SPECJALNE - Ranking

100 Singli 1990-1999

20 sierpnia 2012

 

 

040Ace Of Base
All That She Wants
[1992, Alex]

Germańscy, skandynawscy i pochodzący z krajów Beneluksu artyści europopowi w latach 90-tych ochoczo sięgali po motywy egzotyczne w swoich piosenkach, które potem królowały podczas lata na naszych bazarach i w smażalniach. Chyba żaden z tych kawałków nie może się równać z najlepszym singlem Ace Of Base. Szwedzi z kibordów wydłubali tutaj rozmaite, tanie, słoneczne tropy – reggae'owy rytm i pseudo-peruwiańskie pseudo-fletnie w stylu "Save A Prayer" Duran Duran. No i ten pierdzący pseudo-saksofon. Ta budżetowa emulacja elementów karaibskich i indiańskich przyczynia się do niepokojącej aury "All That She Wants" – Ace of Base nie byli tak weseli jak rozmaite Aquy i Mr. Presidentowie, przynajmniej nie cały czas. Coś tu cały czas wywołuje dyskomfort – tekst napisany przez osobę, dla której angielski ewidentnie nie był językiem ojczystym (językowe niezręczności to europopowy standard już od lat 70-tych), kontrast między sugerującymi dobrą zabawę zwrotkami a trochę złowrogim refrenem, męskie szepty pojawiające się w tle, "fujary", które mogłyby funkcjonować na ścieżce dźwiękowej filmu grozy, te momenty kiedy głos Linn Berggren wchodzi na niższe rejestry i charakterystyczne, grube "e-e-e". To cholernie dziwna piosenka. Przy tym te wszystkie specyficzne motywiki sprawiają, że numer wżera się w pamięć i nie odchodzi. Serio, nie odejdzie nigdy. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »


039Christina Aguilera
What A Girl Wants
[1999, RCA]

Są co najmniej trzy wersje tej piosenki: albumowa, "smooth mix" oraz radio edit. Dwie pierwsze to w gruncie rzeczy słabe, ewentualnie przeciętne. Za to radio edit, nagrany ponownie w 1999 roku i wykorzystany również w teledysku, to chyba szczytowe osiągnięcie bubblegum-r&b. Na ponowne nagranie naciskała podobno sama Christina, niezadowolona ze zbyt popowego brzmienia pierwszej wersji. I słusznie, bo "What A Girl Wants" wyróżnia się przede wszystkim perkusyjnymi świstami i selektywnym brzmieniem wysokich częstotliwości, podkreślonym wyłącznie w singlowej wersji oraz nieoczekiwaną słodkością refrenu, skontrastowaną ze znacznie bardziej wycofaną zwrotką, jej mistrzowsko przyspieszaną i zawieszaną melodią. Na dodatek pierwsza wersja utworu pozbawiona jest "barokowego mostka", jak określił go kiedyś Borys w recenzji kompilacji jej hitów, a który niewątpliwie odświeża całą kompozycję. Być może najbardziej "likeable" reprezentant gatunku, bo choć najeżony hookami, to jakby kompletnie niecyniczny. –Kamil Babacz

posłuchaj »


038Duran Duran
Ordinary World
[1992, EMI]

Odkontekstowić, przeformatować: tak podpisaną DYSKIETKĘ wsunąłem do napędu tej notki, planując zamach na emocjonalną obosieczność hitu LeBona. Zależało mi na pozostaniu poza zasięgiem oddziaływania jego realnej genezy, przeżyć lidera Duran Duran w tamtym okresie, związanych ze śmiercią bliskiego przyjaciela. Zamiast tego niemal przy każdym przesłuchaniu próbowałem wyekstrahować z "Ordinary World" tylko ekstatyczność, subtelny rozmach, a właściwie ciepłą przestrzenność, przekraczającą kategorie ballady czy hymniczności. Zwał jak zwał, byleby nie wikłać się w trudne sprawy, wyzbyć się każdej drobiny masochistycznych ciągot infekujących odbiór, uzyskać komfort pozbawiony zakłóceń. Zatracenie rodem z euforycznych początków kultury rave, da się zrobić? Chodzi o to, że tyle w tym utworze zachęt do takiej separacji. Wydawałoby się, że da się zaprogramować odsłuch, który będzie generować jedynie czysto pozytywne odczucia.

Próbuję, naświetlam sobie ten, ekhm, kawałek po swojemu, ale i tak zaraz pojawiają się te teksty, że "only war" cośtam i wchodzi rockowy komponent brawurowo wprowadzony przez byłego gitatrzystę Zappy, Warrena Cuccurullo, niebezpiecznie niedaleki od melancholijno-patetycznych pasaży Pink Floyd z bardziej piosenkowych odsłon. I żeby chociaż ten akustyk w dalszych fragmentach brzmiał tak jasno jak na samym wejściu. A tu nawet syntetyczne chórki odwołują się naraz do niebiańskiej new age'owości i braku tchu w wydaniu na smutno. Stop tych przeciwstawności najpierw okazuje się więc fascynująco nie do ruszenia, niczego nie udaje się zepchnąć pod powierzchnię odbioru. Ślady rozpaczy i rezygnacji sinusoidalnie (żeby tylko) wymieniają się z wyrywaniem do czegoś nowego, nieskażonego, i to w zasadzie daje się postrzegać jako uchwycenie w ogóle stałej kondycji każdego, kto ma w sobie cokolwiek do poprawienia albo rozgrzeszenia – więc szach i mat, ultra hedonisto?

Skądże, w odwodzie czeka jeszcze jedna, i to żelazna możliwość wsparcia dla utopijnego doznawania, zwartego w (żeby tylko) konfrontacyjnym uścisku z pogrążaniem się w ciemnej stronie "Ordinary...". Wszystkie motywy, niezależnie od emocjonalnego zabarwienia, wchodzą gładko, jeśli tylko skupić się wyłącznie na biegłości formalnej, na niebywałym ich wygładzeniu, niemającym nic wspólnego z plastikowością. Dzięki realizacji formatu singla idealnego, przystępność zostaje tu wywindowana aż do przezroczystości – można cieszyć się każdym ze znakomitych motywów niezależnie od ich emocjonalnego zabarwienia.

Psychiczna labilność, drążąca w "Ordinary..." niemal każdy dźwięk, przy takim bezdusznie radosnym (lol) podejściu zostaje skutecznie zneutralizowana. Czy ktoś kiedykolwiek powiedział, że motyw faustowski dotyczy tylko twórcy i nie ma racji bytu po drugiej stronie dzieła? LeBon, zgrzeszyłeś nieodpowiedzialnością, tworząc coś, co mając w sobie tyle z elegii, jednocześnie kusi do czerpania z tej formy wyłącznie przyjemności i dzięki artystycznej klasie w realizacji pop/rockowego wzorca pozwala na niezmącone urzeczywistnianie takiej perwersji poprzez wyzbycie się przez odbiorcę dużej części człowieczeństwa i zrobienie z siebie kapsuły wydrążonej na wyłączność dla własnego wewnętrznego słuchacza zafiksowanego na poptymizmie. –Andrzej Ratajczak

posłuchaj »


037Blur
Girls & Boys
[1994, Food/EMI]

Pamiętniki z wakacji wersja UK? Poważny komentarz socjologiczny? Eurodisco? Eurotrash? Duran Duran? Chic? Dialog z The Smiths ("Avoiding all work because there's none available" kontra "I've never had a job because I've never wanted one")? Swoiste odesłanie do albumu i utworu Bryana Ferry "Boys And Girls? Albarn. James. Rowntree. Coxon. Pet Shop Boys. Najlepsza taneczna piosenka lat 90-tych. Choć, oczywiście, nie według wszystkich. –Tomasz Waśko

posłuchaj »


036R. Kelly
Your Body's Callin'
[1993, Jive]

Pieśń ta otwiera debiut Kelsa 12 Play i w trakcie przygotowań do podsumowania w naszym redakcyjnym gronie padły nawet na jej temat następujące słowa – "przezajebioza, chociaż dla mnie całe 12 Play jest magiczne". No więc ustalmy, że ja też lubię 12 Play, aczkolwiek pamiętajmy o zachowaniu odpowiednich proporcji. 12 Play to... świetna płyta. Natomiast "Your Body's Callin'" to najprawdziwszy ARCHETYP. W pierwszym kawałku ze swojego pierwszego albumu koleś nie tylko zdefiniował kim będzie do końca kariery, lecz także właściwie ustawił poprzeczkę dla balladowych erotyków w obrębie miejskiego r&b, której do dziś nikt nie strącił, mimo że wielu (włącznie z nim samym) się na ten skok porywało, niejednokroć zresztą wytwarzając przy okazji masę wybornej "muzy". Ale dla "Your Body's Callin'" postulowałbym optykę zamkniętego w szklanych ramkach, nietykalnego arcydzieła gatunku, a nie jakichśtam pomyślnych prób. Bądźmy poważni. Słuchanie "Your Body's Callin'" przypomina mi raczej konfrontację z "Dawidem" Michała Anioła. Stoisz z przodu – wprost genialne. Podejdziesz od prawej – też perfekcja. Zajdziesz od tyłu – nadal doskonałe. Obejdziesz od lewej – to wciąż jest ten sam ideał. Nieskończenie zapętlony, opływowy podkład ukształtowano trochę niczym soniczny odlew "apollińskiej" rzeźby. Raz zastygający, to znów przebudzony bas, cierpliwie ostrożne akordy piana oraz ponętne, zachęcające podjazdy – gitki w lewym i cichutkiego syntezatora w prawym kanale. Te elementy żyją obok siebie w idealnej symbiozie, czerpią energię ze wzajemności oraz promieni ledwo wykrywalnego klawiszowego "stojana" na drugim planie. W tym anturażu artysta-śpiewak dozuje emocje ze starannością i maestrią półboga. I nic się w tej kompozycji nie rusza ani o milimetr, bo jest... zbyt skończona. Mamy ten oto rzadki przypadek, kiedy muzyka nie musi już niczego udowadniać, nie pragnie ewoluować, nie chce podążać w żadnym kierunku. Statyczna, pozbawiona zarysowanego refrenu, błoga. Chwila jest nabrzmiała, jeszcze gorąca i namiętna. I tak sobie trwa. I potężnieje. Tylko cztery i pół minuty. Aż wieczność. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


035Everything But The Girl
Missing
[1994, Blanco Y Negro]

Nie ma to jak przejść do popu z grania jazzującego. Albo z grania ciężkiego (The Notwist). Background i perspektywy wymarzone. Ale w samej historii dochodzenia do hitowej transformacji Everything But The Girl brakuje przebojowości. Duet Tracey Thorn i Bena Watt w pierwszej dekadzie funkcjonowania systematycznie wyrabiał sobie solidną markę w działce zaprawionego jazzem sophisti. Zestawiani z Matt Bianco i Sade, zachowując względnie jednorodny, nieinwazyjny styl zdążyli dojść do mniej więcej połowy całej swojej obecnej dyskografii, zanim przydarzył im się zjawiskowy miks od Todda Terry'ego. Na kilka lat przed punktową eksplozją popularności zaczęli nawet objawiać wejście w fazę schyłkową, coraz częściej rozdrabniając się na covery i kontrybucje. W tym samym czasie u Watta wykryto ciężką chorobę związaną z autoagresją. Ale już za zakrętem czekał impuls do przejścia w nową jakość. W "Missing" w wersji Terry'ego bardziej chodzi o wyrazistość w dookreśleniu wizji, niż o kunszt elementów dodanych. Mocno zanurzona w balladowej kameralistyce z klubów jazzowych, już w oryginalnym nagraniu piosenka gładko płynie na bicie, tyle że przed zabiegami Terry'ego był on trochę mniej wyeksponowany. Lekkie przesunięcia akcentów, dodatkowe maźnięcie pędzlem tu i tam, i stała się światłość. Patrząc detalicznie, zasługi wypada przyznać obu stronom raczej po równi, chociaż ogólnie to jednak para zdolnych rzemieślników zawitała ze swoim najlepszym osiągnięciem w progach pracowni mistrza. –Andrzej Ratajczak

posłuchaj »


034Basement Jaxx
Red Alert
[1999, XL]

Opowiadanie o ''Red Alert'' to miejski ersatz strasznych historii z latarką i namiotem, przepuszczony przez filtr profetyczności. Otóż po kilku latach znajomości wśród umiarkowanej liczby sympatyków, dwóch Anglików wjechało na listy w sposób tak pewny siebie, jakby wrócili z przyszłości, by przygotować świat na ich wieloletnią paradę po listach przebojów. Chóralne ''yo-yo-yo'' otworzyło worek z singlami ukochanymi przez wszystkich (każdy z następnych piętnastu singli wjechał do pierwszej 50-ki na brytyjskiej liście; nie udało się to dopiero kawałkowi z Robyn, co mnie nie dziwi, bo nie lubię Robyn). Nie to, że Basement Jaxx wymyślili muzykę taneczną, ale to oni nadali jej lekkość, tak orzeźwiającą dla odbiorców dotychczasowych dyskotekowych technohymnów. Dołożyli żywe instrumenty, brudne basy i zjednali sobie zwolenników żywych instrumentów i brudnych basów. Dohumanizowali parkiet odpowiednią dozą seksu. I, wreszcie, dorzucili tekst tak dekadencki, że gdybym znał ich w 1999 roku, ujebałbym się przy nich ostatniego dnia grudnia, czekając na paraliż związany z Y2K. A ja jedynie wyrzuciłem okulary z balkonu. Nadrobiłem siedem lat później na Babich Dołach, i choć świat się nie skończył, był to jeden z pięciu koncertów, na których tańczyłem najbardziej wytrwale. A raczej nie tańczę. A taneczna muzyka jest do kitu. –Filip Kekusz

posłuchaj »


033Mariah Carey feat. Jay-Z
Heartbreaker
[1999, Columbia]

Jasne, mogę pisać, że chodzi o głos Mariah, o bezkresny repertuar ozdobników i zaśpiewów jakim w "Heartbreakerze" nas uraczyła. Słowa lawirują i muskają tu zmysły tak skutecznie, że realne odprężenie przychodzi samoistnie. Sam kawałek też jest mocny, robotę robi tu skradziony bit z "Attack Of The Name Game" niejakiej Stacy Lattisaw, ale kto to słyszał i kto by się tym jarał gdyby pewnego dnia nie wzięli go na warsztat Jay-Z i ludzie Carey? Wracając jednak do sedna, legendy singlowe to często także klipy i w równym stopniu jak wspomniane wcześniej walory, to kombinacja skromnych, luźnych dżinow z różowym top na nieskromnej, rozbounce'owanej figurze Mariah tworzy tu mieszankę nie do przeoczenia. –Jacek Kinowski

posłuchaj »


032ABC
Love Conquers All
[1991, EMI]

Abracadabra to wbrew obiegowym doniesieniom naprawdę nie był zły album, bo był zbyt mocno inspirowany Behaviour, żeby takim być. Jednak jedynie na "Love Conquers All", pierwszym singlu z albumu, słychać, że Martin Fry i Mark White obejrzeli się, bardzo słusznie zresztą, na bieżące perełki fonografii brytyjskiej, która właśnie obrodziła w taki "pojebany" gospel, jak fragmenty White Room KLF ("The Church Of KLF") czy singiel "Come Together" Primal Scream, konstruktywnie przenosząc te świeże doświadczenia na grunt pierwszego tanecznego popu lat 80-tych. Tak, "Love Conquers All" był kolejnym popisem absolutnie niezrównanej, przebojowej melodyjności ABC, którą nałożono na szkielet, powstały na bazie kinetycznej, chicagowskiej repetycji, a syntezatorowym serpentynom i czarnym chórkom pozwolono gdzieniegdzie przy tym błądzić. No i imponująca w sumie selektywna produkcja, która to właśnie sprawia, że właściwie kawałek nie wymaga długiego leadu...

Po tym jak już się beznadziejnie zatracicie w melodii, czas na pobudkę przy tych bezcennych momentach, gdy Martin Fry wycisza swoją zalotną ekspresyjność, serwując kojącym jak kakao w schronisku na Śnieżce głosem, niesamowicie mocny środek uspokajający (zresztą, nie wierzę w jego wokal, no błagam, na przykład od 02:40 spragniony Fry wyskoczył na cup of tea, a z sąsiedniej sceny zawołano Neila Tennanta), pozwalający na chwilę odpocząć ze świadomością, że życie jest w gruncie rzeczy naprawdę bardzo proste. "Love Conquers All". Świat zawsze będzie istniał i status-quo na nim zostanie zachowane, dopóki znajdą się ludzie, którym będzie się wierzyć, gdy będą klepać tak piękne frazesy i Martinowi Fry'owi ufam, tak jak Tennantowi w "Being Boring"– zupełnie jak dziecko. –Iwona Czekirda

posłuchaj »


031Jay-Z
Hard Knock Life (Ghetto Anthem)
[1998, Roc-A-Fella]

Jigga samplujący z Annie? To nie rok 2012, ale 1998 i takie numery nie przechodziły płazem, nawet w amerykańskim rapie po Biggiem i Tupacu. 45 King (może w końcu STĄD docenimy również "Stana" Eminema, za który między innymi odpowiada ten typ?) spisał się jednak na medal, kontrastując słodko-dickensowski refren z klasycznie najntisowym, minimalistycznym bitem, uwalniając Jaya od zarzutów o komercyjną trawestację ulicznego brzemienia. Te Hova dźwiga na swój, niemal całkowicie egocentryczny sposób, nawijając o własnej zajebistości i rapowym posłannictwie. "I don't know how to sleep, I gotta eat, stay on my toes / Gotta a lot of beef, so logically, I prey on my foes / Hustling's still inside of me, and as far as progress / You'd be hard pressed to find another rapper as hot as me". Każdy wers jest koronacją, ale w całości okazuje się, że wcale nie chodzi o dziwki i fury, ale o cierpienia młodego rapera. Takie postawienie sprawy wymusza eklektyzm – nie w postaci ulicznego żaru "Crazy In Love", ale pocztówki od ostatniego króla Brooklynu. Wszyscy potrzebują bohaterów, niekoniecznie pochłoniętych swoimi mrocznymi, pokręconymi fantazjami. –Jakub Wencel

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019