RECENZJE

Deerhunter
Halcyon Digest

2010, 4AD 6.9

BD: Mimo że gitar tego typu nie słucham już prawie w ogóle, to od paru dni próbuję "dobrać się" do nowego Deerhuntera i zauważam w tym dziełku wiele fascynujących sprzeczności. Cox, przy wszystkich okolicznościach łagodzących i szczerze poruszających (im więcej czytam o tym, co go spotkało w życiu, tym bardziej się wzruszam, będąc jednostką wrażliwą na krzywdę ludzką), jest w pewnym sensie "nagromanem" w czystym tego słowa znaczeniu: produkuje muzykę na ilość, w taki sam sposób, jak zwykły człowiek je, śpi i wydala. Z tych dziesiątek, setek utworów publikowanych rocznie tu i tam (ech te wszystkie bonusy, dema, wersje, etc.), zwłaszcza w necie, na szczęście pokaźna część jest spoko, a kilka wręcz wybitnych, więc bilans wychodzi ostatecznie na plus. Ale facet (jak i jego koledzy z grupy) lubuje się w układaniu banałów: stawia na klimat, operując wprawdzie urokliwymi, aczkolwiek mega osłuchanymi rozwiązaniami. Każde dziecko wie, że zmiany akordów, jakie oferuje Deerhunter na Halcyon czy wcześniej na Microcastle są z definicji czymś oczywistym (z definicji = trudno chyba komuś uwierzyć, że goście je "wymyślili", bo są zwyczajnie zbyt mało "wyszukane"), a bezpośrednia, czterodzielna rytmika wygląda wręcz jak manifest bezpretensjonalności i desperacka ucieczka od tagu "prog" (sugerowanego czasem przez aranżacje i nastrój), który w razie zmiany metrum na mniej regularne czaiłby się tuż za zwrotką. Z jakiegoś powodu Cox buja w obłokach i wydaje mu się, że powtarzanie w nieskończoność jednego motywu BEZ (podkreślam, BEZ) żadnych modyfikacji, nawet w skali mikro, to coś godnego zachwytu. I tu się myli, co nie znaczy, że efektem tej ściemy nie jest świetna muzyka. To właśnie największy paradoks obecnego wcielenia Deerhunter.

Genialny opener to w ogóle osobny kosmos (wpasowałby się idealnie między "How to Disappear" a "Treefingers" albo, wersja dla oburzonych herezją, gdzieś w środku In Rainbows) i chyba najlepszy stricte prymkowo track kapelki (chociaż dawno ich nie słuchałem, więc mogę po omacku strzelać). A figlarne "Revival", pogrążone w marazmie "Sailing", 60sowy psych-pop "Basement Scene" czy pływający w falach morskich refren "Helicopter" też hipnotyzują, dopisawszy do powstającego gdzieś na boku "the best of Bradford Cox". Zatem dziwny to zespół: tak uparcie celujący w "szlachetną prostotę", że aż ją momentami wypreparowujący z niczego. I koniec końców myślę se: w sumie, skoro każda generacja "indie" musi mieć swoich bohaterów, to na teraz niech to już będzie ten Deerhunter czy inne No Age (ładny progres na nowej płycie), bo mogliśmy trafić znacznie, znacznie gorzej. Tylko ten closer o Reatardzie mnie zniesmaczył i to na co najmniej 3 płaszczyznach: a) Cox profanuje temat w infantylny sposób; b) Cox lansuje się, że "my tu stanowimy takie środowisko, indiii roook" i c) Cox cynicznie kalkuluje jakby tu wpisać się do annałów (za 20 lat encyklopedie tego świata w haśle "Jay Reatard" będą umieszczać wzmiankę o "He Would?". Brak wyczucia, ale cóż, jak nagroman, to nagroman. Podziękował.

RP: Czytałem ostatnio znów trochę Pounda i, wiecie, mógłbym być rozdarty, bo Ezra przecież by mnie zabił za słuchanie Deerhuntera, albo przynajmniej nazwał głupcem, szkodnikiem. Byłem wreszcie na Incepcji i, rzeczywiście, zabawa była przednia, bardzo bystrze i w zawrotnym tempie skonstruowana narracja – zgubiłbym się na pewno, gdybym zbyt często odwracał głowę od ekranu. A w międzyczasie słucham tego prymitywistycznego wręcz Halcyon Digest i, paradoksalnie, wcale nie mam go za mniej mi potrzebny niż wyżej wymienione. Od dawna uważam, że najprostsze środki, prostacki wręcz strumień świadomości przy odpowiednim braku oporów i naturalności (zwłaszcza w muzyce), może nagłaśniać osobistą wrażliwość na tyle, że wychodzi z tego po prostu sztuka (jakkolwiek nie w definicji Pounda). Bradford Cox (z zespołem czy bez) spełnia te warunki doskonale, a takie fragmenty Halcyon Digest jak: "Earthquake", "Don’t Cry", "Sailing", "Memory Boy", "Coronado", nie no niemal wszystkie, z naciskiem na poszczególne przedziały sekundowe? otóż te fragmenty po prostu hipnotyzują, wzruszają, cieszą – na przemian, zależy. A Incepcja oczywiście nieco psuje wrażenie denerwującą hollywoodzkością i naiwnością. Natomiast Pound, mimo całej swojej olbrzymiej wiedzy i intuicji, a także mimo całego swojego cholernego znaczenia, niestety zbyt często mylił się w swoich nie znoszącym sprzeciwu tonem wygłaszanych założeniach (akurat z tym o sztuce jako techne, bym nie polemizował, bo jest w tym sporo racji, racji całkowitej jednak nie ma nigdzie, o czym Amerykanin zdawał się w swojej misji zapominać; poza tym wybacz, Ezra, ale indie, co najmniej, nie jest dla mnie mniej ważne niż ty. Pozdrawiam!).

FK: Chyba ze śledzenia informacji o dziwnie wyglądających muzykach dowiedziałem się najwięcej o medycynie. A przechodząc do sedna "gitar tego typu" nikt już prawie nie słucha i dlatego tak miło się do nich wraca sezonowo gdy chmury srają. Tym bardziej, że Halcyon Digest dopełnia październik lepiej niż Cryptograms (bo jest zbyt kosmiczna i odrobinę za dobra, by ją marnować na takie sytuacje), Microcastle (bo jest słaba) i Turn It Up, Faggot (bo jej nie znam). Cox zrezygnował z elementów metafizycznych i mieszania – bo od tego ma już teraz Atlas Sound – stoi twardo na ziemi i gra ładne, nieco posępne piosenki o tym, o czym mu się chce. Kiedy Mark Kozelek robi się zbyt ładny i nie widać już księżyca – wchodzi Cox.

JB: Jako ten czwarty do brydża odpuszczam sobie płomienne tyrady, bo i tak wszyscy się cieszą, że nie nawaliłem i można pograć. Dość gadania – odsłaniam karty:

Lockett Pundt – na Halcyon Digest znów (wcześniej była choćby "Agoraphobia") zarzuca nie lada hookiem ("Desire Lanes"), więc bez większego moralniaka nazywam go Barlowem Deerhuntera i z nadzieją czekam na kolejną solówkę.

Atlas Sound – side-project Coxa ma ostatnio większy wpływ na muzykę Deerhunter niż mogłoby to wynikać z założenia. W rezultacie gitarowa psychodela Cryptograms ustępuje kontemplowaniu prastarych uroczystości rybackich na spokojnym morzu (Logos).

Logos – solidny album Atlas Sound, którego nie pamiętam.

Popmatters – serwis, który trafił w sedno, pisząc że muzyka Coxa nadaje się raczej do geek'owskiego analizowania, szukania smaczków, odniesień i wzorów w formie, niż do testowania wrażliwości odbiorcy (poruszającym na papierze i znakomitym w istocie "Helicopters" i "Earthquake" brakuje czegoś, by zniewolić słuchacza. Brak charyzmy? Brak autentyzmu?). Niby nie tak całkiem to znowu odkrywcze i trudne do udowodnienia, ale tłumaczy mój dystans do twórczości Coxa i trupy. No ileż można być geek'iem?!

Szóstka kier.

Jan Błaszczak     Radek Pulkowski     Filip Kekusz     Borys Dejnarowicz    
30 września 2010
BIEŻĄCE
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI
ObjektCocoon Crush