosyć dziwny, chaotyczny zbiór, gdzie obok cardigansowych petard i rozpływających się w morzu akordów, zerkających w stronę kunsztownego soft-rocka lat 70. (jest tu nawet kawałek zatytułowany "Tragedy of the Soft Rocker", choć to akurat rzecz z zupełnie innej beczki) erotyków, znajdziemy szereg wyrywających w najróżniejszych kierunkach miniaturek, skrawków zamorskiej popkultury, przedrukowanych przez dwóch gości jeszcze nie do końca wiedzących, co na dłuższą metę chcą grać. Oczywiście naturalnym zagrożeniem w takich sytuacjach jest istnienie dużego pola do popisu dla beztreściowych wypełniaczy i solennie przyznaję, że trochę się tu takich znajdzie, ale kilka utworów z pewnością jest w stanie to wynagrodzić. Dość powiedzieć, że czasami w myślach tłoczą się skojarzenia z XTC, choć akurat partridge’owskie sztuczki harmoniczne ujawniają się w pełni dopiero na kolejnym albumie duetu, wyśmienitym New School z 2002 roku, którego wielkim fanem jest podobno Max Tundra. Słabo? –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Rigor Mortis: Rigor Mortis

Rigor Mortis
Rigor Mortis
[1988, Capitol]

Wyszczerzony na okładce czerep świetnie opisuje to, co dzieje się na moim ulubionym albumie z muzyką thrash. Szczerbaty i zjeżony joker z ciętym, nieco komiksowym poczuciem humoru – jak ten topór skrzyżowany z kiścieniem zamiast dwóch piszczeli. Prawdziwym bohaterem jest tu niewątpliwie Mike Scaccia, którego wciąż poszukująca, zainteresowana łamańcami gitara jakimś cudem doskonale współgra z pozoru prostym, punkowym pulsem. Zresztą – Harden Harrison za perką i Casey Orr na basie, chociaż lekko wycofani, redefiniują brzmienie ejtisowej sekcji tak skutecznie, że kompozycje wydają się bardziej przystawać do nowoczesnych standardów niż utwory na ubiegłorocznym wydawnictwie grupy. Bruce Corbitt nie odstaje, gdy (trochę na wzór Toma Arayi) wykrzykuje re-animacyjne teksty. W nich karnawał: groby i uczeni, wampiry, demony oraz kościotrupy. Typowe mrugnięcie okiem. Materiał, choć diablo szybki, naładowany speedmetalowym luzem, nawet na chwilę nie traci precyzji, a produkcja sprawia, że mimo bicia szybkościowych rekordów, brak tu sieriożności, która wkrada się w niektóre dokonania tamtej złotej ery. Jakby znana później z albumów Megadeth błyskotliwość spotkała źródłową agresję Show No Mercy. Równie dobrze mogłoby to być pośmiertne stężenie samego thrashu, tak udanie przepracowano na tym albumie wyjściowe pomysły z Bay Area. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj


Sandii: Eating Pleasure

Sandii
Eating Pleasure
[1980, Alfa]

Sandii mogłaby być japońską odpowiedzią na Kate Bush, gdyby tylko jej wkład w sygnowane swoją ksywką albumy nie ograniczał się jedynie do śpiewania jak Kate Bush i wyglądania jak Kate Bush. Tymczasem za warstwę muzyczną Eating Pleasure – zarówno kompozycyjną, jak i produkcyjną – są tu odpowiedzialni panowie z Yellow Magic Orchestra i ich pomysł na twórcze zagospodarowanie tej płyty był zupełnie inny. Otóż na świeżutkim, nowofalowym szkielecie Hosono i spółka urządzili sobie swego rodzaju poligon doświadczalny, wdrażając doń swoje najdziksze brzmieniowe fantazje, których kulminacją jest sześciominutowa, hipnotyzująca medytacja "Zoot Kook". Nie oznacza to, że to album w jakikolwiek sposób wymagający. Przeciwnie – utwory tu zawarte są przyjemnie przyswajalne, a czasami – jak w przypadku singlowego "Love Sick" – wręcz bezwstydnie przebojowe. Chodzi raczej o ich specyficzną, frywolną dziwność, osiągniętą dzięki ogromnym pokładom kreatywności twórców słynnego "Technopolis", uwolnionych tym razem "z laską na wokalu". Nie wiem na ile jest to znacząca pozycja dla japońskiej fonografii, wiem natomiast, że ubawiłem się niezmiernie przy tej Kate Bush w wersji repetycyjnej, a zwłaszcza absurdalnie zarzucającej cytatem z "Gold Dust Woman" w "Hey Rock-A Lala". –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Supermax: World of Today

Supermax
World of Today
[1977, Atlantic]

Jeśli myśleliście, że mechaniczna, europejska, syntetyczna odmiana disco została wynaleziona przez wąsatego, noszącego ciemne okulary wieśniaka o germańskich koligacjach, to bez wątpienia mieliście rację. Ale pamiętajmy, że było ich dwóch. "Szli łeb w łeb", heh. Niby trochę w tym sensie "łeb w łeb" co Karwowski i Maliniak ("taak, ale on panem chce zastopować mnie!") albo Kmicic i Kuklinowski ("Dwóch jest tylko pułkowników w Rzeczpospolitej", loool). Natomiast nim zaczniemy odruchowo toczyć beczkę, to sprawdźmy daty i wtedy już nie jest tak bardzo do śmiechu. Spójrzmy, bo sytuacja wydaje się ciekawa: w lipcu 1977 wychodzi "I Feel Love" i równolegle From Here to Eternity. Według oficjalnych danych Kurt Hauenstein, basista-klawiszowiec-wokalista i mastermind projektu Supermax, miał już wtedy na koncie debiutanckie, wydane rok wcześniej Don't Stop the Music, na którym tytułowy utwór dość jawnie antycypuje hipnotyczny, transowy, narkotyczny vibe Moroderowskiego electro-disco, a na pewno koresponduje z epickim rozmachem jamującego prog-disco Cerrone.

Co więcej, we wspomnianym lipcu 1977 Hauenstein od 2 miesięcy nagrywał już sofomora (wydanego w końcu we wrześniu), na którym zastąpił żywszą instrumentację obfitym użyciem elektronicznych klawiatur i, z tego co słychać, co najmniej arpeggiatorów, a może i prymitywnych sekwencerów (trzeba by przeanalizować ich rynkową dystrybucję, ale w 1977 już niektóre modele śmigały, według źródeł aspirujących do jakiejśtam wiarygodności). Wprawdzie gościu na zdjęciach wygląda bardziej jak jakiś zagubiony członek coverbandu Sabbath i Motorhead, na bębnach gra tu (równie dobrze jak brzmi jego nazwisko) niejaki Hartmut Pfannmuller, a w programie World of Today zamieszczono owoc białego reggae, nieco mdłą balladę i dwa odrobinkę zapyziałe bluesiory. Nie zmienia to jednak faktu, że robotyczny riff singla "Lovemachine" do złudzenia przypomina lejtmotyw przemykający po całym FHTE (w "Faster Than the Speed of Love", "Lost Angeles" czy "Im Left, You're Right, She's Gone"), a osadzone na hard-boogie groovie organowe interwencje w tytułowym openerze brzmią jak wyimaginowane "space disco z połowy lat 60-tych". Biorąc zaś pod uwagę, że żyjemy w erze EDM, powyższe fakty trudno zignorować z historycznego punktu widzenia. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


Terre Thaemlitz: Soil

Terre Thaemlitz
Soil
[1995, Instinct Ambient]

Zastanawialiście się kiedyś, kto nagrał najdłuższy album w historii fonografii? Ciężko to potwierdzić, ale wydany w 2012 roku album Soulnessless Terre Thaemlitz był promowany (między innymi) hasłem "najdłuższy album w historii świata". Wszystko za sprawą trwającego ponad 29 godzin utworu "Meditation On Wage Labor And The Death Of The Album", którego treścią są wygrywane z dostojeństwem akordy tylko i wyłącznie na fortepianie, będące symbolem tytułowej medytacji. Prowokacja, głupi żart, pseudosztuka, dzieło stworzone przez chory, artystyczny umysł, głęboka filozoficzna rozprawa opowiadana językiem muzyki? Zamiar Terre Thaemlitz można interpretować na wiele sposobów, bo trudno bez odpowiednio dobranego kontekstu zrozumieć tego typu eksperymenty. Niezależnie jednak od tego, jak traktuje się piątą pieśń z ostatniej propozycji artystki, trzeba przyznać, że wciąż zwraca uwagę na istotne kwestie, bo "śmierć" długogrającego albumu w drugiej dekadzie XXI wieku jest niewątpliwe czymś, nad czym warto się choć na chwilę zastanowić.

Jednak kwestia, nad którą chcę się dłużej zatrzymać, to postać twórcy tego absurdalnie wręcz długiego longplaya. Obok komponowania muzyki eksperymentalnej (chociażby często pojawiający się na albumach field-recording), elektroakustycznej czy zorientowanej w stronę parkietów, Thaemlitz zajmuje się również fotografią czy grafiką. Jest również myślicielką, a dominantami jej myśli są teoria queer tudzież transgenderyzm, które pozwalają jej na wikłane się w konteksty, zwłaszcza polityczne i antropologiczne. Jednak bez wątpienia nas tu zebranych najbardziej interesuje sfera jej działalności muzycznej. Jak dotąd najbardziej znanym obliczem artystki jest moniker DJ Sprinkles, który na swoim znakomitym i cenionym w elektronicznym światku longplayu Midtown 120 Blues manifestuje własną, niepodobną do żadnej innej, wersję ambient-house'u. Oczywiście spłycam cały zamiar, bo rozgrywający się przez ponad siedemdziesiąt minut spektakl często przekracza, i to bardzo znacząco, granicę "muzyki klubowej", wprowadzając ją w obszar niemal mistycznej kontemplacji. Chcę przez to wszystko powiedzieć, że wszelkie działania Thaemlitz noszą znamiona artystowskie. To nigdy nie są puste "projekty", mające służyć jako (tania) rozrywka dla przypadkowego, masowego odbiorcy (bo przecież muzyka nie jest uniwersalna). A gdybym z całkiem sporej dyskografii miał wybrać tę najlepszą moim zdaniem pozycję, wskazałbym na Soil.

Choć cenię Soulnessless (jak i pozostałe krążki), który mimo wszystko do mnie trafia, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to tylko i aż Soil bis — zwłaszcza dualny "Traffic With The Devil", w którym w pierwszej części napotykamy błądzące w powtórzeniach, przesycone nastrojem grozy smugi, a w części drugiej odbieramy zwichrowane, ludzkie komunikaty, obserwowane jakby przez skaczącą w czasie zjawę, w całej rozciągłości ewokuje warunki sofomora Thaemlitz. Wydane w 1995 roku dzieło zaczyna się od "Subjective Loss, Day 83" — już na wstępie wybieramy się w podróż do środka kosmosu, z którego możemy przenieść się w dowolne miejsce wszechświata — od marsjańskich kraterów, przez centrum konstelacji Oriona, po lodowate krańce Antarktydy. Ale aby dostać bilet na taką wycieczkę, musimy spełnić jeden warunek — wyciszyć się tak, jakbyśmy mieli za chwilę usłyszeć Spirit Of Eden albo Playthroughs. Po astralnym wojażu wracamy na ziemię za sprawą "Elevatorium", aby wsłuchać się w poemat składający się ze śpiewu ptaków, szumu strumyków czy jarmarcznego gwaru dochodzącego gdzieś z serca Syrii. Taki klimat na Soil nazwałbym sielankowym, bo "Yer Ass Is Glass" odwraca do góry nogami niedawny krajobraz, przynosząc zatopiony we mgle niepokój, kończący się tak porażającą i przeszywającą pointą (głuche "Kill! Kill! Kill! Kill! Kill! Kill! Kill! Kill! Kill! Kill! Kill! Kill! Kill! Kill!" wkraczające za moment na wstęgę smyczków przypominających najbardziej żałosne momenty debiutu Godspeed You! Black Emperor), że powiedzieć o ciarkach na plecach, to nic nie powiedzieć.

Ale Thaemlitz ma niebywałe wyczucie nastroju, dlatego po takim wstrząsie przenosi cały tok do, mam wrażenie, umysłu walczącego o życie na stole operacyjnym pacjenta, choć wijące się w obu kanałach majaki, które swoją drogą antycypują aurę Life Is Full Of Possibilities, zwiastują nieuchronną agonię. Tak jak "Trucker", cała płyta nie należy do najradośniejszych — tu w każdym indeksie podskórnie da się odczuć strach, śmierć czy niepewność, ale sposób, w jaki zostało to wyeksponowane w dźwiękowej tkance sprawia, że na pierwszy plan wysuwają się trudne do uchwycenia rysy piękna, które chyba najłatwiej dostrzec w lodowatym "Aging Core, Aging Periphery". A finisz to ponad jedenastominutowy "Cycles", będący swoistym powrotem do zalążka historii z końcówką, którą spokojnie mogę porównać do słynnej, finałowej sceny The Sopranos. Przesadzam? Niektórzy na pewno tak sądzą, ale zdania nie zmienię, bo od pierwszego odsłuchu Soil moje wrażenia są niezmienne — tak niesamowitych, posiadających własny idiom, a jednocześnie potrafiących tak bezlitośnie spustoszyć świadomość płyt jest na świecie niewiele. Albo powiem inaczej — za każdym razem, gdy postanawiam włączyć album, czuję ekscytację, ale jednocześnie boję się obcować z tą muzyką. I chyba na tym polega istota piękna wykreowanego przez Terre Thaemlitz. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


King Tubby and The Aggrovators: Shalom Dub

King Tubby And The Aggrovators
Shalom Dub
[1975, Klik]

Shalom Dub to czysta Jamajka, osadzona w klasycznym roots, a do tego inkorporująca elementy lovers rocka czy tradycyjnego ska-jazzu. Bunny Lee ze swoim amorficznym projektem The Aggrovators nasycili te kawałki hookami, które z pewnością przypadną do gustu zwolennikom subtelnego reggae, ale to nie na nich chciałbym się skoncentrować w swoim krótkim komencie. Tak naprawdę ten album czynią wyjątkowym jego produkcja i mix. King Tubby za konsoletą to chyba najlepsze, co mogło spotkać w 1975 roku jakiegokolwiek jamajskiego muzyka. Jego wizja artystyczna i rozumienie muzyki jako przestrzennego materiału dźwiękowego wybiegały daleko w przyszłość — na tyle, że słuchając tego nieco zagubionego klasyka, można dogłębnie zrozumieć fascynację dubem współczesnych twórców elektroniki. Selektywne podejście do reggae'owych mikro-fraz, soulowych wokali i nałożonych na nie efektów pozwoliło mu stworzyć wszystko, czym teraz jaramy się w scenie UK bass, u Noaha Shebiba albo na przykład w cloud rapie — charakterystyczne, "podwodne" brzmienie, niesamowitą konsekwencję nieciągłości, a przede wszystkim — plastyczność muzyki zarówno w skali mikro, jak i makro. Przysłuchujmy się jego pomysłom! –Krzysztof Michalak

posłuchaj


Wilde Flowers: The Wilde Flowers

Wilde Flowers
The Wilde Flowers
[1994, Voiceprint]

Skumajcie, że gdzieś kiedyś istniał świat, w którym muzycy Caravan i Soft Machine grali sobie w jednym zespole. Gdyby nie drobny problem ze zbyt wczesnym pojawianiem się na osi czasu, to Wilde Flowers można by nazwać jedną z najbardziej frapujących supergrup. Wydany w 1994 roku zapis tych pierwszych prób formowania sceny wokół Canterbury w żaden sposób nie dorównuje pierwszym pomnikowym trzem płytom Soft Machine czy In the Land of Grey and Pink, ale zupełnie nie o to tutaj chodzi. Chłopaki, zupełnie jeszcze niewyćwiczone i nieopierzone, nieświadomie uderzyły w urok pierwszych demówek wielkich zespołów, przy okazji smażąc parę prostych psychpopowych hitów. Przez to wszystko te chowane przed światem przez 30 lat nagrania są pozycją obowiązkową dla koneserów, kronikarzy i fanów fusion, psychodelicznego rocka oraz wszystkich innych wąsatych w dobry sposób księstw przyległych. –Ryszard Gawroński

posłuchaj

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"