RECENZJE

Muse
Origin Of Symmetry

2001, EMI 2.8

Za recenzję tej płyty powinno praktycznie posłużyć jedno zdanie. Jakie to zdanie? A takie: "I wanna be wanna be wanna be Jeff Buckley". I to już koniec recenzji. Tak, wiem, dziękuję za oklaski. Było mi miło, do widzenia państwu.

Ale jednak się poznęcam nad tym Muse. Co mi szkodzi! Od tego jest w końcu recenzent, żeby się o płycie wypowiedział, nie? Dobra, powiem wam, co myślę. Powiem to tu i teraz. Myślę, że Muse to trzech skurczybyków, których jak bym dorwał, to ja bym się już z nimi policzył! Nie rozumiem (mało powiedziane: to mnie oburza) całej wrzawy wokół tej bandy oszustów. Tak, oszustów. Bo muzyka Muse to jedno wielkie oszustwo. Robią kolesie kasę na mniej zorientowanych słuchaczach – na mnie nie zarobią ani centa. Ale po kolei.

"I wanna be wanna be wanna be Jeff Buckley". Ta genialna parafraza przyszła mi do głowy zupełnie przypadkowo, ale doskonale określa muzykę Muse. Tak, szmondak, który nazywa się Matt Bellamy, jest wrednym naśladowcą dwóch Wielkich Artystów, Thoma Yorke'a i świętej pamięci Jeffa Buckleya. Koleś dosłownie jest nimi, nie tylko śpiewa, ale i wygląda jak skrzyżowanie wyżej wymienionej dwójki. Bellamy postanowił wyprzedzić erę klonowania jednego człowieka i sklonował (pod swoją postacią) dwóch wokalistów naraz, tak, żeby pozyskać więcej fanów. Sprytne! Jednak nie z nami te numery. Dla mnie jest to po prostu obrzydliwe.

Ale żeby chodziło tu tylko o ten słynny egzaltowany wdech przed frazą, charakterystyczny i dla Thoma, i dla Jeffa! Jest o wiele, wiele gorzej! (Tak, choć wydawało się, że gorzej już być nie może.) Na tej płycie nie ma chyba ani jednej dobrej piosenki. Pacjenci z Muse robią wrażenie zacofanych słuchowo – ich kompozycje są albo przerażająco nudne i beznadziejne, albo kopiują utwory innych wykonawców. Że puste słowa? No to proszę. Wielki przebój, szaleństwo, wspaniały rock przyszłości. "Plug In Baby". Czy bawiliście się kiedyś w rozkładanie progresji akordowych? No więc jest to ta sama sekwencja co w "Creep", tyle, że bez jednego chwytu kończącego. Sprawdźcie sami. Poznajcie wielkość Muse.

Ale to wcale nie koniec! Wyobraźcie sobie, że utwory z Origin Of Symmetry są tak żałosne, że po prostu nie można wytrzymać! Nie wiem, jak mam to lepiej wytłumaczyć. Sposób budowania melodii, harmonii, rytmu, to wszystko sprawia wrażenie przypadku lub – bardziej prawdopodobne – braku jakiejkolwiek inwencji na tym polu. To po co zakładali zespół i pchają się z nim na szczyt, skoro ani krzty w nich talentu? No przysięgam, dawno nie słyszałem już serii tak topornych i na siłę konstruowanych kompozycji. Słuchanie tego albumu to męczarnia! (No proszę, skończ się wreszcie, skończ...) To sztuka, by nie zainteresować mnie prawie niczym podczas pięćdziesięciu dwóch minut i szesnastu sekund. A tak się starałem!

I jeszcze jedno. Muse grają ze strasznym podnieceniem, Bellamy udaje natchnionego i tak dalej. Tyle, że te "emocje" są sztuczne i na odległość śmierdzą kiczem! Dlatego pomyślałem, że przesłuchanie tej płytki byłoby wspaniałym testem na potencjalną wrażliwość słuchacza muzyki rozrywkowej. Jeśli przy słuchaniu Origin Of Symmetry poczujecie ciarki, względnie wzruszycie się, to nie mamy o czym rozmawiać – najlepiej wyjdźcie sobie z Porcys.com na świeże powietrze. Jeśli zaś dopadnie was wstręt wobec oszukanej uczuciowości wokalisty, bezczelnie sprzedawanej za ciężkie pieniądze "fanów", to znaczy, że zachowaliście w sobie resztki jakiegokolwiek człowieczeństwa. I chwała wam za to.

Kończę, bo zaczyna mnie wnerwiać pisanie o tym zespole. Mówiłem na wstępie o oszustwie. Tak, bo coraz częściej słyszę od wielu osób, w tym dziennikarzy, jaki to Muse jest świeży, odkrywczy i w ogóle. No więc obiecajcie mi, że wy się nie nabierzecie na ten numer z Muse. Obiecujecie?

Borys Dejnarowicz    
11 grudnia 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie