RECENZJE

Fennesz
Bécs

2014, Editions Mego 6.9

Dziwne. Po sześciu latach oczekiwań, Fennesz wydaje nową płytę, której tak właściwie mogłoby nie być. Bo czy tworząc Bécs, austriacki mistrz laptopowo-glitchowego hałasu dopisuje jakąś nową kartę do swojego wspaniałego dorobku? Zwłaszcza jeśli figuruje w nim arcydzieło tej wielkości, co Endless Summer, będące po dziś dzień jednym z najważniejszych punktów odniesienia dla całej post-Fenneszowej, noise'owo-ambientowo-shoegaze'owej stylistyki. Teoretycznie nie, bo albo napotykamy tu płonące i bezduszne miraże, tańczące wokół poetyki Endless właśnie, albo wnikamy w chłodny dla kontrastu, rozciągający się horyzont Venice czy Black Sea, a nawet zostajemy porażeni elektrycznymi spięciami i ocieramy się o chropowatą nawierzchnię pierwszych krążków: Hotel Paral.lel i Plus Forty Seven Degrees 56' 37" Minus Sixteen Degrees 51' 08". Dowody więc są aż nazbyt obciążające, aby wymierzyć Christianowi Fenneszowi karę. Jednak nie mógłbym tego zrobić, bo wyrzuty sumienia już nigdy więcej nie pozwoliłyby mi na spokojny sen.

A więc Bécs. Głównym elementem tej sonicznej syntagmy jest oczywiście akustyczna gitara – jej przefiltrowany przez efekty, melodyjny sound, stanowiący jądro większości kompozycji. Dlatego właśnie najnowsza pozycja Fennesza to najbardziej pełnokrwista, parna i pogrążona w gorączkowej frenezji kolekcja, od wydanego trzynaście lat temu albumu, nawiązującego tytułem do kompilacji Beach Boys. Historia zatoczyła więc koło, bo nawet wytwórnie się pokrywają (teraz Mego dodało tylko do nazwy człon Editions), choć o wielkim przełomie nie ma mowy. Ale nie o to przecież chodzi. Istotą rzeczy jest umiejętność tworzenia tak symptomatycznego dla Fennesza uniwersum dźwięków. Weźmy otwierający "Static Kings" – powolnie formujący się zlepek ewoluuje w swoisty spektakl z pogranicza jawy i snu, gdzie przetworzone partie gitary grają główne role. Rozżarzone tkanki, w które Wiedeńczyk wszczepił chyba materiał genetyczny bursztynu, czarują niemal baśniową aurą. W "The Lair" wszystko się zmienia. Do głosu dochodzą szorstkie, elektroakustyczne wyładowania, rodzące noise'ową burzę. Choć nie robi to już takiego wrażenia i nie mogę zaliczyć tego utworu do highlightów, to jednak zawsze słucham go z zainteresowaniem, co chyba o czymś świadczy.

Natomiast w "Liminality" (prawdopodobnie rozwinięcie "Liminal" z epki Seven Stars) wsiąkam absolutnie. Warto wiedzieć, że za perkusją Fennesz obsadził tu Tony'ego Bucka z The Necks (nie jest to jedyny gość na płycie) , ale to w sumie ciekawostka. Dlatego, że to jest ten rodzaj shoegaze-scape'u, który płonął na Endless Summer. Poza tym melodie gitary nawet bez obrobienia są piękne, a tu dochodzi jeszcze niewiarygodna fala błogiego hałasu, poszukująca gdzieś post-rockowej ściany. Kończy się to chwilą ciszy, z której wyłania się organowy "Pallas Athene". Wydaje mi się, że to bardziej zagrywka na podtrzymanie klimatu i tworzeniu dramaturgii, a nie wiodący element albumu, ale mimo to trafione posunięcie. Natomiast tytułowy pejzaż, gdzie gitary tarzają się w efekcie distortion i po raz kolejny rozgrzewają teren, można zaliczyć do filarów Bécs. Linia melodii wydaje się być wyjęta z jakiegoś poważkowego repertuaru, stąd obudowanie jej hałaśliwą powłoką emanuje jeszcze cudowniejszym światłem. Zostaje już tylko "Sav", przywołujący trochę teksturami i narracją eksperymentalny zebrane na kompilacji Field Recordings 1995-2002, połączone z atmosferycznym kursem Venice, oraz "Paroles" – tu Fennesz upaja się dźwiękiem akustycznych fal gitary, modulując go z czasem wedle swoje własnej receptury. Mnie natomiast moment tak od 1:42 (gdy wchodzi przytłumiony chór), przywodzi na myśl fragment "Cargo Culte". Hmm.

Więc nawet jeśli Bécs to tylko igraszki ze starymi patentami czy powrót do znanych konwencji, to jednak nie sposób go skrytykować. Fennesz to po prostu mag i czarodziej, który nawet jeśli zaczyna się trochę powielać i zjadać swój ogon, to robi to w świetnym stylu. Dziwne.

Tomasz Skowyra    
7 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy