RECENZJE

Justin Timberlake
The 20/20 Experience

2013, RCA 6.6

Wskoczmy na chwilę do wehikułu czasu. W McDonald’sowym "I’m Lovin It’", jednym z najdoskonalszych utworów Timberlake’a, rasowym przeboju, któremu nigdy nie dane było być przebojem, już na samym początku padają słowa moim zdaniem perfekcyjnie definiujące podstawowe założenie golden ery popu – "Yo, hi, I'm not here to waste your time". W pierwszej połowie lat zerowych producenckie rywalizacje owocowały naładowaniem trzyminutowych utworów nowatorskimi pomysłami. Timberlake, Furtado, Amerie czy Kylie (z Timbalandem, Neptunes, Harrisonem lub Dennis za plecami) ruszali drogą, którą można określić hasłem "no filler" – dla niektórych z nich na poziomie albumów, dla innych singli, ale niezależnie od przyjętej formy, z wyraźnie zaznaczonym jednym celem. Piosenki miały gromadzić hooki, być hitami, nie zostawiać chwili wytchnienia w połączeniu perfekcyjnej produkcji i zaraźliwych melodii.

Nie mam wątpliwości, że muzyka pop znajduje się teraz w zupełnie innej fazie. Kreatywną przebojowość zastąpiła hałaśliwa, chamska (o ile można w ogóle stosować to słowo w tym sensie, o który mi chodzi – niewyrafinowanych kompozycyjnie zabiegów, nastawionych głównie na reakcję ciała, jak choćby u Skrillexa) natarczywość. Zdarzają się w tym nurcie przebłyski świadomości, ale większe znaczenie ma dla mnie to, co ta muzyka wyraża – wyraźnie postawę obsesyjnej zabawy, takiej do upadłego, bez wytchnienia. Wydaje mi się, że jest to jeden z fenomenów dzisiejszej popkultury, bardzo udanie zresztą pokazany w filmie Spring Breakers. I jak to zwykle bywa, istnieje także druga strona medalu. Niejako odcinając się od komercyjnych wymogów top 40, spadkobiercy myślenia o produkcji popu w kategoriach artystycznych (raczej w sensie kombinatorstwa, a nie uciekania się w meta-odniesienia) porzucają dyktat przeboju, posuwając się nawet do zakwestionowania samej struktury piosenki pop, rozciągając ją o kolejne części i dodatkowe minuty.

Charakterystyczne dla tych wykolejeńców z głównego nurtu (Frank Ocean, Drake, ale też w pewnym sensie Kanye) wydaje mi się zagubienie, wyrażane z jednej strony w rozterkach egzystencjalnych i raczej depresyjnym klimacie, z drugiej w rozciągających się albumach i pomysłach wylewających się poza trzyminutową kanwę, sprawiających czasem wrażenie niepewności wyboru obranej wcześniej drogi. Nie trzeba chyba dodawać, że właśnie to nadwrażliwe szukanie własnego głosu (zagadnienie tożsamości gra główną rolę w popie ostatnich lat) spotyka się z poklaskiem krytyków. Dzisiejsza popkultura coraz częściej chwali to, co niepewne, wewnętrzne i emocjonalne, nawet swoje największe legendy odzierając z kolorowej, rozrywkowej otoczki, sprowadzając je w świat realizmu i autentyczności przeżycia wewnętrznego – wystarczy przypomnieć sobie ostatnie Batmany i Bondy. Lęk przed kiczem staje się nowym paradygmatem. Zastąpienie zabawy byciem serio, z jednej strony można odczytać jako pewnego rodzaju emancypację popu, przejście z kategorii lekkiej muzyki dla nastolatków lub ewentualnie guilty pleasure do respektowanego języka wyrazu, z drugiej jednak skłania do zastanawiania się nad wypieraniem czarnego przez białe (niemal nieobecny element funku w dzisiejszym r&b), ciała przez umysł, przebojowości przez autentyczność.

Co te dwa fenomeny funkcjonujące jednocześnie mówią o stanie dzisiejszej kultury – to już niech każdy rozstrzygnie sam. W miarę przekonującą odpowiedzią jest ogólny nastrój cywilizacji zachodniej związany z kryzysem. Pora jednak przeskoczyć wreszcie do Justina, bo to w końcu o niego tutaj chodzi.

Na pewno nie jest tak, że Timberlake w 100% wpisuje się w ten drugi, opisany wyżej nurt. Wyraźnie odcina się od gonienia za przebojami, wraz z Timbalandem rozbudowuje kompozycje wszerz, a nie wzwyż. Ogranicza młodzieńcze "sexual playfulness", a raczej przenosi je z klubu do sypialni, zmienia się z podrywacza w kochanka – są to de facto dwie twarze Prince’a. Nie wpada jednak w emocjonalne rozterki, raczej nie obnaża się prywatnie – to nadal pop pozbawiony elementu "autorskiego" w sensie autoekspresji. Bardziej intymny, można powiedzieć, że dojrzalszy (że już facet, nie chłopak), ale treściowo dość konserwatywny – i to w sferze tekstu, i muzyki.

Timberlake z Timbalandem spotykają się na tej płycie jak dwaj starzy kumple, którzy po kilku latach zdecydowali się nagrać jeszcze raz coś razem. Przypomina to raczej symboliczny reunion tatuśków, a nie wyczekiwany powrót tytanów, którzy na nowo mają zbawić pop. Dość często słyszałem zarzuty, że sięganie po Timbalanda w 2013 roku jest bardzo nieudanym pomysłem, jednak wydaje mi się dość naturalnym wyborem – pracują razem od początku, do tego stopnia, że muzyczny projekt "Justin Timberlake" można uznawać za ich wspólną własność. Ten projekt na pewno wymagał redefinicji, zmierzenia się z własnym mitem o ogromnym znaczeniu dla popu ostatniej dekady. Wiadomo było, że na ich nowym albumie skupi się cała uwaga, ale jednocześnie od 2006 roku pop wyraźnie się zmienił – co ciężko zignorować, nie podejmując chociaż próby wstrzelenia się w panującą modę.

Chyba najbardziej w odbiorze tej płyty zaskakuje mnie zachwyt, z jakim przyjęto jej asekuranckość. "Suit & Tie" rozczarowało mnie jako comeback księcia popu, za to ucieszyło powrotem starego dobrego stylu i nieoczywistym aranżem (słynna harfa). Wtedy odświeżające wydało mi się wywinięcie się z presji nagrania nowego przeboju – nakreślone wyraźniej pod chartsy "Mirrors" spotkało się m.in. u nas z chłodniejszym odbiorem. Pierwsze odsłuchania albumu uświadomiły mi jednak, że "Suit & Tie" stanowi tak naprawdę szczyt innowacyjności tego duetu – przynajmniej w porównaniu do pozostałych jedenastu utworów – który zamiast wymyślić się na nowo, wybrał bezpieczną drogę grania tego, co od dekad jest uznawane za wartościowe, bo klasyczne, a nie przewrotne i nowatorskie.

Niezależnie od tego, jak bardzo duet Timberland próbuje mi zamydlić oczy ambicjami i rozmachem przedsięwzięcia, to co słyszę na The 20/20 Experience to przede wszystkim przyjemny retro-pop. Nie ma tutaj intrygujących haczyków, ani artystycznych wyzwań, jest za to po prostu miła, trochę mieszczuchowata muzyka tła. Timberlake rezygnuje z muzycznego modernizmu, ale też z własnej popkulturowej ikony – staje się nieco przezroczysty, a sięgając do klasycznego r&b i soulu, wchodzi w buty realizmu, unikając kiczu i przerysowania.

Decyzja jest tak naprawdę bardzo subiektywna, bo The 20/20 Experience to absolutnie nie jest zła płyta. Konkretne zarzuty mam tak naprawdę wyłącznie w stosunku do utworu "Don’t Hold The Wall" – orientalne inspiracje Timbalanda, kiedyś główne źródło jego kreatywności, już od jakiegoś czasu wydają się ograne i niezbyt ciekawe – oraz do bonusów, które nie grają z płytą, a same w sobie też nie porywają. Ale to jest właśnie moim zdaniem dla The 20/20 Experience najbardziej charakterystyczne – ta płyta mi po prostu generalnie "nie robi". Spływa po mnie, nieco mnie nudzi, choć wydaje mi się porządna, nawet szlachetna (to chyba jej najlepsze określenie). Utwory takie jak "Pusher Love Girl", "Strawberry Bubble Gum", czy "Spaceship Coupe" są niby bardzo fajne, ale jednak niespecjalnie chce mi się do nich wracać. Mój odbiór to właściwie odwrotność odczuwania guilty pleasure – jeżeli w niej chodzi o duszoną radość obcowania z kiczem, to słuchając The 20/20 Experience czuję niewielką przyjemność w obcowaniu z tym, co odbieram jako całkiem dobre. Brakuje mi tu czegoś niecodziennego, nieszablonowego, ale też nie będę ukrywał – brakuje mi po prostu przebojowości. Do tego stopnia, że w momencie wejścia singlowego "Mirrors" reaguję zaskakująco entuzjastycznie, witając pop, który nie wstydzi się tego, że jest po prostu popem, nawet jeśli daleko tej piosence do jego najlepszych singli. Wina nie tkwi też w ośmiominutowych piosenkach – breakdowny i interlude’y mieliśmy też na FutureSex/LoveSound. Czy naprawdę z czystym sumieniem można powiedzieć, że którykolwiek z utworów na The 20/20 Experience sięga epickości takiego "LoveStoned" albo "What Goes Around"? Je także preferuję w krótszych wersjach, ale rozumiem też długie wersje albumowe – szkoda było przerywać repetycję tak fajnych melodii. O piosenkach na The 20/20 Experience nie mogę powiedzieć tego samego.

Kamil Babacz    
16 kwietnia 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie