RECENZJE

Travis
12 Memories

2003, Virgin 3.8

"Why Does It Always Rain On Me"? Zapyta biedny Francis Healy, który od pięciu lat bezskutecznie stara się wraz z Travis nagrać solidną, nastrojową płytkę. Koleś majstruje zgrabne piosenki: jest refren, jakiś hooczek się trafi, melodie znane (czyli fajne), gitarka jest, fujarki, skrzypce, wiolonczela się wkrada, aranżacje zasadniczo stonowane, normalnie też chórki są, ciałko też ma zajebiste, bajerka jest... a tu jakoś nic nie może poruchać.

Sytuacja powtarza się wraz z 12 Memories i sympatycznemu porucznikowi, tfu – wróć, sympatycznym Brytyjczykom pozostaje wspominać chwile spełnienia z czasów wydania urokliwego The Man Who, w którym swe midasowe palce maczał Nigel Godrich. Formuła pop-rockowych pioseneczek wyraźnie zawróciła grupie w głowie, na tyle, że nie potrafią choćby o milimetr próbować jej modyfikować. A przydało by się, bo z ich muzyką nie jest najlepiej. Nudnawe popłuczyny, wyświechtane melodie i jak na lekarstwo świeższych motywów – to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Choć też trzeba przyznać, że przy odrobinie dobrej woli można nawet polubić jakieś "Somewhere Else" z robiącymi świetną robotę dzwonkami, ładnie rozprowadzone "Happy To Hang Around" czy przyjemnie stąpające "Walking Down The Hill" (pierwsza część). Tylko wiecie, nie bardzo mnie obchodzą kawałki, które "są nawet niezłe".

Jeśli tytuł tej płyty ma sugerować, że zostanie nam po niej dwanaście wspomnień (kończący, jedenasty "Walking Down The Hill" trwa prawie dziesięć minut i kryje dwie kompozycje) to sorry, ale ostatnio sporo płyt się na rynku pojawia, a przez klasyki też się za nas siostra nie przegryzie. Nie ma, nie ma wody na pustyni i nie ma też czasu na pierdoły. Już nigdy w życiu nie wrócę do tej płyty, jeśli nic mnie do tego nie zmusi – to jest dla mnie proste.

Zabawna rzecz związana z krążkiem to próby naśladownictwa Tima Buckleya (o którym wszyscy wiemy, że był geniuszem i jego syna też kochamy). A chodzi o charakterystycznie wibrujący wokal w "Paperclips" czy też "Mid-Life Krysis" (tu odniesienie jest mniej ewidentne). Starania te oczywiście nadaremne, wychodzą Healy'emu raczej nieporadnie, a ponadto zespół po chwili przechodzi na bezpieczny teren refrenu, zapominając o ambitnym rozpoczęciu. Może to i lepiej, bo dzięki temu nie widać tu zbytniej napinki, tak bardzo irytującej na wielu słabych wydawnictwach.

Jeszcze liryki pozostały do skomentowania. Problem w tym, że nie ma o czym mówić. Może tylko tyle, że jeśli Gibbard zdecyduje się na założenie zespołu bejów, w pierwszej kolejności będzie dzwonić do lidera Travis.

Jacek Kinowski    
17 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie