RECENZJE
Mount Eerie

Mount Eerie
Sauna

2015, P.W. Elverum & Sun 6.5

Nienawidzę sauny. Tego uczucia z góry przegranej konfrontacji z przenikającym gorącem, dusznością, zwiotczeniem każdego mięśnia mojego ciała. To jedna z dziwniejszych uciech, jaką wymyślili sobie ludzie, żeby zmusić swoje ciało i umysł do oczyszczenia. Jednocześnie nie przychodzi mi do głowy żaden inny sposób, który byłby równie skuteczny – sauna to dobrowolne piekło, z którego jedynym wybawieniem jest kąpiel w lodowatym strumieniu i ekstatyczne bycie tu i teraz, doświadczenie odnowy.

Co to ma do rzeczy? Wyjdźmy od tego, że dla Phila Elveruma tworzenie muzyki nigdy nie było sprawą oczywistą. Minęło prawie 20 lat, odkąd powstało The Microphones, a dla niego to wciąż tylko sposób przekazu dla niekończących się filozoficznych znaków zapytania. Równie dobrze mogłoby to być (a może nawet powinno) pisanie wierszy, esejów czy dramatów, ale śmieszna formuła piosenek wydaje się dzisiaj bardziej przystępna dla odbiorcy. Zawsze miałam wrażenie, że muzyka Phila Elveruma jest w pewien sposób przeźroczysta, że pomiędzy jego twórczością a moim doświadczeniem jest o jedną warstwę mniej niż zwykle. Tym razem Elverum odkrył, że muzyka też może pełnić funkcję sauny. Że jednorazowe doświadczenie może przynosić trwałe oczyszczenie myśli I serca.

Czy Sauna jest mniej emocjonalna od poprzednich albumów Mount Eerie? W pewnym sensie tak. Już na etapie Clear Moon i Ocean Roar dało się zauważyć, że opisane tekstami i wyrażone muzyką doznania stawały się coraz bardziej oderwane od osobistych doświadczeń, a jednocześnie coraz bliższe poziomu metapoznania skrytego w gęstej symbolice. Tym razem jednak Phil chce powiedzieć wszystko tak dosłownie i namacalnie, jak to tylko możliwe. Nie zaprasza słuchacza do wspólnego przemyślenia koncepcji muzyki jako sauny, ale zabiera nas do "Sauny" swoich rodziców, gdzie nagrywał dźwięk żarzącego się, pękającego drewna i powolnego oddychania gęstniejącą parą. To wszystko sprawia, że atmosfera sauny jest w pewien sposób przesadzona, patetyczna. Mogłoby być bardzo źle, gdyby Elverum chciał potraktować album śmiertelnie poważnie, na szczęście mu to nie grozi. Mrugnięciem oka do słuchacza w tym kierunku jest dostępny na stronie Mount Eerie klip do drugiej części "Sauny" (http://www.pwelverumandsun.com/). Pastisz, który podkreśla, że ta piosenka to pojemna forma i równie dobrze może opowiadać o saunach wielkich fabryk, a motyw oderwania się od naznaczonych kulturowo symboli i przekonań da się tez przedstawić na przykładzie żującej gumę kobiety-kowboja.

Taka dawka dystansu uspokaja mnie w odniesieniu do lekko zaskakujących na płycie elementów muzycznego minimalizmu "Books" i, przede wszystkim, "(Something)" przynoszą natychmiastowe skojarzenia z osadzoną rytmicznie repetytywnością rodem z Terry’ego Rileya czy Steve’a Reicha. Zastanawiło mnie to – po co co Elverumowi forma, która chyba już dawno się wyczerpała, która jest w pewnym sensie niedojrzała i owszem, może oddać proste wrażenia i odczucia, ale niewiele więcej? Może taki minimalizm sam w sobie jest odpowiedzią? Bo idea dziecięcej zabawy w układanie muzycznych klocków nie dziwi w odniesieniu do muzyki The Microphones i Mount Eerie, w której od zawsze było coś ujmująco naiwnego. Byle nie popaść w patos, ale o to możemy być spokojni.

Trochę gorzej ma się sprawa pociągu do buddyzmu, który przejawia się nie tylko w refleksyjności bliskiej tematom pustki i iluzji. Przede wszystkim to nowa ulubiona forma twórczego wyrazu Phila – japońskie Haibun, czyli pogranicze prozy i haiku. Kilka niewinnych wersów budowania klimatu na pozór zwykłej sytuacji i zupełnie nieoczekiwany zwrot akcji, totalna myśl znikąd, iluminacja. Siła kontrastu słów to narzędzie, którego siły Elverum jest w pełni świadom i nie waha się go używać. Szkoda tylko, że siła przeciwstawności dźwięków, która w "Planets" i "Youth" wyznacza najbardziej przejmujące momenty albumu, nie jest przez niego w pełni wykorzystana.

Sauna ma być albumem w pewnym sensie ostatecznym dla Mount Eerie. Trudno mi uwierzyć, żeby mogło to oznaczać koniec muzyczno-filozoficznych poszukiwań Phila Elveruma, że od teraz zadowolą go ciepłe kapcie, przewijanie dzieci i produkowanie taśm pakowych z klejem wodnym w dziurawe łodzie i dziwne, zielone łuny. Co najwyżej może chodzić o to, że znaleźliśmy się właśnie na skraju świata lo-fi, który przy tak perfekcyjnie brzmiącej produkcji staje się samozaprzeczeniem. Koniec tej formuły może przynieść próbę wyjścia daleko dalej, gdzieś poza granice black metalu ("Boat), indie ("Turmoil"), czy pięknych folkowych ballad ("Pumpkin"). Coś mi się wydaje, że Phil Elverum, nawet łysiejący i z brzuchem, jeszcze nam przypomni swoją charyzmę.

Monika Riegel    
11 marca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie