SPECJALNE - Ranking

100 Singli 1990-1999

20 sierpnia 2012

 

 

030Massive Attack
Unfinished Sympathy
[1991, Virgin]

Multikulturowy, barwny Bristol mógł po premierze Blue Lines w 1991 poklepać protekcjonalnie Madchester i uciekać do przodu. To powinien być zwrot ku formie prawdziwie pojemnej – miejska muzyka, mroczna, wyzbyta totalizującej paranoi, nastawiona na przepływ. Taką nadzieję dawało zwłaszcza "Unfinished Sympathy" – w napakowanej czarnymi groovami nieludzkiego basu mozaice kawałek zgoła nieoczywisty. Kilka lat później, już po Entroducing i w trakcie pracy nad Mezzanine czy też Psyence Fiction Unkle można było się cieszyć z dalszego otwarcia estetyki coraz mniej słusznie z Bristolem kojarzonej, a przebój osiedli, "Bittersweet Symphony", składał hołd i domykał "Sympathy" nie tylko skojarzeniami gier słownych czy pokłonem dla ikonicznego teledysku, ale też samą kompozycją. W 20 lat później Massive Attack to zespół kompletnie rozmontowany; Banksy nie zostaje wpuszczony na galę Oskarów, Hans z Pięć-Dwa Dębiec zapowiada wydanie pierwszej polskiej płyty trip hopowej, a Shara Nelson jakimś cudem przez te 5 minut nadal brzmi nieco bardziej ludzko od Liz Fraser. –Łukasz Łachecki

posłuchaj »


029Cardigans
Erase/Rewind
[1998, Stockholm]

Gdybym musiał wybrać ulubiony numer Cardigans, to wskazałbym właśnie ten. Nie zadziorny i prowokujący "My Favourite Game", ani stokrotkowy "Lovefool" o spojrzeniu Lolitki, ale właśnie "Erase/Rewind". Mam nawet wrażenie, że stanowi on pewną cezurę. Jest w nim wszystko, co od czasów Suzanne Vega stanowiło nieodzowny element wrażliwych dziewczęcych hitów. Zaakcentowana gitara; znakomicie radiowe zwrotki, jednocześnie absorbujące i oddające sporo przestrzeni; zgrabne wprowadzenie w refren, który zostawia w pamięci silny ślad, ale dzięki wymuskanej produkcji gładko integruje w całość. Ale można zauważyć więcej: w zmysłowości refrenu, sf-otoczce teledysku, podwodnych klawiszach, taneczności szkieletu, elementy, które odzierają kawałek z funkcji pop-rockowego standardu i sprawiają, że, wraz z "Missing" Everything But The Girl, stanowi on dla mnie jedną z najbardziej frapujących wiązek nasłuchujących przyszłość niczym przez milenijną pluskwę. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »


028Destiny's Child
So Good
[1999, Columbia]

The Writing's On The Wall chował za swoimi lśniącymi fasadami trochę porachunków. Porobiły się przetasowania. Ktoś tam poczuł się urażony. Wiecie, gwiazda Bee błyszczała trochę za mocno. Ale to mówię tylko do Waszej wiadomości. Nikt nie wie jak było dokładnie. I taki brak wersji przyjmijmy. Nie zajmując się brudem koksu i fejmu, efekt kolaboracji masy znakomitości z branży na czele z gościem od "No Scrubs" był, co tu mówić, wymierny. Wykopał królestwu DC ogromną fosę, tak, że od teraz nie musiało odpierać marnych ataków, ciągłe porównania do TLC (na tych korzyść) ucichły, słowem: można było nieco poluzować. Choć wiadomo, my już znamy dalszą historię: Bee miała inny plan, nie zamierzała spocząć i w pełnym surwiwalskim mudurze sprawuje swoje rządy do dziś. Piosenki o miłości trzepią hajs, czyli miłość słuchaczy najlepiej. "So Good" nie wyróżnia się więc tematycznie od pozostałych na albumie i jedzie równo: o relacjach, komplikacjach, gierkach. Looserach i winnerach tego, co kiedyś tam może miało kształt serca. Beyonce wiedzie tu swoje ekspansywne solówki. Jest naprawdę zawzięta. Tak, my nigdy nie wątpiliśmy, że jesteś "tak dooobra", a dziewczyny z jedwabistych chórków (so goooood x3) dosłownie w tej samej sekundzie nam to potwierdzają! –Magda Janicka

posłuchaj »


027Pavement
Major Leagues
[1999, Matador]

Terror Twilight jest płytą zupełnie niesłusznie traktowaną po macoszemu nawet przez fanów Pavement. Stosując analogię do Fab Four, stanowi taki odpowiednik Let It Be. Oczywiście, że grupa ze Stockton miała w swoim katalogu "lepsze" pozycje, ale ten longplay to także bezdyskusyjny klasyk. W 1999 roku Pavement byli już bliscy stanu agonalnego i zgonu, który ostatecznie nastąpił w trasie promującej Terror Twilight. Wcześniej jednak udało im się wspólnie napisać i nagrać najbardziej "popowy" album w karierze. Jeszcze bardziej oszlifowane Brighten The Corners.

Spośród trzech singli, które wykrojono z płyty, największym przebojem okazało się "Spit On A Stranger". Przynajmniej, jeśli zmierzymy to na przykład obecnością w serialu How I Met Your Mother. "Major Leagues" to jednak jeszcze wyższa liga, zwłaszcza jeśli szuka się metafizyki w zwykłości, w czym Stephen Malkmus jako poeta codzienności zawsze był mistrzem. W tamtym czasie "Spin" pisał o zagadkowości tekstów i sportowych metaforach, a sam Malkmus wspominał o śpiewaniu z perspektywy gościa, który pojawia się już nastukany na przyjęciu, i mówi masę świetnych rzeczy, których tak naprawdę nie ma na myśli. Creative writing na zasadzie "I'm just like trying to pull anything out of my ass".

"Major Leagues" jest w sumie świetną metaforą fenomenu Pavement – zespołu chłopaków z sąsiedztwa, którzy od niechcenia i jakby przez przypadek zapisali się w historii rock'n'rolla. To nie tylko świetnie napisana i bezpretensjonalnie prowadzona piosenka z doskonałym w swojej przewidywalności refrenem. Prawie 3 i pół minuty w średnim tempie, bez emocjonalnych skoków z dość przestrzenną, jasną aranżacją – prawie jak nie Pavement. To utwór z wersami pokroju "Relationships hey hey hey", który bez najmniejszej "wczuty", za to z lekką ironią (zupełnie jak Pavement) dotyka sedna relacji. Te wszystkie "You kiss like a rock / But you know i need it anyway" są przecież autentycznie wzruszające, mimo że pod względem muzycznym czy interpretacyjnym, nie ma choćby drobnego śladu dramatycznych sztuczek. Chciałbym napisać, że to w pewien sposób utwór wyjątkowy, ale uniemożliwia mi to "You Are A Light". Dwa indeksy wcześniej.

Także, jeśli uwierzyliście 10 lat temu Cool Kids Of Death, to wiedzcie, że byliście w błędzie. –Marek Fall

posłuchaj »


026Warren G feat. Nate Dogg
Regulate
[1994, Def Jam/Death Row/Interscope]

Ach, "Regulate" – czyż to nie jest jeden z najprzyjemniejszych, najbardziej gładko sunących utworów muzycznych? Niewielu wykonawcom udało się przyprawić mnie o taką błogość (do glowy przychodzą mi teraz Cocteau Twins i Gas). Nie sposób nie poczuć się komfortowo, kiedy otulają cię te ciepłe klawisze. Warren G korzystał tu oczywiście z podobnych g-funkowych patentów, które ogrywał jego sławniejszy przyrodni brat – Dr. Dre. Ale nawet Dre nie osiągnął chyba w swoich produkcjach, ani na The Chronic ani na Doggystyle, efektu tak wspaniałej miękkości. Składnikiem tego cudnie gładkiego musu są też oczywiście super melodyjne wokalizy Nate Dogga, przeplatające się z rapem Warrena. No a sam raper przecież też jest bardzo sympatyczny, nawijką przypominając bardziej Fresh Prince'a niż Snoop Dogga, z którym niedawno był w jednym składzie. "Regulate" to oczywiście historia napadu. Ale to G zostaje napadnięty! Kiedy Nate przybywa z odsięczą, to co prawda strzela, ale nikomu nie dzieje się krzywda i nasi chłopcy odjeżdżają razem z grupą atrakcyjnych dziewcząt. Nie pada tutaj też żadne przekleństwo. Doprawdy, co za słodziaki! "Regulate" – zdrowie i relaks dla całej rodziny. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »


025Mariah Carey
Honey
[1997, Columbia]

Cześć, poproszę dużą Colę i dwa cheeseburgery. Gdybym nagle za ladą zobaczył Carey (choć zdarzało jej się wyglądać i na stałego klienta), to wcale bym się nie zdziwił, bo czy można być bardziej amerykańskim niż Mimi? Wszystko niemal się zgadza: słuszne gabaryty, potężny głos, uśmiechnięty, nieskażony intelektem wyraz twarzy, doprawdy Mariah mogłaby całe życie śpiewać jankeski hymn przed finałami Superbowl. No ale tego nie robi, a jeśli już to okazjonalnie, woli taśmowo trzaskać hity i okupywać szczyty list przebojów. Z ''Honey'' rozsiadła się tam wygodnie poszerzając jednocześnie spektrum swoich gatunkowych zainteresowań. Wcześniej gustowała głównie w balladowej karnacji r'n'b, tym razem jednak z pomocą Combsa i Q-Tipa sięgnęła po hiphopową pętlę i trzymający całość za uzdę chwacki bas. Cel, pal i środek tarczy, masy chwyciły, a rapowe bractwo wzięło za swoją. To co, na wynos? A jakże. –Wojciech Sawicki

posłuchaj »


024Kelis
Caught Out There
[1999, Virgin]

Oto klasyczna Kelis w najlepszym wydaniu. Doskonały, nieprzeciętny bit Neptunes na pierwszym planie stanowi o doskonałości tego protest-, czy raczej statement-songu. Seksowna Bestia walczy o dobre imię Biatch. Pogróżki i przechwałki padają często, ale czy trupy nigga sieją się gęsto? Wątpię. Nie jest to wezwanie do rewolucji, ani nawet błaganie o zmianę przyzwyczajeń. Kelis chyba zbyt dobrze zna grę, by wymagać niemożliwego. Co ważne, potrafiła też zajebiście przekazać swoje obserwacje i wykreowała unikatowy styl. Jej pierwszy singiel w karierze najlepszym tego przykładem. Girl Power! –Jacek Kinowski

posłuchaj »


023Spice Girls
2 Become 1
[1996, Virgin]

Wiek XX był wiekiem metropolii, a zarazem wiekiem rozpoznawania granic możliwości terapii wymierzonej przeciwko chorobom współczesnego mieszczaństwa. Komercyjny pop drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, w większości wyprany z jakiegokolwiek kontestacyjnego kolorytu (w dziedzinie estetycznej brawury, emancypacji "niegrzeczności", zakamuflowanego filtru z alternatywą), okazał się być jednym z najdonioślejszych neutralizatorów postępującej alienacji. Nie kozetka (symptom), nie neurotyzm (symptom), nie odpolityczniona hipsterka ("I want a range life / If I could settle down"; symptom), ale naiwne "Say you believe it / Say you believe it" uchwyciło kruchość jednoznacznej różnicy pomiędzy skrajną afirmacją, a ironią.

Z całego dorobku Spicetek (a szczególnie z doskonałego pierwszego krążka) to nie dziewczyńskie "Wannabe" powinno być rozpoznawane jako osiągnięcie dla grupy emblematyczne, ale disneyowsko-pościelowe "2 Become 1". Mięciutki, a jednocześnie wypukły bit wydaje się być niepoważnie śliczny, ale do tak obcesowego piękna upoważnia go nie tylko smyczkowa ornamentyka. Przez różany puch delikatnie wyczuwamy strefy erogenne: "Get it on / Get it on" i "Set your spirit free / It's the only way to be". Parafrazując słowa Patricka Batemana o "Greatest Love Of All" Whitney Houston (romatyczny cynizm, cyniczny romantyzm, etc.): ">>2 Become 1<< is one of the best, most powerful songs ever written about preservation of the loved one, his or hers dignity. Its universal message crosses all boundaries and instills one with the hope that it's not too late to better ourselves. Since, Elizabeth, it's impossible in this world we live in not to empathize with others, we can never empathize only with ourselves. It's an important message, crucial really. And it's beautifully stated in the track". –Jakub Wencel

posłuchaj »


022Jamiroquai
Cosmic Girl
[1996, Sony Soho Square]

Co się dzieje, gdy uczeń nie tylko prześciga mistrza, ale zostawia w tyle też cały gatunek? Wtedy powstaje "Cosmic Girl". Singiel, który mógłby być najlepszym utworem na Off The Wall, gdyby oczywiście powstał 17 lat wcześniej. I teraz uwaga, ciekawostka. Myślicie pewnie sobie, że te klasyczne nagrania pop dzieli spora ilość czasu. A teraz policzcie ile lat ma "Cosmic Girl". Dokładnie szesnaście. Za rok ten utwór będzie dla nas tak stary, jak dla Jay Kaya w 1996 roku było Off The Wall. Boli mnie głowa, jak sobie o tym myślę. Możemy więc pójść dalej tą drogą, bo oba arcydzieła disco łączy wiele.

Trzeba im przyznać, że niezwykle dobrze się starzeją. Dla disco z lat 70-tych czas płynie różnie, ale ogólnie znacznie lepiej niż dla dance popu z lat 80-tych. Najwyraźniej ciepłe brzmienie syntezatorów, żywy bas i porządne mastery nadal potrafią czarować, brzmiąc jak nagrane wczoraj. Komiczny dziś futuryzm 80sów ma owszem wiele zalet i niesamowitych rozwiązań na koncie, ale ciężko w 2012 roku określać ich brzmienie świeżym. Dziś milkną zresztą już okrzyki "ejtisy wracają", jeszcze kilka lat temu drukowane przez prasę co kilka tygodni. To, że powstał ten ranking jest chyba najlepszym dowodem co najmniej na to, że każde kolejne pokolenie pragnie revivalu muzyki z dzieciństwa. Przez kilkanaście lat wymyślano więc jak wykorzenić, zniekształcić lub pobrudzić disco, aż powiedziano basta. Co więc się dzieje? W 1996 roku Jay Kay, który już zajechał na śmierć swoje winyle z Jacksonem i Wonderem, pisze jeden z najlepszych utworów disco w dziejach, który nagle brzmi jak muzyka taneczna przyszłości. 2 lata później Stardust wydają "Music Sounds Better With You", a disco na dobre wraca do łask.

Myślałem, co można powiedzieć o utworze, który zna się na pamięć i do którego tańczyło się dziesiątki razy. Bo że hook po hooku, że podniecająca zwrotka i relaksujący refren, rasowy mostek, to wszystko prawda, ale to też straszne banały. I chyba dopiero teraz zorientowałem się, że "Cosmic Girl" brzmi tak świeżo i kosmicznie przez to, że przez całe zwrotki zaloopowane jest w nim 10 nut elektrycznego pianina robiącego wah-wah, wyeksponowanych w pierwszych kilku sekundach utworu. Zabawne, bo ta piosenka mogłaby bez problemu istnieć bez tego elementu, ale to właśnie on jest moim zdaniem dowodem na niesamowite wyczucie jego twórców. –Kamil Babacz

posłuchaj »


021Aaliyah
One In A Million
[1996, Blackground/Atlantic]

Jeśli TLC były w latach dziewięćdziesiątych Wu-Tangiem kobiecego urban/R&B, składem o trzech wyraźnych osobowościach i pełnej kreatywnego humoru mitologii (o ksywkach nie wspominając), tak Aaliyah zajmowała tron niczym Biggie. Pod względem promieniującej charyzmy, wnikliwej sprawności lirycznej i nadludzkiej zdolności przykuwania uwagi swoim głosem górowała ona w dekadzie nad resztą pretendentek do tytułu największej znakomitości na scenie. Tak jak Notorious B.I.G., gdy Aaliyah otwierała usta nietrudno było uwierzyć, że kierowała swój przekaz bezpośrednio w nas, niczym wycelowaną spluwę. W "One In A Million" przekonuje mnie o swojej miłości i zaangażowaniu, wzruszająco doceniając mój wkład w nasz związek (a ja myślałem, że nawet nie wiedziała o moim istnieniu!). Ponadto, jak podkreślaliśmy już przy okazji zestawienia jej najwybitniejszych utworów, "One In A Million" dysponował jednym z najbardziej rewolucyjnych i wysublimowanych podkładów, jakie popełniła swego czasu para Timbaland i Missy Elliott. Nieogarnialny, kanciasty bit maszyny produkcyjnej plus ćwierkanie świerszcza w tle brzmią oryginalnie w dwa tysiące dwunastym – ciarki przechodzą, gdy spróbujemy sobie wyobrazić wagę kompozycji szesnaście lat temu. Jeśli chcemy się jednak przenieść do dziewięćdziesiątego szóstego, trudny o lepszy moment niż teraz. –Patryk Mrozek

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Wywiad z Young Leosią
Ala|ZastaryJutro?