RECENZJE

Perfume Genius
Too Bright

2014, Matador 4.4

Stojący za projektem Perfume Genius Mike Hadreas pisał w materiałach promujących Too Bright o gniewie, jaki narastał w nim od wczesnej młodości i rzekomo wybuchł właśnie teraz. I w porównaniu do dwóch poprzednich albumów – owszem, również rozrzewnionych, ale będących dosyć chaotycznymi i gdzieś tam na dnie tlącymi się pewnym spokojem ducha zapiskami myśli i perypetii outsidera – faktycznie można odnotować wzrost ilości reakcji obronnych, objawiających się głównie gorzkim ironizowaniem i kąśliwymi przytykami w stronę swoich skretyniałych oprawców. Mam jednak wrażenie, że w tym wszystkim Genius troszkę wodzi słuchacza za nos, bo ja tu wcale nie słyszę tłumionych przez lata wrzasków rozpaczy i rozdzierających pewnością siebie zwierzeń. Pamiętacie Antony’ego Hegarty’ego? Jego utwory autentycznie chwytały za gardło i to nie tylko ze względu na niecodzienną ekspresję; w przypadku Hadreasa daleko mi do takich wzruszeń. Jasne, nietrudno wyczuć, że ten zaryglowany w okowach swojego schorowanego ciała i odmiennej orientacji chłopak naprawdę cierpi i możecie uznać mnie za skurwiela bez serca i krzty empatii, ale dla mnie to postać rozczarowująca, która albo pod płaszczykiem rozbuchanej emotywności i niby-łamiącego się głosu całkiem świadomie zrezygnowała z udokumentowania pełnokrwistego świadectwa podjęcia walki, albo po prostu nie posiada na tyle talentu, by zrobić to jak należy.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie piszę tego wszystkiego po to, żeby przygotować sobie grunt pod rozważania o szczerości w muzyce, bo kompletnie mnie one w tym momencie nie interesują. Piszę to, bo uważam, że recepcja Too Bright zakrawa na lekki absurd i wynika raczej ze zmuszania się – albo może bardziej zachęcania się – do polubienia tego krążka z powodu szeregu absolutnie pozamuzycznych aspektów, takich jak usilne doszukiwanie się uniwersalnego w swoim wyrazie humanizmu, polityczna poprawność, fascynacja osobą autora czy obawa przed złamaniem tabu. Stając naprzeciw temu kuriozalnemu zjawisku, chcę w tym miejscu podkreślić, że pomimo wynurzeń z poprzedniego akapitu, wystawiona przeze mnie ocena odnosi się tylko i wyłącznie do tego, co nowy album Perfume Geniusa ma mi do zaoferowania czysto muzycznie, a jeśli ktoś uważa jej odchyłkę od ogólnośrodowiskowego trendu za formę lansu i parcia na kontrowersję (już widzę to święte oburzenie w komentarzach na Facebooku: "hehe, Pitchfork dał 8.5, ale oczywiście porcysek musiał się wyróżnić"), niech lepiej przemyśli całą sprawę jeszcze raz.

Wypada zacząć od tego, że ta najnowsza jest zdecydowanie najlepszą płytą w dotychczasowym dorobku Hardeasa. Progres jest ewidentny i konsekwentny: tak jak Learning było dwójkowe, a Put Your Back N 2 It trójkowe, tak Too Bright zasługuje na cztery z okładem i jeśli tak dalej pójdzie, to zgodnie z moimi obliczeniami listowego albumu od tego pana możemy się spodziewać w roku 2020. Co się zmieniło? Pierwsze, na co zwraca się uwagę, to kolejny etap odchodzenia od lo-fi, sygnalizowany już na Put Your Back N 2 It. Za produkcję odpowiada Adrian Utley z Portishead i trzeba przyznać, że jego działania na tym obszarze wyszły piosenkom Geniusa na dobre. No właśnie – druga sprawa to piosenki. Przede wszystkim trzeba spropsować poszerzenie przez Hardeasa horyzontów, bo nawet jeśli nie na wszystkich polach zanotował sukces (marniutki elektroniczny wytwór "Longpip", zahaczający o glamowe patenty "Queen", wykoślawiający eksperymentatorskie zapędy Kate Bush "My Body"), to i tak najnudniejsze (i niestety w dalszym ciągu najobszerniejsze) fragmenty Too Bright to te, w których eksploruje estetykę rozedrganej klawiszowej ballady o proweniencji country, znaną już ze wcześniejszych wydawnictw i obnażającą ubytki w songwritingu ("I Decline", "No Good", "Too Bright", "All Along").

Większość płyty to droga przez przeciętność i tani dramatyzm, ale są tu dwa ratujące album utwory, które z ręką na sercu mogę pochwalić. Balansujące na cienkiej granicy artyzmu "Grid" ze swoim mechanicznym vibe'em od razu kojarzy się z Suicide, a Wojtek słusznie podpowiada również Swans. "Fool" z kolei zestawiano gdzieniegdzie z twórczością Talk Talk i może to sposób, w jaki nagrano wokal, albo generalne wyciszenie, ale rzeczywiście coś w tym jest. Właśnie tu ujawnia się również wspominana przez Hadreasa inspiracja twórczością Otisa Reddinga. Warto zanotować też aranż ze świetnymi partiami dętymi na czele i nawet narzucający się katharsis-wannabe przerywnik nie irytuje aż tak bardzo. Dwie piosenki na jedenaście to jednak zdecydowanie za mało, nie sądzicie?

Wojciech Chełmecki    
29 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie