SPECJALNE - Ranking

100 Singli 1990-1999

20 sierpnia 2012

 

 

060Sinead O'Connor
Nothing Compares 2 U
[1990, Chrysalis]

Frapujące są losy tej piosenki. Mało znany, w dodatku ponoć bardzo osobisty utwór Prince'a z połowy lat 80-tych, nagrany pod szyldem The Family, wypływa pięć lat później jako cover i z miejsca staje się superhitem MTV. I dobrze zresztą, bo to pewnie jeden z najszlachetniejszych, najbardziej dostojnych powolnych songów dekady, a w pomnikowym wykonaniu białej jak płótno potomkini Celtów nabiera dodatkowego wiatru w żagle i takiego wyrazu, jakiego nie nadał mu sam Mistrz – jest chłodny, głęboko jesienny, a zarazem na swój sposób rozedrgany, poruszający. Co tu gadać, obraz mówi sam za siebie: Sinead tak targnęły emocje, że nawet uroniła dwie łezki w teledysku. A z Princem w sumie mało kto ten kawałek kojarzył, chociaż w dużym stopniu jemu należą się honory. Spokojnie, czuję, że nie jest to jego ostatnie słowo w tym rankingu. –Michał Zagroba

posłuchaj »


059Tasmin Archer
Sleeping Satellite
[1992, Virgin]

Niby jeden z highlightów adult-contempo w latach 90-tych, ale jak dla mnie głosem Tasmin Archer przemawia dużo więcej rozterek towarzyszących okresowi wczesnej młodości niż głębokiej dorosłości. Najpewniej jestem zbyt młoda, żeby spontanicznie utożsamiać muzykę początku lat 90-tych z ikonografią tego okresu, stąd słuchając "Sleeping Satellite" widzę nieco późniejsze obrazy, jak wdrapującą się po drabince do wiecznie otwartego okna Dawsona, beznadziejnie zakochaną Joey czy też zasępioną, śliczną buzię 13-letniej Natalie Portman ("Have we lost what it takes to advance? / Have we peaked too soon? / If the world is so green then why does it scream under a blue moon"? w scenie końcowej Pięknych Dziewczyn.

Technicznie "Sleeping Satellite" jest rozpoczynającym się od szykownej kaskady, eleganckim blendem akustyczności z syntetycznością, rozładowującym pompatycznośc kawałka na mostku zbudowanym z psychodelicznych klawiszowych wariacji. Łatwo bez pudła wytypować nazwiska osób, z którymi również współpracowali producenci piosenki, zwłaszcza: Joni Mitchell i Eltona Johna. O ile zupełnie nie rusza mnie "Crazy" Seala, to "Sleeping Satellite" uważam za idealną pop-soulowa balladę, która jest w stanie wzruszyć bez względu na okoliczności korzystania z radia, z którego właśnie leci ta piosenka. Najczęściej zagubione emocje znajduję w pracy, dzięki uprzejmości nieocenionej stacji RMF FM, pomiędzy wiecznym kopiuj/wklej a kolejnym atakiem "wspominatozy" źle starzejącego się kolegi z karykaturalnym brzuszkiem, który znowu opowiada o piciu i podbojach miłosnych w czasach studiów, a koleżanka o tarcie z borówkami.

Natomiast jeżeli widzieliście klip Stinga do "I Am So Happy I Can't Stop Crying" to wiecie, ze czasami warto spuścić zasłonę milczenia na kosmiczne (w przypadku "Sleeping Satellite" mamy do czynienia z mało szczęśliwym fetyszem neo-romantyzmu) obrazy do piosenek z lat 90-tych. –Iwona Czekirda

posłuchaj »


058MJ Cole
Sincere
[1998, Metrix]

Widać jeszcze całkiem niedawno świat był w stanie wykrzesać z siebie tyle entuzjazmu i świeżego spojrzenia na sprawy, żeby wymyślać nowe gatunki muzyczne właściwie od podstaw. Gatunki, o których słyszał nawet ktoś tam spoza kręgu czytelników blogosfery, i które nie kończyły swojego chwiejnego żywota po kilku miesiącach nierównej walki z kolejną sensacyjką, a nawet takie – tu ostrożnie, szokująca informacja – które roztaczają nad nami swoje wpływy aż do dziś, kilkanaście lat po tym, jak wzięły się z powietrza. Chodzą słuchy, as in "pisze na Wikipedii", że kiedy MJ Cole pisał "Sincere", równocześnie pisał także manifest UK garage, jednego z TYCH gatunków. I to pewnie starczyłoby za dobry powód do przyklaśnięcia i wpisania na wszystkie listy świata, tak za zasługi. Ale na marginesie warto jednak napomknąć o tym, jak ten kawałek swobodnie unosi się ponad podziałami, jak przy całym swoim definiującym statusie przewrotnie pozostaje uniwersalny i, tfu, ponadczasowy, będąc na właściwym miejscu zarówno w najlepszym czasie antenowym BBC One, jak i w nocnym programie undergroundowych stacji pirackich, rozbrajając lekkością i błyskotliwością wątków z jazzującym klawiszem i basem na czele. Jeśli więc w "Pytaniu na śniadanie" tłumaczy się pani sprzed telewizora, że jak chce wyprodukować dupstep, musi zapodać biciorem, przyłożyć basem i gotowe, to "Sincere" powinno podpowiadać wszystkim zagubionym producentom, co należy zrobić z gatunkowością w muzyce. Wziąć ją w nawias. –Luiza Bielińska

posłuchaj »


057Clipse
Got Caught Dealin' Pt. 2 (We Get Money)
[1998, Elektra]

Bardziej klamra zamykająca dekadę niż jej reprezentacja, Clipse i Neptunes jednak znaleźli się w naszym zestawieniu. Kojarzeni raczej z początkiem następnej dekady, panowie dawali rady praktycznie od szkoły średniej, gdzie wyczaił ich wspominany już tutaj (przy okazji Blackstreet) Teddy Riley. Swój sound polerowali od paru już lat, by przy okazji tej perełki dla swoich, jak się okazało, długoletnich raperów, stworzyć podwaliny pod znany dziś model, łączący kojarzoną z Pharrellem perkusyjno-akustyczną gibkość i mroczne akordy Chada. Będąc wschodzącą gwiazdą gangsterki, mogli nasi Clipsi otrzymać na wokalnym zapleczu wsparcie od Tammy Lucas, która robi tu miękkie lądowanie dla typowej nawijki o hajsie z dragów, z jakiej znamy Puszatego i Malice'a. Jeśli do tego dodać charakterystyczny, neptunesowski luz, dostaniemy rzecz wybitną, antycypującą rozkwit estetyki "gibkiego gangsta", której pionierami byli oni sami wraz z Timbem – drogi ucieczki od klasycznej opozycji z koksem i strzelbami po jednej, a 3 Feet High po drugiej stronie. Zamarkujcie ten moment, bo to od "We Get Money" zaczęły się czasy zacierania różnic pomiędzy konceptem "bitu dla Kelis", a "bitu dla Clipse". –Mateusz Jędras

posłuchaj »


056Souls Of Mischief
93 'Til Infinity
[1993, Jive/BMG]

W moim przypadku nie ma liniowej zależności między częstotliwością słuchania danej płyty, a oceną na jaką zasługuje. Ta prawidłowość szczególnie mocno uwidacznia się przy albumach z rapem, bo tak jak nieodmiennie uwielbiam słuchać trajkotów na bicie, to nie zawsze mam przekonanie co do wartości konkretnych nagrań. Zawsze miałem z tym problem i wystawiając niską notę krążkowi za którym przepadam czułem się jakbym właśnie karał się smyczą kablem, a tego nie pragnę. Jakaż to rozkosz gdy trafia się pieśń hip hopowa której słuchając ma się to szczególe uczucie obcowania z czymś większym, z absolutem. Sprawa z "93 'Til Infinity" jest naprawdę poważna. To nie jest jakaś tam sobie zajebista piosenka, tylko osobny byt. Jak to kiedyś zostało powiedziane w pewnym skicie Mogwaia – "If the stars had a sound, it would sound like this". Zgoda, że patos, ale taki opis akurat pasuje do wychilowanego opus magnum Souls of Mischief. Wieczna chwała. –Jacek Kinowski

posłuchaj »


055Ace Of Base
The Sign
[1993, Arista]

Rok 1993 przewietrzył cały glob rześkim skandynawskim powietrzem, a wraz z nim piosenkami płynącymi prosto z serc. To, za co bezgranicznie wielbiło się trójkę rodzeństwa i, nie zapomnijmy, ich kolegę – Ulfa, to to, że potrafili stawiać sprawy takimi, jakimi są. Złota formuła "nuty bez zbędnych ceregieli" sprawiła, że każdy z utworów na Happy Nation skazywał się na hit. Nie inaczej jest więc z wysforowanym przed peleton na liście przebojów "The Sign". Pierwsze takty to nic innego jak ekwiwalent słów: "tak, my wiemy jak ten świat jest urządzony!", a szemrana melodyjka, pociągnięta tuż za nimi (akurat moment, by zmrużyć oczy i popatrzeć w dal), to już formal. Zapas animuszu nagrabił się bowiem człowiekowi nie wiadomo kiedy, na zasadzie czapki z daszkiem ubranej tył-na-przód. Po takim rozpędzie jest już tylko z górki. Czas mija niechybnie w otoczeniu miękkich dźwięków, w niebiańsko-słodkiej atmosferze, obracając w perzynę wszystkie nasze problemy, których przecież nigdy nie było. Przekaz cudownej czwórki działa jak bezinteresowna misja krzewienia wiary i dobra wśród narodów. Z każdą nutką, z każdym "I saw the sign" pogorzelisko codzienności stopniowo przemienia się w krajobraz z tęczą. W którego centrum – my. Z nowym planem na życie. Już od jutra. –Magda Janicka

posłuchaj »


054Tina Moore
Never Gonna Let You Go
[1995, Scotti Bros.]

Myśląc o R&B lat dziewięćdziesiątych wypada wspomnieć Janet Jackson, Mariah Carey, TLC. Tina Moore? Kto to w ogóle jest, jedno zdanie na Wikipedii. Może i nagrała zaledwie cztery znośne single, spośród których tylko jeden zapada w pamięć, ale za to jak piekielnie dobry! "Never Gonna Let You Go" to prezent od Tiny na klubowe niedziele. Na sprężystym bicie odbijają się mydlane dźwięki. Już w trakcie pierwszych trzydziestu sekund wiadomo, co się święci – ciemny wokal i minimalistyczne wstawki klawiszy uruchamiają detektor niebylejakości. Wokalne popisy zwrotek i mostki zanurzone w chórkach tylko potęgują poczucie odprężenia. Deszczowy poranek, kiedy zamiast rowerem trzeba jechać metrem, nie jest taki zły. –Monika Riegel

posłuchaj »


053Paradisio
Bailando
[1996, Arcade Music Company]

Przez 16 lat ignorowałem ten kawałek. Wcale nie dlatego, że nosiłem glany i arafatkę, więc gorąca Hiszpanka w różowej peruce musiała mi sprawiać kłopot niczym Britney Spears Tofikowi. Nigdy nie byłem fanem ciężkiego obuwia, zresztą nawet wtedy, gdy usiłowałem być trochę "oryginalny", nie przyszłoby mi do głowy, żeby w domowym zaciszu poczuć się nieco "guilty" przy dźwiękach "Bailando". Aqua – owszem, "Coco Jamboo" – pewnie, Haddaway – spoko, nawet kasety Dra Albana nie wyrzuciłem, ale "Bailando" miałem zakodowane jako pozbawione kluczowego elementu: przyjemności, a zatem nieużyteczne. Być może to dlatego, że z racji wieku lepiej kojarzyłem wersję w wykonaniu Loony, a to faktycznie nieciekawa łupanka, zupełnie odarta z uroku oryginału.

Nieźle się zatem zdziwiłem, gdy podczas przygotowań do tego feature'a trafiłem na nagranie Paradisio. Okazało się, że "Bailando", ten synonim bezczelnego dance'u lat dziewięćdziesiątych, jest w gruncie rzeczy niemal idealną konfiguracją cech i atrybutów, których intuicyjnie poszukuję w muzyce popularnej: zmysłowej seksualności, figlarnego wygłupu, niewinnego eskapizmu, porywającego groove'u i kuszącego hooku. Dzięki temu odkryciu nieco inaczej spojrzałem na swoje dzieciństwo i lata zapomnienia, w wyobraźni oddając się wszystkim tym całonocnym imprezom, które przegapiłem. Teraz jestem lepszym człowiekiem, a kawałek musiał wylądować w moim topie. No, chyba że chcielibyście mi powiedzieć, że jest pozbawiony istotnych znaczeń kulturowych... –Krzysztof Michalak

posłuchaj »


052Alanis Morissette
Thank U
[1998, Maverick]

Trzy lata po swoim albumowym tour de force Alanis rozpoczęła trwający do dziś proces powolnego znikania wszystkim z radarów, ale zanim do końca się to spełniło, Kanadyjka zdążyła zostawić po sobie wyborny, ponadczasowy singiel, który idealnie odzwierciedlił jej ówczesne dążenia do nagrania "czegoś ambitniejszego". Co do Jagged Little Pill, to sprawa jest jasna – to jeden z najwybitniejszych zestawów dziewuszego alt-popu tamtej dekady, dlatego w sumie nic dziwnego, że Morissette w kolejnych latach postanowiła poszukać czegoś na paru innych półkach. Wciąż jednak uważam, że mamy tu do czynienia z małym cudem, bo całe przedsięwzięcie zatytułowane "Thank U" w teorii po prostu nie miało prawa się udać, na pewno nie do do tego stopnia. Ten utwór unika problemu, jaki wiele podobnie natchnionych piosenek miewało w przeszłości, głównie za sprawą jednego czynnika – Alanis NAPRAWDĘ jest na tyle naiwną gęsią, że autentycznie wierzy we wszystko co tu śpiewa, w pełni "stoi za tym przekazem", co w muzyce pop nie zdarza się znowu jakoś strasznie często. Serio, podróż do Indii natchnęła ją do tego stopnia, że ze skupieniem rasowego pokerzysty dziękuje tu komu popadnie. Wzruszyłbym się gdybym umiał, ale ta żarliwość z pewną dozą dobrodusznej naiwności (teledysk!) i tak wciąż robi na mnie piorunujące wrażenie. Pasja wprost emanuje z wokaliz Alanis (sposób w jaki wykłada "disillusionment" w refrenie – ile wokalistek mogłoby to tak zrobić?), a muzyczne tło (inspirowane trip-hopem, flirtujące z synthami – Ballard był wtedy takim bossem...) imponuje nieobecną już później chęcią wytyczania nowych szlaków. Tak się wtedy nagrywało hymny. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


051New Radicals
You Get What You Give
[1998, MCA]

"You Get What You Give" może być moim "Asereje". Na wezwanie do uznania "You Get What You Give" zareagowałem sprzeciwem. "Podobno poptymistyczny hymn, ale nie cierpię!", krzyczałem bez zastanowienia podczas jednego z zebrań w biurowcu Porcys. Nałożyłem jednak słuchawki i kliknąłem play. Miałem tylko utwierdzić się w przekonaniu – wystarczyło, aby zakiełkowało ziarno zwątpienia. Zaczęło rosnąć mocniej, gdy uświadomiono mi, że autorem tego utworu jest gość odpowiedzialny za "Music Gets The Best Of Me".

Nim się zorientowałem, zacząłem słuchać "You Get What You Give" (nawiasem mówiąc, "The Game Of Love" napisane przez Gregga Alexandra dla Santany wydaje mi się auto-semiplagiatem) po kilka razy dziennie, jednak prawdziwy przełom przyniosła czerwcowa impreza w Kisielicach. Kiedy parkiet był już dość rozgrzany, zapragnąłem puścić jedyny przebój New Radicals. Reakcję pamiętam jako wybuch entuzjazmu, być może jeszcze wyolbrzymioną w mojej głowie przez mój własny zachwyt nad piosenką. Ale czy w ogóle jest takie ryzyko? To naprawdę jest poptymistyczny hymn. Gdyby takie teksty wyryczał jaki koleś z gitarą, wykrzywiłbym się z zażenowania. Ale gdy tańcząc do lekkiego gitarowego dance-popu śpiewasz takie linijki jak "Four a.m. we ran a miracle mile / We're flat broke but hey we do it in style", to ciężko się i nie utożsamiać, i nie uśmiechać. Zresztą… w trakcie utworu podszedł do mnie jeden ze znajomych i wykrzyczał: "Zawsze mówiłem, że to świetny utwór, ludzie mówili »co ty gadasz«, a ja zawsze mówiłem, że świetny". Co mogłem opowiedzieć? "No jasna sprawa, że świetny". –Kamil Babacz

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ala|ZastaryJutro?
Zbigniew Stonoga"Uśmiechnij Się"