RECENZJE

Ghostface Killah
Fishscale

2006, Def Jam 6.9

Cześć, tu mówię, i możecie zacząć składać petycje do Borysa o zatrudnienie dla mnie osobistego edytora lub izolatkę. Nie, żebym nie miał prywatnej, ale hip-hopu wypłyniętego po 1994 nie należy słuchać, jeśli nie jest zgeometryzowanym soulem w duchu post-Motown czy electro po kuracji mutagenowej, zatem wszelakie sądy tutejsze odnajdziecie ściśle asekuranckimi i niekontrowersyjnymi. Metareckowych disclaimerów zawsze dość, a Ghost podniósł się i przynosi najlepszą płytę o logistyce ćpania (tytuł, tytuły, referencje) w bieżącym roku, jak dotąd. I katany też robi.

Bo oto Ghost ów namieszał, czego nie ukryją produkcje Dooma nawet. Jest crack, kofeina, poneptunesowe brzmienie bębnów, bossowskie implementacje pianina z obskuranckich nagrań okołosoulowych; nie ma natomiast monotonnych stóp rytmicznych i fonacyjnego fazowania z dupy (jak tylko zaczynam wprost reckować merytorycznie cokolwiek, haterujecie że bełkot, więc w następnych akapitach będzie BDSM jak zwykle), co się Mordercowi zdarzało z początkiem kariery, kiedy to jeszcze flowsmith mu opadał – za wyjątkiem Enter oraz przed Supreme Clientele, naturalnie. Ważne są prozodyczne urozmaicenia i nikt nie wmówi, że Buźka jest w tym słaby. Co więcej, nikt nie rozumie jego tekstów, więc źle nigdy nie będzie, jak na strumiennego świadomościowo MC przystało. Bond. Bogumił Bond, coś że na trzecim classic Wu coke track. Niejeden, panie, a byłby ciągły i historyczny, gdyby zredukować do b-side'ów co bardziej średnie sklejki.

W czasach, kiedy oznaką dobrego wychowania i poszanowania prawideł przemysłu jest przyznanie się do źródeł kompozycji (informowanie czy interpolacja – jak kiedy bohater akcji zanuci sobie "let's get it oooon", czy sample, czy ekscerpt nieznaczny) wraz z podaniem nazwy wytwórni i danych teleosobowych, można zdać się na neurowane arpeggiacje ("Clipse Of Doom") znanych producentów podziemia, hooki wokalne i zmiękczone, uduchowione twarde hiphopowanie. Można. Ulicznicy nauczyli się wygniatać z tradycji ile się da żeby usatysfakcjonować i dziwki, i gangsterkę, i białych krytyków. Ci ostatni jak wiadomo z samowykopanych grobów nie powstaną, co nie przeszkadza docenić dzieło i zgarnąć kokosy za 2000 znaków, bez podziału zasług. Koniec początku, jest jak w tym życiowym filmie ze znaną aktorką: "She didn't fuck me to the ground, but I like her style". Może wkurwić, owszem, ale 6.9 się należy. Ach, znalazł się też Biggie w bonus tracku, kontynuując linię nostalgii i rodzinnych flashbacków, produced by Cool and Dre.

Mateusz Jędras    
22 sierpnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja