RECENZJE

Furia
Księżyc Milczy Luty

2016, Pagan 7.3

Jeśli pięć lat temu spotkałbym na swojej drodze jakiegoś domorosłego muzycznego wróżbitę, który z uśmiechem na twarzy oznajmiłby, że Furia w najbliższym czasie popełni album mający realne szanse wpisać się w nurt post-metalu oraz aspirować w jego obrębie do miana jednej z pozycji kanonicznych, to najpewniej wyśmiałbym takiego delikwenta i pogratulował niebywale wybujałej wyobraźni. I to nie ze względu na jakąś niechęć do rodzimego blacka czy osobistą urazę żywioną względem frontmana formacji, ale z uwagi na dotychczasowy fonograficzny dorobek Ślązaków. Bo choć stylistycznych wolt w obrębie kilkunastu wydawnictw było od groma i każdy średnio rozgarnięty słuchacz był w stanie wychwycić ten ciągły proces nienazwanej dotąd zmiany, to z drugiej strony w mojej głowie ciągle rezonowały wywiady z liderem Furii, Nihilem, w których konsekwentnie podkreślał on, że liczy się estetyka "trve" i "kvlt", a przypinana do jego projektów metka "post-black" jest terminem wyssanym z palca. Pod względem muzycznych wszystko prezentowało się bardzo heterogenicznie – band z Katowic, z różnym skutkiem, próbował zamienić gitary na liczydła i grać metal od linijki (Grudzień Za Grudniem), nawiązać dialog z bezkresnym "vikernesowskim" soundem zamglonych lasów (Marzannie, Królowej Polski, radykalniej: W Melancholii), czy zeswatać wioślarskie tremolo z folk-bluesowym feelingiem (Nocel), lub też dać upust domagającemu się swojego prime time'u literackiemu wcieleniu spiritus movens zespołu (tegoroczna EP-ka Guido). Oprócz tego wyszczególnić moglibyśmy kilka pobocznych projektów Nihila, wśród których na specjalną wzmiankę zasługuje industrialny alias Cssaba, jak również będące wykonawczo krok przed całą rodzimą sceną Morowe.

Mając przed oczyma taki sub-generowy bukiet bardzo łatwo ulec złudzeniu, iż na przestrzeni ostatnich kilku lat mieliśmy do czynienia z artystami nader eklektycznymi. Smutna prawda jest jednak taka, że pomimo wielu gatunkowych melanży, to z tyłu głowy Furii zawsze siedziała ta rzeczona "prawdziwość" objawiająca się w nagłych, nieoczekiwanych powrotach do generycznego łojenia w momentach najbardziej frapujących kompozycyjnych odlotów. W efekcie końcowym, kapela gotowa z każdym kolejnym albumem przeskakiwać samą siebie w kategorii najbardziej nowatorskich produkcji na krajowym podwórku, musiała wreszcie uznać wyższość młodszych projektów pokroju Odrazy oraz Entropii i pozostać w swojej bajce, w której to wraz z Mgłą stanowią o sile (doskonałego) polskiego raw black metalu.

Na całe szczęście ten zastygły nazwowy korelat w każdej chwili można było zmienić. Wystarczyło tylko nieco poluzować ideologiczny krawat i dać dojść do głosu najbardziej transgresyjnym akcentom z poprzednich LP. Tym sposobem, wraz z każdą kolejną minutą Księżyc Milczy Luty, Furia przeistoczyła się z autorów surowego, insajderskiego arcydzieła (Martwa Polska Jesień) w nieznośnie uzależniające "ciężkie brzmienie" dla niemal każdego. I w tym miejscu jestem gotów zgodzić się z jedną jedyną słuszną tezą tonącą w morzu absurdów wypowiedzianych w kontekście tej płyty przez redaktora Przemysława Guldę na portalu Facebook (wątek skasowany) – mianowicie o Ślązakach może (ba, powinno) się wreszcie zacząć robić nieco głośniej w mass mediach. Tak, ażeby stereotypowy Kowalski mógł pikietować nie tylko przeciwko koncertom Behemotha organizowanym w ośrodkach kultury współfinansowanych z kieszeni podatników, ale także pogimnastykował się nieco przed gigiem formacji Nihila. Poza tym, odnosząc się jeszcze do przywołanego przez redaktora Guldę (chronologicznie bardzo nietrafionego) wątku "starorzeczności" dzieła Furii, potrafię znaleźć jeden punkt zbieżny (i bynajmniej nie jest nim casus popremierowego, środowiskowego wzrostu popularności) pomiędzy Księżyc Milczy Luty a Cieniem Chmury Nad Ukrytym Polem tegorocznego laureata Paszportu Polityki – obie płyty z mocnym nowo-słowiańskim przytupem udźwięczniły swoją filozofię (kolejno: "nekrofolk" oraz "brutalizm magiczny"). Dzięki temu udało się wreszcie zdefiniować uniwersalną poetykę nie do końca zrozumiałego terminu, za którym tak starannie od kilku lat ukrywał się śląski band.

Nekrofolk at its finest to fuzja heavy metalu o mocno psychodelicznym zabarwieniu pomieszana z koncept-songwritingiem żywcem wyjętym z albumów tuzów eksperymentalnego rocka późnych lat dziewięćdziesiątych. Każdy instrument na Księżyc Milczy Luty ma swoje określone miejsce, czego doskonały przykładem jest najlepszy pod względem muzycznym fragment krążka – ośmiominutowe "Grzej". Doskonała linia basu palców Sarsa absolutnie rewelacyjnie lawiruje pomiędzy ortodoksyjnymi, "pagańskim" riffami oraz bębnami, których nie powstydziłby się sam Fenriz, podkreślając tylko monumentalność metalowej suity. I tutaj obcujemy z pewnym paradoksem, bo mimo iż klasyczna i surowa Furia brzmi w takim ujęciu naprawdę doskonale, to nauczeni historią wiemy, że ciężko byłoby rozpisać czterdzieści minut tak zajmującego post-blacka. Stąd winszuję ekipie odważnej próby wyjścia z własnej strefy komfortu, efektem której okazuje się być porzucenie przez Namtara (perkusista kapeli) techniki gry "na szybką stopę" oraz świadoma rezygnacja z gradu blastów. Dzięki temu doświadczamy na przykład czegoś na kształt doom-psychodelicznego i pompatycznego outro w "Zwykłe Czary Wieją" przypominającego Electric Wizard przemieszane z Kyuss i przełożone na niepowtarzalny język Furii. Ale eksperymentów jest więcej: hard-bluesowe fragmenty "Zabieraj Łapska", które zapowiadał już Nocel, albo post-rockowe rozładowania charakterystyczne dla "atmosferycznego" odłamu tego rodzaju gitarówki, czy jeszcze mające dwie gatunkowe twarze "Ciało" płynnie przechodzące w umazane węglem Natural Snow Buildings z początku "Tam Jest Tu". Dlatego też w żaden sposób nie jest absurdalną teza, iż Furia z wysokości najnowszego książka, pod względem rozwiązań produkcyjnych i "zluzowania" w kwestii brzmienia, leży dziwnie blisko szlagierów, takich jak Spiderland czy Leaves Turn Inside You , tylko że w wydaniu corpse paint. Ponadto, na sam koniec, warto jeszcze wspomnieć o leksyce Nihila. Frontman zespołu ograniczył archaizmy do minimum i grafomaństwo nie gra już pierwszych skrzypiec, choć trochę tęskno za szlagierami w stylu: "Płaty skóry od ciała swego odrywam. Rzucam. Żółć"...

Witold Tyczka    
14 listopada 2016
BIEŻĄCE
SolangeWhen I Get Home
PRO8L3MWidmo