SPECJALNE - Ranking

100 Singli 1990-1999

20 sierpnia 2012

 

 

050Verve
A Man Called Sun
[1992, Hut]

Gdzie ryzyko, tam i wybawienie – zazwyczaj kawałki o ćpaniu i do ćpania to jakieś żałosne szklane paciorki, zwłaszcza gdy zaledwie dwudziestoletni chłopcy nagrywają pochwałę kwasowego mistycyzmu. Teoretycznie ta piosenka powinna irytować dosłownością, przerysowaniem, popadnięciem w kliszę. A jednak kilka prostych patentów (wysokie tony McCabe'a, snujący się wokal, miotełki i pomnikowy bas) sprawiają, że przypomina się Reynolds cytowany w Odmiennym stanie świadomości, mówiący, że nigdy nie będzie takiego ćpania jak wtedy, w Wielkiej Brytanii. Jeden z niewielu kawałków Verve, który tłumaczyłby decyzję Kate Radley, to co prawda nie jest jeszcze delirium na skutek ciężkiego przegrzania, jak w przypadku "I'm gonna die alone in bed!" kilka lat później, ale już tu mantryczne studium narkotycznego odlotu niepokoi i przestrasza. Zanim przyszły świadectwa rozkładu, zespół wspiął się na szczyt estetyki shoegazującego psych-rocka, której najlepszym przykładem jest epka, z której pochodzi ten kawałek. Sam Ashcroft z właściwym sobie urokiem do dziś podkreśla, że to jedna z najlepszych piosenek jakie kiedykolwiek napisano. I choć "A Man Called Sun" nie stawia jednoznacznej odpowiedzi, czy Bóg po LSD zobaczyłby człowieka, to wyjątkowo z Ashcroftem się zgadzam, a kawałek, któremu nazwę zawdzięcza taki wcale wybitny zespół jak Mansun, wciąż pozostaje bodaj najlepszym utworem mojego ulubionego zespołu. "Eyes wide, minds wider". –Łukasz Łachecki

posłuchaj »


049Depeche Mode
Enjoy The Silence
[1990, Mute]







Każda dekada ma takiego małego księcia, na jakiego zasługuje... –Tomasz Waśko

posłuchaj »


048Prince
Diamonds And Pearls
[1991, Paisley Park/Warner Bros.]

Diamenty są najlepszymi przyjaciółmi dziewcząt. Tak wprawny gracz jak Prince musiał o tym wiedzieć, gdy z wyrachowaniem godnym mistrza (i buńczuczną fantazją – wszak swą ofertę nie do odrzucenia kierował również do chłopców) proponował je w pakiecie z perłami w zamian za bezgraniczne oddanie. Co za typ! Niby delikatny, słodziutki chłopczyk, a dusza lisa albo innego wilka. Miłość, miłość, miłość, prosto w serce, prosto w jaja, mydlenie oczu na całego, a gdyby nie zadziałało, no to proszę: zawsze możecie liczyć na drobne upominki. Oj, nie z nami te sponsorskie zagrywki, my się tu szanujemy! Chociaż, chwilkę... Coś musi być w tej zwiewnej melodii, skoro oczarowała już tyle osób. A w pikantnej gitarze zapewne tkwi jakaś obietnica. Prince przecież niezwykle rzadko zawodził, tym razem też powinno być fajnie. A niech mnie kule biją, chyba znowu mnie kupił... –Krzysztof Michalak

posłuchaj »


047Smashing Pumpkins
1979
[1995, Virgin]

"It's seems what everybody in this car needs is some good ol' worthwhile visceral experience" (Mike Newhouse, Dazed & Confused)

Gdy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że był czas, gdy przeżywałem więcej dużo mniejszym kosztem. Fundamentalna waga i głębia doświadczeń obecnie niemal nieosiągalna potrzebowała kiedyś jedynie błahego impulsu, najczęściej alkoholu, ale przecież nie tylko. Totalne nieogarnięcie było chyba w cenie, całkiem inaczej niż dzisiaj, a w moim otoczeniu roiło się od rebeliantów noszących swoje ideologie na koszulkach, niczym równanie wszechświata. Sam zresztą byłem pewnie jednym z tych sloganów, lecz nie bardzo jeszcze umiałem wtedy rozpoznać w lustrze samego siebie, więc właściwie tego nie pamiętam. Można było na przykład usiąść tuż za salą gimnastyczną, by prowadzić najważniejsze z rozmów, czekając na koniec zajęć z chemii. Każdy miał swój "1979", miał jakiś hymn i coś do powiedzenia. "Jeremy", "Creep" czy "Teenage Whore", a później nawet Placebo. Słuchało się Sodom i Anthrax. Chciałbym wiedzieć o tych czasach więcej, ale podobnie jak Billy Corgan w końcu ulegnę presji plastra obrazów na tyle ogólnego by wyjaśnić wszystko. To jest jedna z tych piosenek, które poruszają się właśnie w przestrzeni tak szerokiej, że trącają strunę uniwersalności. Wszystkie brat packs świata nucą jej melodię z nadzieją, że właśnie mija wstęp i wygłodniali wkraczają w świat na który naczekali się dostatecznie długo. To z kolei powód mojej nostalgii za tą piosenką i za okresem, w którym jeszcze nie przeczuwałem, że to co później "I used to able to pass off as a bad summer could now potentially turn into a bad life". –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »


046Shanice
I Love Your Smile
[1991, Motown]

W 1991 roku Shanice miała wszystko. Jako nastolatka nagrywała dla Motown. Popatrzcie tylko kto brał udział w sesji "I Love Your Smile" – Branford Marsalis zagrał na saksofonie, twórca hitów Narada Michael Walden współkomponował i wyprodukował, Janet Jackson ŚMIEJE SIĘ w końcówce piosenki. Kariera wokalistki nie rozkwitła jakoś oszałamiająco, ale ta jedna piosenka, to jedno "turutututururu" jest nieśmiertelne. Ten słodki refren ma chyba jedną z najbardziej naturalnie chwytliwych melodii wszech czasów. Singiel Shanice to jedna z tych piosenek, które wszyscy znają z radia i nie mają pojęcia kto jest jej wykonawcą. Trudno mi sobie w ogóle wyobrazić, że świat istniał bez tego "turutututururu". Jest też "I Love Your Smile" ideałem takiej pozytywnej, ciepłej, popołudniowej i zaśpiewanej przez kobietę piosenki r&b, z którym się przez całą dekadę próbowano mierzyć (nawet Kasia Kowalska próbowała w "Czymś Optymistycznym"). Mało komu dane było wymyślić taki motyw przewodni. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »


045Masters At Work feat. India
To Be In Love
[1999, Lube]

Nigdy nie będzie takiego lata, nigdy nie będzie takiego lata i nigdy policja nie będzie taka uprzejma (check klip). I pomyśleć, że wszystkiemu winne jest jedno małe ''To Be In Love''. Życie bez niego byłoby łatwiejsze, a oczekiwania wobec wakacji mieszczące się w granicach zdrowego rozsądku. Jednakże owa znajomość ma również swoje jasne strony, bo gdybym musiał wskazać utwór, który ukształtował mój obecny gust, to pewnie bez dłuższego zawahania wybrałbym właśnie ten numer. Każdy element tego house'owego szlagiera trafia w mój czuły punkt. Począwszy od ciepłych powiewów syntezatora, przez gigantyczny, pełen werwy wokal, kupidyńskie zakusy chórków, oszczędne vocoderowe zdobienia, zakończywszy na oszałamiającej, miodowej linii basu. Co więcej, to chyba tu narodził się także mit drinków z palemką. Mit przez który zawsze za nic lądujemy na komendzie. –Wojciech Sawicki

posłuchaj »


044Eminem
My Name Is
[1999, Aftermath/Interscope]

Dawno temu już napisano, za co można lubić Eminema oraz dlaczego ten konkretny kawałek jest fajny, a teraz ja pocę się nad blurbem, który i tak zostanie skomentowany na fejsie, że niezły lol – najpierw Spajsetki, a teraz Eminem, czysta schizofrenia (to wariant optymistyczny – prawdopodobnie ktoś po prostu wstawi "Bamboleo", "Blue" albo innego Captaina Jacka, zupełnie nie kumając, że nijak się mają do tego, o czym tu piszemy). Tak więc przerąbane, co ja robię tuuuu i zawsze miałem w życiu taki problem, że ktoś bardziej ekstrawertyczny w towarzystwie powiedział wszystko na zadany temat, zanim moje zalane flegmą synapsy zdążyły minimalnie poruszyć szczęką, co i tak nigdy nie wpłynęło znacząco na moje życie, bo większość ludzi to idioci, którzy w dupie mają, co bardziej ogarnięci im mówią. Problem tym niemniej jest poważny i często trzeba się nagłowić, jak z niego wybrnąć, bo inaczej można na przykład nie zaruchać w żadnym odcinku. Dobra, więc co konkretnie można dzisiaj zrobić? No, pierwszy akapit poświęciłem w większości sobie i pierdoleniu o Szopenie, a w drugim skupię się na Dre i moje będzie choć trochę na wierzchu.

Zatem: Dre to buc, człowiek, który jedyne przejawy fajności zanotował w głębokim dzieciństwie, bo u dzieciaka takie zachowanie uchodzi za zabawne i rozczulające. Zarazem facet jest (a może tylko chwilowo był) geniuszem, który potrafił z totalnego obskura wyciągnąć niesamowicie porywającą pętlę. Nie to, żeby dodawał do niej coś szczególnego od siebie – on po prostu miał nosa i jeśli takiego Dillę nazywa się żonglerem, to Doktorowi należy się ksywa "Grzybiarz". Posłuchajcie tylko tego angielskiego Murzyna – sampel aż się prosi o rezanie i pewnie teraz myślicie sobie: "Jeśli tylko znałbym to w '98, sam zrobiłbym Emowi ten podkład za blatem chujowego komputera atariego i teraz woziłbym się w rankingu Porcys". Fail – Dre był pierwszy, to on odkrył i zagospodarował ten hook na użytek popowego (tak, tak!) hitu. Całe Slim Shady LP obfituje w podobne, dżinglowe melodyjki, bo bracia Bassowie też nie ułomki, ale właśnie Andrzej znalazł najdorodniejszego prawdziwka, a następnie wysmażył z niego aromatyczny sos, w którym błazeńsko wkurwiony Eminem tapla się po dziś dzień na playlistach rozmaitych stacji radiowych. Nice job, Nigga, może nawet trochę Cię lubię. –Krzysztof Michalak

posłuchaj »


043Positive K
I Got A Man
[1992, Island]

Mam faceta. Masz co?? Od jak dawna masz ten problem? Hip-hopowa dumka na dwa serca i arabska nahalność w jednym. Sporo było zespołów-małżeństw, sporo było piosenek-rozmów. Positive K ma zresztą wyraźną słabość do tego formatu (choćby wcześniejsze "I'm Not Havin It" jako rozgrzewka). Ale nie znam drugiego kawałka, w którym męski i kobiecy wokal łobuzersko przekomarzają się i wcinają się sobie w zdania. I to spacerując sobie po ulicach Harlemu w funkowych wdziankach, albo siedząc w stylowych gajerkach przy stoliku przydrożnego baru. Tłem dla muzycznego flirtu są sample złożone z materiału A Taste Of Honey, Take 6, Crash Crew i Junior – mieszanka disco, rapu i a'capella. Jaka w tym jest dynamika! Wystarczająca przynajmniej, żeby na nonszalancko prostym podkładzie stworzyć prawdziwy letni przebój i dać poczucie, że przydomek Positive jest nieprzypadkowy. –Monika Riegel

PS: A tak naprawdę głos kobiecy to tylko Positive K odpowiednio przetworzony w studio. A tak polubiłam ten głos! Czuję się, jakby właśnie ktoś mi powiedział, że Święty Mikołaj nie istnieje.

posłuchaj »


042TLC
Waterfalls
[1994, LaFace]

Depresyjne teksty zniknęły w ostatnich kilkunastu latach z list przebojów, a "Waterfalls" z 1994 roku to w warstwie lirycznej żadne rurki z kremem, tylko narkotyki, HIV, więzienie. Jednocześnie jest to hit z kategorii "uszczęśliwiłby gimnazjalistę i panią profesor", swatający reggae i Paula McCartneya z pre-timbalandowym czkającym bitem i zrelaksowanymi, zmysłowymi wokalami. TLC miały w swojej karierze utwory bardziej wyrafinowane kompozycyjnie i produkcyjnie, ale jeśli chodzi o oddziaływanie na najbardziej bezpośrednim poziomie, niewiele singli tamtej dekady może się równać z "Waterfalls". Po latach kawałek pozostaje żelaznym punktem playlist centrów handlowych, pizzerii oraz nadmorskich smażalni, ale jakimś cudem nie jest jeszcze wyeksploatowany na śmierć. –Piotr Kowalczyk

posłuchaj »


041Chris Isaak
Wicked Game
[1990, Warner Bros.]

Mimo że kawałek jako singiel ukazał się po raz pierwszy w 1989 roku, jego przynależność do horyzontu lat 90-tych jest bezdyskusyjna. Nie dlatego zresztą, że winniśmy kojarzyć te lata z wieśniackimi slajdami czy chrypiącymi rockerami, którzy uprawiają seks na plaży. Nie mam jednak pretensji do ludzi, dla których ten utwór wydaje się świetnym soundtrackiem do ruchania czy nieznośnym koszmarem – ale to również nie przypadek, że ta piosenka stała się tym, czym jest, przez swoją "rolę" w jednym z najlepszych filmów świata, za jaki uważam Dzikość serca. Dekonstrukcja pewnych mitów jest tu poprowadzona wzorcowo – ciężko nie wzruszyć się przy "intymnych" wersjach tego perwersyjnego pastiszu. A jednocześnie jest to wspaniale zaaranżowane, fascynujące byrdsowe dziwadło, które powinno być świetnym materiałem poglądowym dla tych, którzy w obecnej fascynacji erą vhsów zapominają się w rozlewnym sentymentalizmie. –Łukasz Łachecki

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Wywiad z Young Leosią
Ala|ZastaryJutro?