RECENZJE

D'Angelo And The Vanguard
Black Messiah

2014, RCA 8.1

Kto spodziewał się pod koniec roku takiej wiadomości? Może w muzycznych mediach nie widać (jeszcze) tak dużego zamieszania, ale i tak news o nowej, wyczekiwanej od czternastu lat, trzeciej płycie boga nowego soulu nieźle namieszał. Chłopaki z Gorilla Vs. Bear nawet trochę się wkurzyli, że ktoś wrzuca płytę w środku grudnia, gdy lista roku jest już pewnie gotowa od trzech miesięcy, co jak dla mnie jest lekką żenadą. Ale dajmy sobie z nimi spokój, bo przecież wreszcie możemy słuchać nowiutkiego krążka D'Angelo. Album miał się nazywać James River i ukazać kilka ładnych lat temu, lecz po pewnym czasie już chyba tylko najwytrwalsi fani w to wierzyli, bo reszta przeniosła planowany longplay Michaela Eugene'a Archera do folderu z zapowiedziami nowych rzeczy od Avalanches czy Dra Dre (swoją drogą jeśli ukaże się kolejny LP tego typa, to na bank nie będzie nazywał się Detox). Dlatego między innymi nagrany wspólnie z The Vanguard Black Messiah jest dla 2014 tym, czym dla 2013 był powrót My Bloody Valentine, również ze swoim trzecim, koronującym nieoficjalną trylogię, albumem.

Zaraz po tym, jak pojawiła się zapowiedź płyty, a wraz z nią krótki teaser, część entuzjastów trochę zbladła. Ta sama grupa zwątpiła jeszcze bardziej, gdy usłyszała pierwszy fragment Black Messiah — napisany między innymi z Q-Tipem "Sugah Daddy". Od razu przypomniał się powrót Sade i nadzieja na kapitalny materiał mocno, a przynajmniej trochę, spadła. Ja podszedłem do całej sprawy bardziej na luzie — singlowa zapowiedź może mnie nie powaliła na kolana, choć ten jazzująco-prince'owski, ale mimo wszystko bardzo D'Angelowski, wojaż całkiem mi się podoba, zwłaszcza w końcówce, gdzie kolejne instrumentalne wzory rozpływają się po wszystkich ścieżkach. Na cały album czekałem więc w spokoju, bez większych oczekiwań. Jak się okazało, warto było czekać nie tylko ten jeden dzień, ale całe czternaście lat.

Nie będę przeprowadzał analizy całego, wybornego dorobku D'Angelo, ale warto zauważyć, że świeży krążek to, na płaszczyźnie soundu, rzecz znacząco różniąca się zarówno od Brown Sugar, jak i od Voodoo. Podczas gdy debiut pławi się w kunsztownej, jazzowej, intymnej miksturze, a sofomor to wyluzowany, sączący się niespiesznie, owinięty hip-hopowym vibe'em zestaw jointów, Black Messiah jest czymś jeszcze innym. Więcej tu gitarowego smaku, pojawiły się operacje na dźwiękowej tkance, których do tej pory nie było w aktówce D' (przynajmniej tego typu zabiegów nie potrafię wskazać), a ponadto aranżacyjnie mamy tu coś w rodzaju kalejdoskopowej narracji — instrumenty zaczepiają się w pewnym miejscu tylko na moment, bo w miejscu gitary pojawia się fragment saksofonu, żeby sekundę później wszedł krótki dźwięk smyczków. Jeszcze w 2008 roku Russell Elevado, gość, który współpracował z Archerem przy nagrywaniu Voodoo, opisywał szkice jako "Parliament/Funkadelic meets The Beatles meets Prince, and the whole time there's this Jimi Hendrix energy". Najważniejsze jest jednak to, że D'Angelo panuje nad całą materią, tak jak szaman panuje nad rzucanym zaklęciem — słychać, że tu nie ma miejsca na przypadek i wszystko śmiga jak w zegarku, bo nawet politycznie zaangażowane teksty zgrywają się z warstwą instrumentalną. Czyli potwierdza się, że gość jest prawdziwym artystą, który konsekwentnie, długo, może mozolnie, ale jednak tworzy prawdziwe dzieła, a nie mało znaczące zbiory piosenek, o których zapomina się po trzech dniach.

Black Messiah to długodystansowiec, krążek, o którym będę pamiętał jeszcze długo po zakończeniu dość przeciętnego, jeśli chodzi o muzykę, 2014 roku. Każdy indeks zasługuje na uwagę, poczynając od zwichrzonych, zaplątanych gitarowych kłusów w quasi-bluesowym anturażu "Ain't That Easy", gdzie króciutkie cosmic-intro otwiera bramy całości. Jakże inny to utwór od pozostałych jedenastu, ale już na samym początku słychać, z jakim powabem D' porusza się w otoczeniu instrumentarium znacznie oddalonego od sytuacji, w jakiej zostawił nas closer Voodoo. A co powiedzieć o drugim w kolejce "1000 Deaths"? Tu dopiero zaczynają się dziwy, bo szarpany bas, na tle którego słychać gromkie przemówienie, zostaje otoczony pojawiającymi się i znikającymi co chwilę gitarowymi riffami oraz mknącą chmarą mięciutkich hi-hatów. To może nie jest utwór z przebojowym potencjałem, ale poraża za każdym razem.

A jeśli chodzi o bardziej melodyjne momenty, to trzeci utwór będzie dobrą odpowiedzią. Wyprodukowany wespół z Questlove'em (w ogóle wygląda na to, że moje ulubione numery współprodukował pałker Roots, może oprócz tego najbardziej ulubionego, ale do tego DOJDZIEMY). "The Charade" — trochę ponad trzyminutowy, przytulny song, napędzany hookami wyjętymi jakby z Leave It All Behind (melodia) i przesączony odrobiną wrażliwości Thundercata, to spokojnie jeden z hajlajtów tego znakomitego długograja. Jeśli ktoś uważa inaczej, to spoko, ale proszę mi wytłumaczyć, co się dzieje na 1:59, to będę wdzięczny. Potem mamy przywoływany już singiel (?) "Sugah Daddy", który może nie błyszczy na tle tracklisty, ale jednak nigdy nie nazwałbym go numerem zbędnym czy wypełniaczem — to przyjemne, jazzujące plumkanie na pianinku z fajnie rozbudowaną końcówką, naprawdę na propsie. Za to następny w kolejce "Really Love" rozwala na pół. Przepiękna miłosna pieśń z hiszpańskimi gitarami, całą masą niesamowitych smaczków i ornamentów oraz z unikatowym feelingiem, jaki potrafi stworzyć jedynie ten mag neo-soulu. Mój ulubiony wałek z tego krążka bez gadania.

No i nie wiem, czy pisać dalej, kiedy co chwila wypowiadam w zachwycie "kuuuuuuurwa", gdy słyszę, jak D' rzuca akordami w "Back To The Future (Part I)", kiedy nie potrafię wyłączyć opcji ripit, gdy do głosu dochodzi uzależniający wspaniałą, zapętloną frazą "Till It's Done (Tutu)" (znowu Quest na produkcji), albo gdy słyszę kapitalną, rześką jazz-narrację "Betray My Heart", którą nie można się nie zachwycić. Tak samo jest z finałem tej wielkiej podróży — "Another Life". Od razu słychać powiew Roots (chodzi mi o sound), ale ważniejsza jest kompozycja, bo utwór brzmi, jakby D'Angelo coverował coś z Two Against Nature, dodając przy tym swoje pierwiastki talentu i wrażliwości. Niesamowite zakończenie całego albumu, który nie tylko jest "spoko" czy "daje radę", ale po prostu rozsadza tegoroczną konkurencję z taką łatwością i jakby bez wysiłku, że wydaje się to aż śmieszne. Aha i jeszcze jedno: Kanye, I'm really happy for you, I'ma let you finish, but D'Angelo is the real Black Jesus. D'Angelo is the real Black Jesus! Handluj z tym ziom, bo już dziś (a nawet w dniu premiery) można śmiało powiedzieć, że Black Messiah = KLASYG.

Tomasz Skowyra    
22 grudnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja