RECENZJE

Beatles
Love

2006, EMI 5.0

Rozpoczyna "because the world is round, it turns me on", na głosy, a capella. Po chwili ciszy niepokojący, apokaliptyczny pomruk, który okazuje się być rewersem pogłosu wieńczącego decrescendo "A Day In The Life" narasta złowrogo, by wybuchnąć startowym akordem "A Hard Day's Night". (John Oswald wpadł na tę kombinację dawno temu.) Perkusyjne "solo" Ringo z "The End" prowadzi do właściwej wersji "Get Back", podkręconej szumem rozentuzjazmowanej widowni. I tak dalej, przez prawie osiemdziesiąt minut. Z czysto muzycznej, "sonicznej" perspektywy, słuchanie Love wprowadza w stan błogości. W sensie, dajcie że spokój – tracklista zawiera "I Want To Hold Your Hand", "Help!", "Eleanor Rigby", "LSD" czy "I Am The Walrus"! Słyszeliście kiedyś "I Am The Walrus"? Na pewno słyszeliście. No więc jak według was coś co posiada "Walrusa" może być słabe? Nie może. Więcej nawet – każde wybrzmienie, każdy wers, każda zaśpiewana zgłoska są jak przepustka do nieba, bo nagrał ją najwybitniejszy zespół wszechświata. W tym sensie nie można odmówić Love pewnej magicznej jakości, która wynika z nadprzyrodzonych właściwości materiału źródłowego.

Problem polega na operacjach przeprowadzonych na tym materiale. I wcale nie w aspekcie technicznym, ponieważ robota wykonana przez Martinów zachwyca precyzją montażu i nawet sporą wyobraźnią – przejście z "Benefit For Mr. Kite" do riffu "I Want You", wstęp do "Yesterday" w postaci intra "Blackbird" albo nałożenie "Within You Without You" na "Tomorrow Never Knows" to przykłady na sprawność i pomysłowość edycyjną. Powstaje jednak sakramentalne pytanie "po co?" – bowiem od strony artystycznej, żonglerka fragmentami różnych utworów Bitli prowadzi do nikąd. Nie wypowiadam nawet słowa "profanacja", które w dobie takich "arcydzieł" jak The Grey Album czy wykonanie piosenki "Back In The U.S.S.A." z telewizyjnej audycji "Idol", straciło swoją wagę. Nie zaprzeczam też idei mashupów – uważam że funkcjonują one jako piękna diagnoza dzisiejszej kondycji popkultury i często potrafią dokonać zachwycającej rekontekstualizacji użytych składników (Greg Gillis, na ciebie patrzę). Ale właśnie. Przemieszanie (choćby i wirtuozerskie) ze sobą numerów Wielkiej Czwórki zwyczajnie nie działa. Nie rodzi się nowa jakość, nie wnosi to nic do mitu zespołu, nie zmienia perspektywy na jego dokonania. Każdy może sobie otworzyć Adobe Audtion, a następnie przygotować własny miks na podstawie tych kompozycji – i nie dajcie się ogłupić że pieczę sprawował nad tym przedsięwzięciem człowiek który uczestniczył wraz z chłopakami w ich studyjnych eksperymentach, jeden z najlepszych producentów w dziejach. Krążą plotki, że jest już kompletnie głuchy.

Dlatego spójrzmy prawdzie w oczy: Love to pierwsza pozycja w oficjalnym katalogu Beatlesów, która jest zwyczajnie zbędna. Trzyczęściowe Anthology pozwalało wniknąć w atmosferę sesji i alternatywne take'i klasycznych hitów – wartościowa rzecz jeśli pamiętamy, że grupa aranżowała na wiele różnych sposobów te same tune'y. 1 ukazywało chartsową historię formacji i była gratką dla tych, którym żal było zawsze wydawać kasy na te kompilacje singli ze zdjęciami na balkonie – 10 na 27 tytułów nie pochodziło z żadnego regularnego longplaya. Z kolei Let It Be... Naked prezentowało McCartneyowską wizję albumu, który przeszedł wcześniej do legendy – i jeśli zżyłeś tymi songami przez całe lata, to nie możesz ich nagle źle oceniać w odchudzonych, bez-smykowych opracowaniach. Lecz Love? Trudno mi zrozumieć do kogo skierowano to wydawnictwo. Ci znający repertuar Fabsów na pamięć nie odnajdą tu niczego nowego. Ci nie znający repertuaru Fabsów na pamięć niech sięgną wpierw po ten repertuar. Love, ujmując rzecz w skrócie, to skok na kasę. Treściowo, zasługuje na 10.0. Formalnie i ideologicznie – na 0.0.

Borys Dejnarowicz    
9 marca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy