RECENZJE

Mogwai
Rock Action

2000, PIAS 6.4

Przy okazji wydania nowego albumu grupy Mogwai, zatytułowanego Rock Action, wszyscy, jak jeden mąż, czy to zwolennicy, czy przeciwnicy szkockiej formacji, stwierdzili, że Rock Action nie jest tym, czego od niej oczekiwano. Że to fajna płyta i w ogóle, ale nie jest taka, jak by sobie to wymarzyli. Aha, i jeszcze jeden zarzut: że całość trwa tylko nieco ponad pół godziny. Za mało. Ale jak sztubaki z The Strokes wydają równie krótki zbiór wtórnych wypocin, to jest wszystko w porządku? Może ludzie ci mają serce z kamienia. Albo są niepoprawnymi konserwatystami, niezdolnymi zaakceptować zmiany oblicza. Wszyscy oni chcieliby za każdym razem od Mogwaia następnego Young Team. Ale nie rozumieją, że, po pierwsze, takie Young Team nagrywa się tylko raz w całym życiu (jeżeli w ogóle), a po drugie, tamten album już istnieje! Już raz go nagrano! Po co próbować robić to ponownie? Wtedy skutek dopiero byłby marny. A tak, podobnie jak w wypadku Come On Die Young, mamy coś innego. Nadal interesującego.

Jak słusznie ktoś zauważył, tytuł Rock Action jest wielką prowokacją, bo ani nie ma na tej płycie rocka, ani nic się takiego nie dzieje. Zamiast rocka (czytaj: ostrych, ciętych gitar) mamy ciche, bajkowe, wykwintne brzmienia. Zamiast akcji (czytaj: nagłych zmian klimatu) mamy jednostajny, depresyjny, ciemny nastrój. A może to tylko złudzenie? Płytę produkował Dave Fridmann, niestrudzony mistrz "cosmic americany", który ma na swoim koncie wiele wybitnych osiągnięć i sądzę, że nie trzeba go jakoś specjalnie przedstawiać. Ale Fridmann wcale nie chciał za wszelką cenę upodabniać Mogwai do, dajmy na to, Flaming Lips. Chodzi tu raczej o specyficzny (jako się rzekło bajkowy) sposób dobierania aranżacji. Głównie smyki. W różnej formie, ale zawsze kreatywnie uzupełniające gitary i sekcję. Jest też troszkę instrumentów dętych, troszkę elektroniki. Wszystko poprzetykane bardzo subtelnie. No i z rzadka śpiew. W "Take Me Somewhere Nice" i w okraszonym gościnnym udziałem Gruffa Rhysa z Super Furry Animals "Dial: Revenge".

Tej płyty należy słuchać po zmroku, niekoniecznie w najlepszej kondycji psychicznej. "Sine Wave" zaczyna się z niczego i w nicość odchodzi. Niby bez koncepcji, ale jest w tym jakaś myśl. "Take Me Somewhere Nice" to zaskakująco ładna ballada; poza melodią warto wyróżnić wysmakowaną instrumentację. "O I Sleep" jest uroczą, smutną miniaturą. "You Don't Know Jesus" – instrumetalny epik z gitarowymi wyładowaniami w środku (jedyna reminiscencja ostrzejszej twarzy Young Team). Wreszcie "2 Rights Make 1 Wrong", wspaniała, uduchowiona rzecz. Rozwija się, rośnie w siłę z każdą minutą, od przetworzonych komputerowo głosów do podniosłych chorałów. A pamiętacie "R U Still In 2 It" z Young Team? Na Rock Action panowie z Mogwai wcale się tak bardzo od klimatu tamtego utworu nie oddalili. To senna, płacząca płyta. Może brak na niej spontanicznych wybuchów emocji, brak słynnych kontrastów brzmieniowych. Ale słychać, że to wciąż Mogwai. A że płytka jest lepsza od Come On Die Young, nie ma żadnych wątpliwości.

Borys Dejnarowicz    
25 listopada 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie