RECENZJE

Mogwai
Mr. Beast

2006, PIAS 4.2

Roztrząsając zespoły nudne na myśl przychodzą natychmiast dwie podstawowe kategorie: giganci medialni i alternatywne smutasy grające przez cała karierę jedną piosenkę. Pierwszych symbolizują obecnie U2 (także R.E.M.), drugich reprezentuje Mogwai. Termin "post-mogwaiowe smęty" stał się dla mnie ostatnio niemal określeniem genre, na równi z post-punkiem albo post-rockiem, definiując wszelkie wiosłowanie zaczepiające o klimaty emo-pejzaży (z pianinem), hałaśliwych crescendo czy też shoegaze'u sprowadzonego do elementarnego i nieskomplikowanego minimum, czyli przesterowanych gitar powtarzających najczęściej jeden obieg. Jakże mnie to dołuje. W tym świetle paradoksalnie wyglądają wypowiedzi Mogwaia, które komentował już trzy lata temu Kinowski, a ja teraz dodam tylko, że goście uważają się za lepszych od Radiohead, przynajmniej tak usłyszałem parę dni temu. No wiem, plotkarstwo. Nie pierwszy już band brytyjski wykorzystuje tabloidowość brytyjskich asswipe'ów muzycznych do zaistnienia i nie chciałbym niby uczestniczyć w nakręcaniu tej maszynki. Ale... Kurde trzeba coś rozrywkowego znaleźć, gdy Mogwai pierdoli te swoje szare jesienne deprechy a la soundtracki programów o ginących kasztanowcach. Absurdalne "beefy" i wygadywanie farmazonów to najciekawsze co kolesie mają do zaoferowania od Young Team, z przerwą na kilka bardzo ładnych numerów Rock Action oraz EP-kę My Father My King.

Coraz bardziej Szkoci grzęzną w mule. Za dziesięć lat kolejne płyty komentowane będą beznamiętnym "Mogwai tradycyjnie – schabowy". Podczas gdy Happy Songs wskazywało dobitnie na wypalenie formuły, album Mr. Beast niezbicie dowodzi tego wypalenia, dodatkowo stawiając pytanie o sens własnego istnienia, na które osobiście nie znajduję odpowiedzi. Krążek brzmi bowiem jak wygenerowany przez inteligentny program komputerowy w oparciu o schematy leżące u podwalin stylu grupy. Zarzucali Blurowi brak "duszy". Gdzie tu jakaś konsekwencja. Nawet nie schabowy, a kartofle zwykłe z surowym wewnętrznie mielonym, bez zsiadłego mleka nawet. Dlaczego pejzaże przypominają ograny produkt o uroku widokówki przedstawiającej pożółkłe pole zbożowe w Nizinie Mazowieckiej. Gdzie wyparował wykop noise'owych spiętrzeń i uroda ballad, tutaj okropnie nijakich. Podobno John Cummings sądzi, iż nie osiągnęli jeszcze szczytu możliwości. Też ciekawe. Wchodzę na "Pudelka", elo.

Michał Zagroba    
7 kwietnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie