RECENZJE

Mogwai
Happy Songs For Happy People

2003, PIAS 5.5

Sen retrospektywny. Zamykam oczy i już po chwili ląduję w samym sercu Ursynowa, gdzieś w czasach drugiej-trzeciej licealnej. Wraz z Martą spacerkiem kierujemy się w stronę metra Imielin. Ona po mojej prawej, bo tak fajniej. Na ustach standardowe ploty, pozwalające się ożywić po kolejnym, nieodmiennie nużącym dniu zajęć. Kogoś tam obgadujemy, w opowieści pojawia się nowa postać. Marta jej nie zna, pyta się co to za jedna. "No wiesz, [imię], taka miła, sympatyczna...". Dalszy opis przerywa szyderczy, stłumiony śmiech. "Ok, dobra, już ją sobie wyobraziłam, wiem o co chodzi". Też się śmieję, bo to zaraźliwe, ale nie do końca załapałem co też sobie wyobraziła i dlaczego to takie zabawne. Zwłaszcza, że starałem się nie skrzywdzić (prędzej czy później i tak skazanej na pożarcie przez Martę) tamtej bidulki. Pytam: "No ale o co ci właściwie chodzi?". I teraz padają słowa trafnie oddające pewną obserwację. "Widzisz, jeżeli pierwsze (jedyne?) określenie, które ci przychodzi na myśl o danej osobie to 'miła i sympatyczna', to znaczy, że laska jest nijaka, zakompleksiona, a nawet mdła". Wdech, szary, tryumfalny wydech. "Huh? Jak to, przecież miła i sympatyczna to tylko bardzo, bardzo pozytywne cechy; o wielu zajebistych osobach można tak powiedzieć", odparowałem, ale chyba tylko po to, żeby się podroczyć, bo przecież jasnym było kto ma rację. "Niby tak, ale pomyśl sobie jaki te słowa maja wydźwięk. W każdym razie ja bym nie chciała, żeby kiedyś ktoś tak mnie opisał". I znowu śmiech.

Do czego zmierzam, łatwo się domyślić. Gdyby Happy Songs For Happy People była dziewczyną, to określiłbym ją jako miłą i sympatyczną. Nic do niej nie mam. Jest też nawet ładna. Można ją polubić, ale częste spotykanie się z nią dla przyjemności w grę raczej nie wchodzi. No chyba że w ramach pracy społecznej, pomocy bliźniemu, czy okazywania koleżeńskiej solidarności. Integracja zawsze w cenie. Choć jeśli ktoś na prędce bardzo pragnie odnaleźć bratnią duszę, to może się nawet zakochać.

Ostatecznie jednak ta płyta nie jest zakompleksioną laską (eureka!), więc nie ma co się nad nią użalać. Mogwai przegina pałką coraz mocniej i staje się irytujący. Po Sigur Ros jako kolejny stał się prowodyrem nurtu "nawiasowania", który, jak się zdaje, ma świetlaną przyszłość. Ile można grać to samo? A no można wiele razy jak się okazuje. A dysponując tak mistrzowską estetyką, jaką wypracowali sobie już na debiucie, można nagrywać nowe kawałki i albumy nie dodając nic świeżego. Ot, kolejna płyta Szkotów. Wyzuta z wielkich emocji, wtórna, ale jest. Czy kogoś cieszy jej widok? Na pewno tak; nie każdy wymaga od swoich pupili rozwoju i poszukiwania nowych rozwiązań. Niech raz zagrają głośniej, raz ciszej, raz krócej, raz dłużej i wielu będzie zadowolonych.

I wcale nie mówię, że to głupie, czy niedobre. Bo Happy Songs to zgrabna porcja muzyki. Miękkie, delikatne brzmienie, skandynawskie melodie (Múm), ciepła atmosfera poobiedniej zadumy. Sypkie partie perkusjonaliów, gdzieniegdzie pianinko, smyki. Z rzadka reminiscencje gitarowej furii, znanej doskonale kibicom zespołu. Częściej spotykamy tu wyciszenie, coś też jakby samozadowolenie. Właśnie, samozadowolenie, a może lepiej "buta". Wypowiedzi członków Mogwai wskazywałyby na tę brutalniejszą wersję. Otóż chłopaki nie lubią "słabego" Blur z "farciarzem" Albarnem, który nic nie potrafi i ogólnie sucks, a także "zrzynającego od nich" Sigur Ros. O tyle to śmieszne, że z wywiadu, z którego się o tym dowiedziałem ("City Magazine"), wyraźnie wynikało, że Szkoci czują się od Sigurów (pomińmy motyw Blur i Albarna) mocniejsi artystycznie, stąd pogardzają słabiakami co to kiedyś "wysyłali do nich demówki" żeby w ogóle zaistnieć. O tyle to śmieszne, że Agaetis Byrjun kładzie na łopatki Young Team już w pierwszych sekundach walki, a na potyczkę z Von Mogwaje nie mają już nawet kogo posyłać, bo ich kolejne propozycje to zbyt lekka kategoria wagowa.

Na tym tle Happy Songs For Happy People okazuje się mieć bardzo trafnie dobrany tytuł. Nieco przewrotny, bo mamy tu też fragmenty trochę depresyjne, ale tylko na pozór. Całość prezentuje się cokolwiek pogodnie, ale skoro jest się lepszym od samych Sigur Ros, to nic dziwnego, że humorek dopisuje. Widać to choćby na przykładzie "Ratts Of The Capital", najdłuższej na płycie, przeszło ośmiominutowej suity, okraszonej na finał mini-wybuchami gitar w starym stylu. Jest tam, po wstępnej fazie rozegranej na dźwięcznych strunowcach, fragment w którym numer jedzie na sekwencji ksylofonu jakby żywcem zabranej od Fridge, a to przecież poprawiające humor granie. A tak to smęcą jako się rzekło, i choć to już nudne się zrobiło, wychodzi im to naprawdę znakomicie.

"Boring Machines Disturbs Sleep" to jeden ze słabszych fragmentów całości, ale też nie odbiegający stylistyką od reszty. Połóżcie się wygodnie, nałóżcie słuchawki i spróbujcie usnąć. Oczy same się kleją, sen nadchodzi niemal natychmiast. Delikatne muśnięcia w struny, klawisze (Szkoci korzystają teraz z nich bardzo chętnie) i pasaże syntezatorów składają się na obraz flaczanej powtórki odrzutów z Rock Action. Tęskne wokale, których nie da się za cholerę zrozumieć (ej kurwa, to oni udają Sigur Ros, jeśli już mamy się upierać, że ktoś tu zrzyna). To nie jest piękna impresja o Bóg wie czym, w zamierzeniu pewnie doniosłym. To jest strasznie gu, gu, głupi, ba, ba, banalny przerywnik, który nie jest wart odnotowania w niczyjej pamięci. Zatem jeśli podmienicie słówko "Machines" na "Mogwai", to możecie doznać schizofrenii logicznej, czego wam osobiście nie życzę. W każdym razie, jeżeli cierpicie na bezsenność, to w sklepach mają na to lek bez recepty.

W sytuacji, kiedy kolejna płyta nic nie wnosi do dorobku grupy, trudno kwestionować opinię, że Mogwai to przykład zespołu jednego patentu. Swego czasu odkrywczego, dziś nie robiącego już żadnego wrażenia.

Jacek Kinowski    
9 sierpnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie