RECENZJE

Enchanted Hunters
Dwunasty Dom

2019, Latarnia 9.7

"Sen się spełnia / jestem tu z tobą". Choć piosenki z Dwunastego Domu znam już od ponad roku, to nadal trudno mi uwierzyć, że w czasach kryzysu tradycyjnego albumowego formatu komuś udaje się stworzyć dzieło właściwie pozbawione wad, które w dodatku onieśmiela niewiarygodną dyscypliną oraz pięknem w tak czystej postaci, że chwilami nadal trudno zaakceptować fakt istnienia tego długograja. Jak zapewne pamiętacie, symbolicznym sygnałem całej nadchodzącej historii był występ Enchanted Hunters podczas sesji KEXP – to tam usłyszeliśmy jeszcze niedopieczone szkice, takie jak "Two Moons" czy "Bubble", które ukradkiem zdradzały, że w przyszłości szykuje się coś naprawdę niezwykłego. Po tym występie w biurowcu Porcys zbudowaliśmy niewidzialną ścianę swoich pragnień i nasłuchiwaliśmy kolejnych informacji od duetu. A ewidentnym potwierdzeniem wyśrubowanego poziomu sofomora EH były koncerty. Parafrazując cytat BD: Kiedy po raz pierwszy usłyszałem te piosenki na żywo w 2017 roku, wtedy one wykopały katakumby w moim mózgu i zakopały wszystkie inne zespoły w głębokich zakamarkach mojego umysłu. I nadal nic się nie zmieniło, a właśnie dziś ukazuje się Dwunasty Dom, którym teraz spróbuję się w jakiejś mierze zająć. Z góry przepraszam za ton "na kolanach", ale żaden inny ton po prostu nie wchodzi w grę.

Pierwszym oficjalnym zwiastunem tej galaktycznej przemiany są "Fraktale". Tutaj już nie obowiązuje freak-folkowy paradygmat znany z Peorii czy Little Crushes – zamiast tego mkniemy astralną trasą po morderczo wypolerowanej nawierzchni rodem z lat 80., po której z niewysłowioną precyzją nacierają migotliwe wstęgi chłodnych syntezatorów i zautomatyzowana bit maszyna. Główny motyw emituje słodkie, czarujące światełko rozjaśniające największą ciemność, a wtóruje mu czujny miarowy bas pilnujący porządku i bez dyskusji odpowiadający na każdy gest wykonany przez ekstatyczną melodyjkę. A pod tym dopełniającym się dialogiem, co chwilę swojego miejsca na obrzeżach miksu szuka zagadkowa, skąpana w magicznej poświacie mgiełka. I w takich oto warunkach swoją opowieść o egzystencjalnej bezradności w postmaterialistycznej rzeczywistości "późnego kapitalizmu" (heh) snuje Gosia Penkalla: poraża perfekcja, z jaką wypowiada/wyśpiewuje kolejne dźwięki – jest jak w transie albo jak zaprogramowana, a kulminacja performance'u jest sekwencja: "boska proporcjaaa / byyyłaaaa / daaawnooo / tuuu / przeeeede mną". Ale ileż straciłby ów song, gdyby odjąć z niego niebiańskie chórki Magdy (pełnię osiągają w mostu na 1:58) dopowiadające to, czego słowami nie sposób ująć. Całość zostaje spointowana polimotywicznym bukietem ze wciąż opadającą i wznoszącą się falą synth-bassu. Ta z kolei ochrania hiperchwytliwą wariację tematu głównego inaugurującego już kolejny utwór Dwunastego Domu.

"Czekaj Dalej" wyłania się z bezczasu, a gdy Magda Gajdzica wypowiada słowo "pierwszy", na moim ciele zawsze pojawiają się dreszcze. Bo wiecie, w teorii to jest zaledwie interludium, pół-piosenka, muzyczna igraszka, łącznik między pełnoprawnymi utworami, a mimo to, piękno tej miniaturki zwyczajnie ścina z nóg. Zatopiony w mglistej toni, utkany z tak czułego klawiszowego materiału pejzaż pochłania zmysły nie tylko natchnionym lead vocalem (może powstrzymam się od komentarza), ale całą galerią ukrytych detali, takich jak wręcz niematerialne muśnięcia srebrzystego ambientu rozpływające się w kosmicznym bezkresie albo wyjęte z sennego marzenia, rozmyte wokale wspomagające Magdę. Wszystko to sprawia wrażenie metafizycznego rytuału w wersji instant. A przecież pamiętajmy, że jeśli chodzi o reguły obowiązujące na tym LP, "Czekaj Dalej" to trwający zaledwie minutę i dwadzieścia pięć sekund przedsmak przed głównymi atrakcjami programu.

Jedną z nich są "Dwa Księżyce". Postaram się nieco streszczać, zatem: na jego przykładzie widzimy, jak dziewczyny doskonale rozwinęły szkic "Two Moons" – na moim liczniku widnieje pewnie blisko setka odsłuchów i nadal nie mogę wyjść z podziwu dla nieskazitelnego wyważenia wszystkich jej elementów składowych (miks może stanowić wzór dla dosłownie każdego w temacie), nie potrafię przedawkować jednej z najcudowniejszych melodii, jaką dane mi było kiedykolwiek usłyszeć, i wreszcie następujące po sobie akordy sprawiają wrażenie najbardziej naturalnej kolejności w harmonicznym układzie, a prawda jest przecież zgoła inna: songwriting Dwunastego Domu można porównać do jazdy figurowej na lodzie albo wręcz do skupionej i zdeterminowanej na maksa baletnicy, wykonującej ekwilibrystyczne figury z taką pewnością i perfekcjonizmem, że nam, widzom, wydaje się to czymś niesamowicie prostym i niewymagającym żadnego wysiłku.

Następnie wlatuje brzmiący już od pierwszych sekund jak żelazna klasyka polskiej piosenki, drugi singiel longplaya, czyli "Plan Działania". Wyobraźcie sobie, że w jakimś równoległym wszechświecie istnieje sfeminizowana wersja Poniżej Krytyki, rozpoczynająca się oczywiście od perfekcyjnego 10.0 – piosenki "Modus Operandi". Śmiała i odważna paralela, przyznaję, więc wracajmy na ziemię. W introdukcji traktującej o "codziennej apokalipsie" (tak jak w Melancholii Von Triera) doświadczamy zmysłowego, przepełnionego ekspresją tańca wokali przykrywającego kolejną pokrytą złocistym nimbem klawiszową melodyjkę oraz odmierzanie taktu przez werbel – niecała minuta przygotowań do euforycznego startu całej maszynerii. Gdy wreszcie dołączają się wykute jakby z marmuru akordy, a w zwrotkach pojawiają się kraftwerkowe ornamenty, przychodzi czas na jeden z najcudowniejszych krajowych refrenów ever (choć nie oszukujmy się: w tym przypadku gramy w lidze światowej) z rozbrajającym "gdzie jest maaaaaAAAaaaamaaa!?". Wtedy ma się intuicyjne wrażenie obcowania z czymś I D E A L N Y M, bo niczego nie jest tu za dużo, czy za mało, a koordynacja wszystkich powiązanych ze sobą linii wprawia w osłupienie (bas Michała Bieli, wokale, perkusja Jana Emila Młynarskiego, klawisze). You girls are crazy.

Tymczasem "Latawiec" to kolejny utwór na granicy interludium. Działajacy jak zimny kompres przyłożony do rozpalonej głowy track jest również pierwszym utwórem na płycie, który tak ostentacyjnie czerpie z Beach Boysowej krynicy – jeśli dziś ktoś zadałby mi pytanie, czy jakieś polskie zespoły inspirują się muzyką Briana Wilsona i jego braci, to w końcu mogę wskazać na te dwie nieziemsko utalentowane kobiety. Apogeum to oczywiście moment, w którym głos przestaje snuć opowieść, a zmienia się w instrument. Pod koniec zaś z nieba spada ciemna mgła potęgująca efekt tego błogiego misterium na głosy i synth.

A gdyby na Dwunastym Domu nie było jakimś cudem "Planu Działania", wtedy jego rolę wypełniłaby arcydzielna "Bańka". I znowu niewiele mogę zdziałać pisaniem zdań: przy boskich partiach fletu, wokalnych interwałach i głosowej zażyłości, syntezatorowej ornamentyce, całemu napięciu czy takich fragmentach, jak ten śliczniutki wzorek na 2:08, słowa niewiele znaczą. Nawet warstwa literacka koresponduje z muzyką w sposób absolutnie bezbłędny: jako przykład niech posłuży moja ulubiona linijka z LP, czyli "Wszystko przyszło nam zbyt łatwo, a czujność śpi". Finału chyba nie zdecyduję się skomentować, bo to są już boskie rejony dostępne dla nielicznych, gdzie anielska drużyna wczesnego Kraftwerka upaja się reharmonizacjami i synthowym tańcem powidoków oraz pełnym, nasyconym basem Piotra Lewańczyka. Nie ma więc innej możliwości niż kapitulacja i uchylenie się od próby wykonania zadania.

Po takiej wycieczce do edenu nieco wytchnienia przynosi "Pretekst" – jeden z najbardziej porcyscore'owych utworów, z jakim się zetknęliście. Tym razem Magda wskoczyła za główny mikrofon, a wraz z nią pojawia się zniewalająca apollińską maestrią, kryształowa melodia "w górę" w refrenie. Choć już sam początek piosenki z przyczajoną modulacją i sekwencją papsowego basu (0:14-0:20) nie pozostawiają złudzeń – kolejny instant classic na tej brzmiącej jak kolekcja the best of płycie. Jeśli przyszłoby pokusić się o wyszukanie paraleli, postawiłbym na wyimaginowane spotkanie uroczystych ballad Anny Jurksztowicz z lat osiemdziesiątych, z intymnymi i czułymi pieśniami Stiny Nordenstam, a w finale zaś wskazałbym na polifoniczną rozkosz Pet Sounds (taka kobieca wersja kody z "God Only Knows"). To zdecydowanie jeden z najpiękniejszych fragmentów całej płyty.

Natomiast rozszyfrowanie "Przyjaciela" nastręcza znacznie więcej problemów. Reynolds określiłby to pewnie mianem "bajkowej symulacji" i w dużej mierze miałby rację. Łatwo można wyodrębnić wyraźnie zarysowaną, dwuczęściową strukturę: pierwsza część należy do królestwa elegijno-sakralnego, luźno skorelowanego ze słowiańskim wariantem r&b, gdzie dostojne akordy stanowią podest dla skaczącego po skali wokalu Gosi, a rozrywające hooki ("z deszczuuuu pod rynnnnę" i "zwęglooooonyyyy kamieeeeń") zwiastują nadejście szaleńczego drugiego aktu, w którym coraz wyraźniejsza footworkowa rytmika rozpoczyna batalię ze świdrująco-transowymi wyładowaniami. Polecam posłuchać na słuchawkach tego, co dzieje się w miksie na wysokości 3:16 – ilość faktur składa się tu w lepką i gorącą magmę wciągającą na zabój swoim immersyjnym ładunkiem. Jednak momentem, przy którym zawsze mam ciarki, jest synthowe arpeggio z 4:41 – to jakby odzyskanie świadomości, wybudzenie się z przerażającego koszmaru, oswobodzenie się z amoku i zdanie sobie sprawy z jakiejś potwornej rzeczy, która się wydarzyła w przeszłości.

Gdy Gosia i Magda zapowiadały, że chcą, aby do nowych piosenek można było tańczyć, to miały na myśli właśnie "Burzę". Druga faza potwierdza taneczne aspiracje dziewczyn, bo wtedy to utwór przemienia się w rozświetlony vocal-house rozgrzewany charakterystyczną kombinacją dźwięków. Swoją drogą cała sekwencja wraz z bitem 4/4 (zwłaszcza) w pierwszej fazie przywołuje nieodparte skojarzenia z ikonicznym motywem z "Everything In Its Right Place". A cała epicka peregrynacja startuje od mocno księżycowo-wokalnych (dosłownie i w przenośni, w końcu EH wymieniają Księżyc jako jedną z inspiracji) wibracji, kreśląc metaforyczny obraz burzy (choć przy słowach "rozjaśnia ciemność niebieskim światłem / migocze w mroku, szybko i gaśnie / maluje krzywe, kosmate znaki" mam ochotę sięgnąć do kieszeni po smartfona). I pozostaje już tylko jakże wymowny epilog.

"Neptun jest bardzo stary" – mówi Magda, gdy pytam o pierwszy utwór, jaki został skomponowany z myślą o Dwunastym Domu. Pojawił się nawet w filmie Małe Sztuczki w dość istotnej scenie, a był to rok 2014. Ale przede wszystkim jest to boleśnie piękny hołd dla Wilsonowskiej polifonii i jednocześnie polski odpowiednik "Our Prayer". Oczywiście zdaję sobie sprawę, że obie panie mogły inspirować się czymś zupełnie innym (na przykład mógłby to być Olivier Messiaen lub ktoś, kogo nawet nie podejrzewam). Niemniej jednak po tak intensywnym programie, "Neptun" (notabene żelazny opener każdego koncertu Enchanted Hunters z nowym materiałem) odsyła do takiej muzycznej sfery, o której niewiele jestem w stanie napisać, bo po pierwsze nie dysponuję wiedzą, która uprawniałaby mnie do zabierania głosu w sprawie, a po drugie dlatego, że zwyczajnie górę biorę emocje i z trudem przychodzi powstrzymanie łez.

To tylko kilka spostrzeżeń i ogólnych wniosków płynących z wielu odsłuchów Dwunastego Domu. Jednego jestem pewien: takie płyty zwyczajnie nie mają prawa się zmaterializować (to są "błędy w Matrixie" jak podpowiadają eksperci), a jednak układ gwiazd i pewnie wiele innych czynników sprawiły, że możemy się cieszyć czymś tak wybornym na każdym polu. Jeśli chodzi o ocenę: no cóż, dla kogoś to może być album jakich wiele, ktoś inny wzruszy ramionami, a jeszcze ktoś inny zupełnie nie znajdzie niczego wielkiego wśród tej dziesiątki utworów. Spoko, rozumiem, każdy ma prawo do własnego osądu. Jednak dla takiego miejsca jak Porcys jest to pozycja z miejsca klasyczna i natychmiast wpisująca się w porcyscore'owy kanon, bo czyż to nie my kochamy akademickie podejście do kompozycji, całą armię obezwładniających hooków, słodkie, popowe opakowanie i piękno, które aż boli? Sami więc rozumiecie, że to wszystko mogło skończyć się wyłącznie w ten sposób. Na koniec pozostaje mi taka refleksja: mimo że żyjemy w czasach postępującego defetyzmu, niestabilnych gospodarek, głupoty rządzących, bezmyślnych wojen czy kapitalistycznego wyzysku, to jednak dzięki tej płycie cieszę się, że przyszło mi żyć w tym konkretnym momencie w czasie i przestrzeni.

Tomasz Skowyra    
7 listopada 2019
BIEŻĄCE
Fontaines D.C.Dogrel
Lana Del ReyNorman Fucking Rockwell!