RECENZJE

Purity Ring
another eternity

2015, 4AD 5.6

Trochę szkoda. Tak po prostu. Nie na miejscu byłoby używanie jakiś górnolotnych określeń pokroju zawiedzione nadzieje czy wielkie rozczarowanie. Kanadyjski duet niestety zwyczajnie nie dał rady.

Shrines nie była wybitną płytą, pewnie nawet nie była płytą bardzo dobrą, choć ja osobiście bardzo ją polubiłem. Po wielokrotnych odsłuchach zżyłem się z nią mocno i chyba nawet zacząłem cenić ją wyżej, niż powinienem (a jak niby powinienem, hę?). Nie można odmówić słuszności zarzutom dotyczącym monotonności tamtego albumu. Produkcje Corina Roddicka istotnie były bardzo podobne do siebie, opierając się w większości na tych samych patentach – przestrzennych, lejących się synthach i trapowych bitach. Mimo tego w połączeniu z, nie bójmy się tego określenia, słodziutkim głosem Megan James, tworzyły bardzo przyjemną, rześką mieszankę, oferując znacznie ciekawszą muzykę niż większość sceny witch house’owej (o ile w ogóle kiedykolwiek coś takiego istniało), bo poza klimatem Shrines zawierało też fajne piosenki.

Jednak po trzech długich latach pewne rozwiązania brzmieniowe tracą swoją świeżość. I wcale nie mam teraz na myśli, że aby być ciągle na czasie, Purity Ring powinni wstąpić do PC Music. O nie. Inną sprawą jest, że another eternity brzmi nieco czerstwo. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że nawet bardziej staro od debiutu. Odnoszę też wrażenie, że Roddick, chcąc trochę ubogacić strefę produkcyjną, delikatnie się pogubił. Zmiany na tej płaszczyźnie nie są jakoś radykalne – zdaje się, że jest tu więcej zróżnicowania, jeśli chodzi o klawiszowe barwy, a i bity nie brzmią już w każdym kawałku tak samo. Corin zrezygnował niestety z charakterystycznych pociętych wokali, w zamian dając jakieś pianinka. Całość straciła w kwestii soundu, choć i tak należy przyklasnąć samej chęci poszerzenia środków.

Dobre wrażenie robi na przykład "Stranger Than Earth", umiejętnie budując napięcie mocno basowym bitem, i nie psuje go nawet lekko wieśniacki syntezator, bo paradoksalnie jego dożynkowość jest całkiem spoko. Inny jasny punkt programu to "Flood On The Floor" – utwór znacznie bardziej bezpośredni, a powiedziałbym nawet, że mocno fizyczny. Mam tu na myśli szczególnie te agresywne wyładowania klawiszy, które są ok mimo skojarzeń z np. ostatnią płytą Crystal Castles. Ostatnim kawałkiem, który bym wyróżnił, jest "Sea Castle" – chyba najbardziej przebojowy moment płyty, a jednocześnie najwyraźniej taneczna rzecz z repertuaru zespołu. Reszty indeksów nie ma sensu opisywać – w większości są to po prostu urokliwe, ale w gruncie rzeczy dość przeciętne utwory, w znacznej części będące kalką Shrines. Niestety, kalką dość bladą: kawałki z another eternity na moje ucho są po prostu wyraźnie słabsze. Nie w jakimś wyjątkowo dużym stopniu, bo płyta w sumie jest całkiem przyjemna, ale jednak. Szczególnie negatywnie wyróżnia się jedynie closer płyty – przeraźliwe nudne "Stillness In Woe". Jeśli to ma być kierunek, w którym Purity Ring podąży, to będzie mi naprawdę przykro. Wszelkie wpływy hip-hopu bardzo dobrze działały na muzykę tego zespołu (poza debiutem warto wspomnieć chociażby o występie na Old Danny'ego Browna czy moim ukochanym coverze Soulja Boya ), ale i w wypadku tych bardziej balladkowych utworów duet potrafił uniknąć usypiającego nudziarstwa. Tutaj niestety doszło do zderzenia czołowego. Trochę szkoda.

Antoni Barszczak    
10 marca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy