SPECJALNE - Relacja

Relacja: Knower (31 sierpnia, Blue Whale, Los Angeles)

9 października 2013



Knower
31 sierpnia 2013, Blue Whale, Los Angeles


Wybaczcie, że znowu startuję z disclaimera – patrząc na historię moich tekstów na Porcys weszło mi to chyba ostatnio w nawyk. Gdy bodajże w czerwcu Wojtek Sawicki odkrył dla naszej redakcji Let Go, nie byłem jednak w gronie tych zmiecionych z powierzchni ziemi, odważnie wykrzykujących, że "nie było muzyki przed Knower". Pobieżne przesłuchanie materiału faktycznie zdradzało powinowactwo z Maxem Tundrą i całkiem całkiem nieprzewidywalne błyski flesza akordów (słowo "zmiany" byłoby w tym przypadku nieporozumieniem), ale równocześnie niesmaczyło mnie, że po raz któryś już kolejny zajawiamy się słabo brzmiącą/dobrze skomponowaną muzyką – bo jednak z upływem lat ta kategoria przestała mnie już praktycznie interesować. Tak się jednak składa, że miałem w życiu niebywałe szczęście móc zamieszkać w Los Angeles, więc kiedy koncert zespołu pojawił się w moim wirtualnym publicznym fejsbukowym kalendarzu, automatycznie i dosyć przygodnie ze sceptyka z wolnym wieczorem stałem się oficjalnym ambasadorem fandomu Knower Polska 2013.



Nie powiem, żebym żałował tej transformacji z perspektywy dnia dzisiejszego, bo koncert Knower był nie tylko w stanie przekonać mnie do fenomenu tego duetu, ale także dostarczyć wglądu w kilka tylko pośrednio związanych z nim kwestii. Zacznijmy jednak od początku: występ Louisa Cole’a i Genevieve Artadi odbył się w miejscu wykraczającym daleko poza znaną mi jako tako "scenę" LA, czyli pół-profesjonalne koncerty z pogranicza indie i eksperymentalnej elektroniki, których publikę niezmiennie tworzą podchmieleni członkowie hype’owanych przez nas od kilku lat zespołów (z muzykami Haunted Graffiti na czele). Knower zagrali w samym centrum Little Tokyo, czyli najzamożniejszej, najczystszej i zarazem najwymyślniej plastikowej enklawy etnicznej w mieście. Znajdujący się w centrum handlowym (!) klub Blue Whale to jak spod igły wymuskany lounge z coelhizmami wymalowanymi na suficie, kilkunasto-dolarowymi drinkami i neonowymi półmrokiem, a zarazem znana jazzowa speluna. Jako support wystąpiła grupa złożona z pięciu nastoletnich azjatów w hip-hopowych strojach i podstarzałego białego pianisty, a ich muzyka brzmiała niczym Nellie McKay reinterpretująca klasyki Steely Dan. Jak można sie domyślić, byłem pod niemałym wrażeniem długo zanim jeszcze Knower pojawili sie na scenie.



Ich wyjściu towarzyszyło tymczasem spektakularne-WTF intro tancerek w maskach stormtrooperów i wizualizacja piącego się w górę gigantycznego "Noise-O-Meter", dostarczając już w ciągu pierwszych kilku minut objawienia numer jeden: Knower to zespół koncertowy. Muzyka duetu idealnie trafia w mój sceniczny "sweet spot", w którym nie wiem, czy analizować atakujące mnie dźwięki, czy też tańczyć, ostatecznie trafiając w pół-trzęsionkowy stan gdzieś pomiędzy. Set zawierał zarówno większość fragmentow tegorocznej EP-ki Let Go (z moim ulubionym "Time Traveler" włącznie), jak i dwa z ich najpopularniejszych coverów: "Burn" Ellie Goulding i "Get Lucky" wiadomego wykonawcy. Pojawił się także raper Vikram w wersji "Spotlight" z żywą perkusją, w którym to kawałku Luis Cole ukazał także pełnie swojego instrumentalnego backgroundu (no bo w końcu dyplomu z jazzu za darmo nie dają). Łatwość tłumaczenia ich kawałków na kontest live i energia, jaka w tym procesie została wykrzesana nie były jednak jedynymi powodami, dla których te mocarne utwory stworzyły tak niesamowity show: równie istotną rolę zagrały tu komiczno-psychodeliczne, puszczające OCZY w stronę j-popu (this explains *a lot*) wizualizacje za plecami muzyków, wypełniające ciemną przestrzeń klubu cukierkową zajebistością.



Co się stanie, gdy przewałkujemy juz wszystkie poprzednie dekady w epoce retromanii? Trudno spekulować w tej sprawie nie wychodząc na kompletnego idiotę, ale moje pieniądze od pewnego już czasu stawiam na świadome odrzucenie ironii i referencyjności na rzecz nachalnej szczerości i mniej-lub-bardziej udanego futuryzmu (religie, demonstracje i te sprawy). Stąd właśnie bierze się moja największa rewelacja związana z koncertem Knower: mianowicie przeświadczenie o sprawdzalności tejże teorii. Począwszy od lokalizacji, przez ubiór muzyków i publiki, aż do samego występu, nie było tego wieczoru kolektywnie nic z obowiazujących obecnie elementów cool, retro czy z przymrużeniem oka; raczej 100% uwielbiania dla muzyki jako życiodajnej energii, próby zrobienia czegoś autentycznie kontemporarnego [nie ma takiego slowa! –przyp.red], wykorzystujac przy tym obciachowe środki wyrazu (jak np. wpływ bro-stepu) dla niewiarygodnie świeżych efektów. Jeśli dostępne w sieci nagrania Knower to muzyka "wychodząca poza pudelko", doświadczenie Knower live jest zatem zwiastunem całkowicie rewolucyjnej przyszłości.

Patryk Mrozek    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019