RECENZJE

Kylie Minogue
Body Language

2003, Parlophone 4.6

Mam wam mówić o Kylie? Uuuu, spoko. Dla początkujących: czy wy wiecie w ogóle kim jest dla nas Kylie? Jej postać swobodnie przekracza typowy standard pięknej divy emanującej erotyzmem. Bo Kylie wyzwala regularnie męskie reakcje w rodzaju: "aaaaaa", "ja pierdoleeee" i "oh maaaaaan". I nie wydaje mi się, by obecnie którakolwiek celebrity z kolorowych magazynów lub telewizji sięgała podobnego poziomu w kategorii rozpalania kolesi. Media mogą sobie kreować nowe gwiazdki co miesiąc, ale Kylie pozostaje numero uno. Oglądaliśmy kiedyś całym klanem dokument traktujący o przebiegu kariery cudnej Australijki i tam grono ekspertów próbowało znaleźć źródła tego nadrealnego oddziaływania. Doszli do kilku wniosków. Że Kylie, przy całej swej drobnej sylwetce, ma idealną figurę, zaspokajającą najskrytsze łóżkowe wyobrażenia. Że jej twarz w absolutny sposób łączy dziewczęcy wdzięk z wyzywającą agresją. Wreszcie, że jej feeling operuje bezczelnością i pewnością siebie, które sprawiają, iż faceci wariują. Racja. Spójrzcie jeszcze na wiek: to weteranka wśród natrętnie promowanych siks! Ooooch. My wszyscy, mniej lub bardziej, otwarcie lub nie wprost, pragniemy Kylie, ponieważ, zwyczajnie, Kylie spełnia dla naszego pokolenia funkcję symbolu seksu.

Teraz, istnieje pewien super aspekt toposu Kylie, patrząc z punktu widzenia słuchaczy uzależnionych od muzyki pop. Mianowicie, kobieta śpiewa, odnosząc na tym polu, zwłaszcza ostatnio, duże zwycięstwa! Aczkolwiek historia ścieżki na sam szczyt to długa epopeja. Każdy pewnie kojarzy debiutancki singiel (i teledysk) koleżanki, "I Should Be So Lucky". Cóż, była wtedy nastolatką i z dala od "klasy". Raczej mizdrząca się panienka, i to pośledniego sortu, nijaka, bez krzty charyzmy. Ta charyzma nadeszła dzięki dojrzewaniu wspaniałej urody (Kylie to panna naturalnie wyglądająca niezwykle młodo, zawsze młodziej o dziesięć lat niż ma naprawdę) i w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wokalistka stopniowo atakowała listy przebojów, balansując między dance-popem a retro-disco. Pamiętam fajowe videa do "Breathe" (rozbierane), "You Did It Again" czy "Some Kind Of Bliss". Light Years z 2000 stanowiło już wielki hit i znaczący krok naprzód. Ale nasza bohaterka musiała dopiero spotkać pokrewną duszę, producentkę Cathy Dennis. Ta niespełniona dama kilku tanecznych przebojów, a następnie architekt sukcesów S Club 7, napisała z miejsca lukrowaną piosenkę-landrynkę "Can't Get You Out Of My Head" i wyniosła artystkę na inną orbitę.

Panie chyba znalazły wspólny język (dogadały się, kobity, na zakupy se poszły, pogrzały się w saunie) i razem wyczesały pod koniec 2001 niewiarygodny album-cukiereczek, dystansujący nie tylko przeszłe dokonania K (to "K" wiszące na jej uchu w obrazku "Love At First Sight", słuchajta, to świadectwo respektu i sympatii wobec klanu), ale i literalnie całą bieżącą konkurencję spod znaku komercji MTV. O Fever kiedyś już pisałem dość entuzjastycznie, więc możliwie pominę podjarkę. Na co chcę wyjątkowo zwrócić uwagę, to totalnie rzadko spotykane w tych rejonach skupienie na songwritingu. Gdy bowiem startowałem z inauguracyjnym odtworzeniem krążka, przewidywałem kilka cool singli i resztę wrażeń z cyklu "coś się unosi". Zaskoczenie: zostawiając z boku znane wcześniej, małe perełki ("Come Into My World", "In Your Eyes", "Love At First Sight"), pozostała część materiału serio przekonywała. Niesamowicie mocne melodie śmigały uwodząco. Jedna nawet, dokładnie w zakończeniu refrenu "Your Love", pochodziła bezpośrednio z finału "The Boy With The Hammer" Eitzela. Tak! Fever to, zachowując proporcje, Like A Virgin lat dwutysięcznych. Mike świruje że jestem nieobiektywny, wszyscy świrują że jestem nieobiektywny, ale ja wam mówię że jestem obiektywny i Kylie wymiata po maksie! Bez kitu.

Stąd przysięgam: ja czekałem na Body Language. Lecz Body Language, niestety, to ledwie popłuczyny po błyskotliwości poprzednika. Posunięcie z ponownym zatrudnieniem Cathy Dennis w roli muzycznej mastermindki projektu wydawało się bezpieczne, ale o ile na Fever pani kompozytor zasługiwała na odimienny przydomek "catchy", o tyle tu pogrąża materiał w detalach brzmieniowych, pchnąwszy estetykę Kylie od parkietowego 4/4 w stronę nieco pokombinowanych klimatów. Szkoda, że za subtelną metamorfozą nie podąża jakość piosenek. (W sumie zadanie Dennis ograniczyło się do aranżowania, ale nie wierzę, iż nie miała świadomego wyboru tracków.) Promujący wydawnictwo "Slow" eksponuje archaiczny posmak electro tekstur i nawarstwione bity, tymczasem w efekcie wypada blado i monotonnie. Brak nośnego hooka zżera te eksperymenty. Odchyłki trip-hopowe też mierne, bo smyki "Loving Days" przeklejono w CoolEdicie prosto ze "Sly" Massive'u: dziesięć lat delaya. Trop dodatkowy, i pozytywny, to przesunięcie ciężaru podkładów z zimnego, mechanicznego clubbingu na deczko rozbujane r&b, bliższe temu co Timberlake'owi robią Neptunes. Akurat trafiona idea: soulujące "After Dark", pogodne "Promises" i biodrowe "Obsession" udanie spełniają tę formułę.

Gorzej, iż podstawowa broń solistki, sex appeal, dominuje przesadnie, chwilami aż karykaturalnie. Ktoś skomentował artwork Body Language określeniem "Brigitte Bardot jako tirówka" i ma zupełną słuszność. A głos Kylie zahacza uszy inwazyjnie, z premedytacją, siląc się na "seeeex". Zaiste, Fever eksplorowało wątki seksualnego nienasycenia i to zwykle obrazowo, lecz zdania z serii "I just can't get enough / So give me more, more, more, more, more", "I need a shot of love / Cause I got a bad bad habit / Can't seem to get enough / Give it to me cause I gotta have it" (!!) lub "I've been watching you lately / I want to make it with you" K podawała delikatnie i (umiarkowanie) niewinnie. Obecnie tak samo pikantne teksty przekazywane są ostrym, ingerującym flowem, co gubi ich kontradykcyjną moc. Kylie zmusza nas do orgazmu, a nie tędy droga, kochana. Męczą spogłosowane nakładki nocnego szeptu w "Chocolate". Męczy słodki, nachalny sposób interpretacji wersów i aktorskie wykręcanie ust w każdej zgłosce. Więc paradoksalnie doszło do tego, że Kylie najbardziej pobudza tam, gdzie nuci bez słów: końcówka "Red Blooded Woman", z siedmiokrotnie powtórzonym westchnięciem "ah / ah / ah / ah / ah ah ah", musi być najseksowniejszym momentem 2004, nie ma innej opcji.

Podejrzewam, że spore rozczarowanie przy pierwszym zetknięciu z Body Language mogło wynikać ze zbyt wysoko zawieszonej poprzeczki. Później zorientowałem się: motywy są trochę bardziej zapętlone i ciężej je przyswoić niż dawniej (choć oczywiście żadna konstrukcja nie jest "zapętlona" w dosłownym znaczeniu, jak genialny "Come Into My World", gdzie ulokowano jakby utwór w utworze). W sensie czysto realizatorskim, płytkę dopracowano szczegółowo, fachowo. Dywersyfikacja gatunkowa to wartość na własnych prawach: sprytnie wypadają rapowanki w prawie-IDM-owym, intrygującym "Secret (Take You Home)", rozwala funkowa próbka gitar w dyskotekowym "I Feel For U" (!!! się wkradają!). Wiecie, na Wyspach Kylie nagrywa dla tej samej wytwórni co Radiohead. Natomiast olejcie słabo zorientowanych w temacie dziennikarzy, nazywających Body Language życiowym osiągnięciem Minogue. Opus magnum w jej dorobku pozostanie wyjebiste Fever, które przy obranym kryterium przyjemności słuchania ma szansę trafić do mojej setki dekady (loool). Ale dopóki laska dostarcza clipów tak podniecających, jak "Red Blooded Woman" chociażby (gdzie "w momencie gdy jest w dżinsach, po wyjściu z taxi przed czymś chyba tańczy, to chyba jakiś zbiornik"), dopóty daleko mi do narzekania.

Borys Dejnarowicz    
3 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie