RECENZJE

Sufjan Stevens
Carrie & Lowell

2015, Asthmatic Kitty 6.3

Moja mama umarła, kiedy miałem 26 lat. Bardzo lubiła Sufjana - słuchaliśmy razem Michigan, jeżdżąc z Poznania do Warszawy jeszcze w czasach, gdy tę trasę pokonywało się w pięć godzin (jeśli nie było korków na światłach w Sochaczewie). Pamiętam, że któregoś razu, kiedy leciało ”Redford”, spytałem ją w końcu, czy dostanę gitarę elektryczną, jak zdam maturę. A przy Seven Swans zawsze musiałem uważać na ”Sister” – początek był trochę zbyt hałaśliwy dla mamy i lepiej było ściszyć. Za to spokojne zwrotki koiły nas bardzo. Czułem ten rzadki dreszczyk, charakterystyczny dla sytuacji, kiedy to robisz coś z rodzicem razem i jesteście w to zaangażowani na równym poziomie emocjonalnym. Nawet więcej: ja dawałem mamie Sufjana. Jak już była chora i wyczerpały mi się pomysły na wieczorny film, podłączyłem Youtube do telewizora i pokazałem, jak Sufjan "robi anioła” na żywo na rozpoczęcie koncertu. Chciałem też się wspólnie z nią wsłuchać w jego wokal w ”Enchanting Ghost”, ale mama była już zmęczona. Odpaliłem Cohena na dobranoc i poszliśmy spać.

Jeśli jakkolwiek was to, co napisałem wyżej, tknęło, to nie ze względu na to, jak to jest napisane. Po prostu o takich sprawach się specjalnie nie mówi. Nawet Sufjan, będący na pierwszym miejscu pitchforkowego rankingu najbardziej szczerych ludzi w historii, krążył dotąd opłotkami. Coś tam było o Oregonie, o wyrzucaniu prezentów na święta… A tu jeb. Zaczął przeklinać, przyznaje się do pijackiego seksu (tak, ja też uważam, że to niemożliwe), wali wprost: moja mama umarła i chociaż zachowywała się wobec mnie chujowo, to i tak ją kocham. Jeśli tylko odbieraliście Sufjana emocjonalnie i jest dla was postacią - to wszystko musi robić wrażenie.

Obawiam się niestety, że te duże emocje wyparują w ciągu kilku dni. Sufjan jest genialnym kompozytorem, ma boską rękę do aranży – ale uszu nie interesuje reputacja. Z tego zestawu piosenek najbardziej pamiętam ”All Of Me Wants All Of You” – wydaje mi się kompletna. Fajne jest też, że większość utworów kończy się ambientowym przepłynięciem na drugi brzeg. Jest to zimne, mroczne, nieprzyjemne – takie, jakie powinno być, bez sentymentalnej ściemy. Carrie & Lowell ma w sobie skupioną skromność, która bardzo dobrze się komponuje z tematem płyty. I można ten temat rzeczywiście przeżyć, wsłuchując się w teksty. Ale o tym już mówiłem.

Warto wspomnieć jeszcze o ”Fourth Of July”, ale ciężko mi napisać dokładnie, dlaczego. Ot, na mój gust wybija się nieco na tle reszty. No właśnie – ta ”reszta” to jakaś gromada bliżej niezidentyfikowanych piosenek, podobnych do siebie na tyle, że ich się specjalnie nie rozróżnia. Nie będziecie się uczyć grać ich na gitarze. A jeśli tak, to szybko zapomnicie – bo nie będzie wam się chciało ich grać. Te piosenki same do was nie przyjdą. Nie mam umiejętności wynajdowania autoplagiatów, ale bez wątpliwości stwierdzam, że to wszystko już słyszałem – tylko kiedyś było lepsze. Carrie & Lowell to świetna okazja, by posłuchać pięknego głosu mistrza i przypomnieć sobie jego ulubione starsze utwory. No właśnie, to może na otarcie łez przedstawię wam na szybko moje top five mniej znanych kawałków Sufjana – może nie znacie: 5. ”I Can’t Even Lift My Head”, 4. ”The Lord God Bird”, 3. ”I Went Dancing With My Sister”, 2. ”God’ll Never Let You Down”, 1. ”Damascus”. Moja mama chyba też najbardziej lubiła ”Damascus”.

Jędrzej Michalak    
15 kwietnia 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie