RECENZJE

Mogwai
My Father My King (EP)

2001, PIAS 7.4

Dla każdego coś miłego. Rock Action, trzeci pełnoprawny krążek w dorobku szkockiej formacji Mogwai, odcinał się w pewnym sensie od jej znaku firmowego, którym zawsze był bezlitosny atak przetworzonych gitar, atak przeprowadzany zwykle znienacka i celnie co do milimetra. Zgodzimy się, że nawet uznając zasługi muzyków (a raczej Dave'a Fridmanna) na polu aranżacyjnym, nawet doceniając wzbogacenie stylu o prawdziwe śpiewane piosenki, nawet wreszcie wzruszając się łzawą atmosferą całości, po wielokrotnym słuchaniu Rock Action pozostaje w nas niedosyt, znudzenie, czy mimowolne ziewnięcie. Dlaczego? Bo chcemy hałasu, chcemy miazgi, chcemy dzikich, rozrywających cięć wioseł. Ale Mogwai o nas pomyślał.

Wszystko to bowiem znajdziemy na My Father My King, płycie z jednym, dwudziestominutowym utworem. Utworem, który grzesznicy, jak wynika z opisu we wkładce, dedykują Stwórcy. Utworem, który pewien krytyk nazwał wariacją na temat "Careful With That Axe, Eugene" Pink Floyd (naturalnie mówimy o wersji z Ummagumma, nie z singla). Coś w tym jest, bo mamy tu ten sam rodzaj "orgazmicznej" konstrukcji: napięcie budowane jest stopniowo, dążąc do absolutnej kulminacji i wreszcie zamierając w bezruchu. Właściwie panowie rozwijają jeden prosty, egzotycznie brzmiący motyw (ponoć zaczerpnięty z tradycji żydowskiej), konsekwentnie obudowując go kolejnymi ekspresyjnymi partiami swoich strunowców. Przez dwadzieścia minut? Tak. Może teraz pokażę szczegółowo, jak się linearnie przedstawia przebieg tej suity:

00:00 początek
00:02 pierwsza, cichutka jeszcze, oznaka obecności gitary
00:47 pojawia się druga gitara, obie wyraźnie już zaznaczają główną melodię
01:32 introdukcja bębnów, minimalna
02:11 bas i trzecia gitara się wkradają, nastrój robi się dostojny
02:49 motyw potężnieje, jedno z wioseł zmienia kolor, w tle jakby smyki
03:22 zaczyna się rytmiczne uderzanie w struny, a la Sonic Youth
04:00 przester wkracza do gry, robi się cokolwiek straszno
04:35 przepraszam, to nie był przester – to jest przester, jak z Master Of Puppets
05:44 z tej chaotycznej nawalanki wyłaniają się harmonie zgrzytliwych gitar
06:17 uspokojenie (czytaj: wyłączenie distortions)
06:52 zostają tylko łkające gitary i jeden talerz, oraz wygasający pogłos
07:27 talerz milknie, wszystko niemal milknie, robi się ambient
08:06 szepcąca gitara zapodaje nowy, choć osadzony w identycznej skali, temat
08:37 wtóruje jej druga i teraz trzecia gitara
09:08 znów gra cały zespół, rozwijając nową melodyjkę
09:36 "wracają stare lęki i nie mogę w nocy spać" – ponownie mamy koszmar
10:04 zwłaszcza, że przypomina o sobie pierwszy przester
10:31 i ten drugi, metalowy
10:58 najciekawszy moment całości: fantastyczne unisono strunowców
11:17 na czoło wybija się wiosło w lewej słuchawce, tnąc niemiłosiernie
11:49 ale to z prawej słuchawce nie pozostaje dłużne, chwilami
12:26 kapitalne wyładowania gitar, nie chce mi się opisywać nawet
13:22 o cholera, nie słyszałem nigdy mega-might-metalu, ale tak chyba brzmi
15:47 kosmiczny pogłos nadaje całej orgii aurę niesamowitości, heh
16:08 teraz teraz teraz: goooool!!!
16:09 od tej chwili utwór-potwór dąży do zaśnięcia, stopniowo dogasając
16:34 odchodzą bębny, zostają wielobarwne pejzaże gitar na efektach
20:15 koniec

Nie chcę oceniać jednego fragmentu, ale wydaje się, że My Father My King kopie Rock Action mocno w dupę, nie zostawiając wątpliwości, co jest lepsze. To będzie kiedyś, jak sądzę, jedna z klasycznych "symfonii" post-rocka, obok "Djed" Tortoise, "Moya" Godspeedu (do niego jest "My Father My King" bardzo podobny), czy choćby "Drum Machines And Glockenspiels" Fridge. Inna sprawa, że obie płytki się idealnie dopełniają, jak yin i yang, czy coś w tym guście. To, czego nie ma na Rock Action, jest na My Father My King i odwrotnie. Tylko od naszej dyspozycji dnia zależy, po które lusterko sięgniemy.

Borys Dejnarowicz    
28 października 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie