SPECJALNE - Ranking

100 Singli 1990-1999

20 sierpnia 2012

 

 

070La Bouche
Be My Lover
[1995, BMG]

Czasem w bajkach bywa tak, że zło zwycięża z dobrem. Tak, jak w naszej piosence. Choć o sprawy chodzi w niej sercowe, o sferę uczuć najdelikatniejszą z delikatnych, od początku nie jest kolorowo. Adresat miłosnego wyznania zagoniony zostaje do pomieszczenia z ciągle zwężającymi się ścianami i i sufitem w końcu przygniatającym go do ziemii. Uczucie, jakim zostaje "obdarowany" jest zbyt zaborcze i nie zna litości. Zaszczuje wybranka, wyssie z niego wszystkie soki, pozostawiając go bez tchu. Wcześniej będzie dogorywał w spazmach, ale nikt z gapiów nie poda mu pomocnej dłoni. W grze tej (o ludzkie życie!) od początku ustaleni są pokonani i zwycięzcy. Unoszące się ponad dramatem sytuacji anielskie "la da da da da dii da da / la da da da da dii da daaaaa" zawiązuje oczy wszystkim dookoła zdradziecką niewinnością. I tym samym szanse dostrzeżenia grozy sytuacji zmniejszają się do zera. O włos inny koniec miałaby ta historia. Ale kto by przewidział, że kryształ tego śpiewu, to wcale nie głos małej, słodkiej syrenki, a starej wiedźmy, która jej go odebrała? –Magda Janicka

posłuchaj »


069Simply Red
Fairground
[1995, EastWest]

Człowiek z wtopionym rubinem, po prostu rudy, długo brylował w pierwszej, pierwszej, pierwszej dziesiątce 30Ton, mącąc w umysłach młodszych widzów wizją drugiego oddechu w życiu wesołych miasteczek. Po wycieczkach na chorzowskie rollercoastery z kilometrowymi kolejkami i beczki śmiechu zabawy Micka Hucknalla wydawały się dużo mniej wymuszone, trochę fantasmagoryczne, tętniące przeczuciem przyszłego nightlife. Typowe dla Simply Red pop-soulowe ballady potrafią czasem znudzić, lecz element karnawałowego sybarytyzmu i luzu w pierwszych singlach z Life świetnie nosi do dziś. "Remebering The First Time" jest jednak tylko wieczornym cieniem "Fairground", w którym samplowana samba z The Goodmen napędza całość, uzupełniając leniwe zwrotki werwą i iskrą, które kojarzą się odlegle ze znanym, cenionym i późniejszym "Astounded" Bran Van 3000. Na szybki refren zawsze patrzę przez pryzmat mknącego w teledysku wagoniku – to krótka chwila rozwiewająca włosy i unosząca ręce w górę, której obietnicę zawiera świetny pre-chorus, trafnie rzecz ujmując: "pleasure at the fairground on the way". –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj »


068Lisa Lisa & The Cult Jam
Let The Beat Hit 'Em
[1991, Columbia]

Bez dwóch zdań najsmaczniejsze okruszki z końcowego dorobku tej zacnej ekipy. "Let The Beat Hit 'Em" to wizjonerskie urban-r&b, którego TLC musiały dużo słuchać przed wydaniem swojego debiutu. Ten klubowy vibe rządzi tu na swoich prawach, a Lisa Lisa (z aparycji taka trochę fajniejsza Paula Abdul, czyli absolutna czołówka ekstraklasy tamtego okresu) odnajduje się w tej stylistyce nadspodziewanie przytomnie. Może nie jest to aż tak odświeżające jak ta urocza nieporadność w "I Wonder If I Take You Home", ale i tak można by ją jeść łyżkami. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


067Spice Girls
Say You'll Be There
[1996, Virgin]

Drugi singiel z debiutu próbuje swoich sił w produkcji bardziej "G". Hektyczność "Wannabe" zostaje złagodzona bujającym podkładem, podkrewionym piszczałami z kalifornijskich przedmieść. Żadna nie drze się tym razem, nie łapie nerwowo oddechu. Cartoonowe głosiki płyną zgodnie jedwabistym strumieniem, wyznaczonym przez osadzony bas. Od czasu do czasu stwarza się tylko poletko do mini-solówek dla każdej ze Spice. Aby nie zapomnieć, że panują tu dwubiegunowe zasady: co prawda "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego", ale każda z dziewcząt reprezentuje przecież sobą ultraindywidualną osobowość! Ginger to kipielczy seks spod znaku Union Jack Dress. Posh to marka, która ma oznaczać dystyngowanie: szpilki, kreacje blisko ciała i perfekcyjny bob. Najmłodsza Baby odpowiada za żywioł dziecka. Scary miała być "zwariowana". Sporty to hart ducha, żywiołowość. Mimo tej kondensacji jednostek ponadprzeciętnie indywidualnych, na miarę artystów epoki romantyzmu, udaje uzyskać się efekt "stowarzyszonej" harmonii. Wybitnie mięciutki spokój. Rzeczywiście, jak wynika z teledysku, będący falującym, pustynnym powietrzem. Tylko, że my nie dajemy się zamulić. W zanadrzu mamy zraszacze, rayguny i przaśną harmonijkę. –Magda Janicka

posłuchaj »


066Cassius
Feeling For You
[1999, Virgin]

HBO powinno do końca świata pokazywać powtórki tego teledysku bo lepszego head, body, head, body muzyka chyba już nie wyda. "Feeling for You" świeci wciąż jasno na firmamencie – na tyle jasno że nawet Avicii w obawie przed świętokradztwem nie zaciągał go siłą w odmęty Hed Kandi i innych Ministry of Sound zamiast tego jedynie nieśmiało podbijając bas. W rankingu najbardziej widowiskowych osiągnięć Kasjuszów track Francuzów spokojnie dystansuje zamachy na Cezara i Kaligulę, o włos jedynie przegrywając z "Rumble in The Jungle". –Marcin Sonnenberg

posłuchaj »


065Breeders
Cannonball
[1993, 4AD/Eletra]

Siostry Deal powinny sprzedawać "Cannonball" jako pigułkę na przyspieszony rozwój muzycznego obycia i gustu, bez recepty. Zastanawialiście się kiedyś, co to znaczy, że piosenka jest dobra? W sensie melodie, harmonie, rytm i tego typu sprawy. No więc według autora This Is Your Brain On Music (koleś nazywa się Daniel J. Levitin, doktor w dodatku), progresje akordów czy kompozycyjne kombinacje powinny być zarówno zgoła przewidywalne (dając nam satysfakcje z odgadnięcia np. kończącej frazę nutki), jak i nieustająco zaskakujące, zbijając nas niejednokrotnie z tropu. Kluczem jest utrzymanie odpowiedniej równowagi, abyśmy musieli się ciut przy słuchaniu wysilić. Jest jeszcze jeden element, który uważam tu za fundamentalny: wraz z kolejnymi przesłuchanymi nagraniami stajemy się coraz lepsi w przewidywaniu poczynań muzyków (instrumentów?), więc wymagamy coraz bardziej zaskakujących (lecz niekoniecznie bardziej skomplikowanych!) melodii. Stąd bierze się relatywna prostota piosenek dla dzieci i relatywna zajebistość utworów Maxa Tundry czy Perfume, o The Doldrums nie wspominając.

Gdy po raz pierwszy usłyszałem "Cannonball", spodziewając się przystępnego rockowego wymiatacza na miarę "Song 2", kawałek odrzucił mnie więc nieco swoim wysokim stopniem zaskakiwania. Podwójne intro, wolno rozkręcające się zwrotki, schizofreniczne "tik-tak" gitar oraz start i stop, trzymające w napięciu na każdym etapie piosenki: tak awangardowy pop nagrać mogli Stereolab, ale przecież nie basistka Pixies, dziewczyna z sąsiedztwa (tudzież kierowca ciężarówki). "Cannonball" czerpie ze słownika punkowego szlagieru: perkusja łomocze, Deal ryczy w refrenie niczym Kathleen Hanna, a partie przesterowanych Fenderów rozpoczynane są dynamicznym katowaniem stłumionych strun. Breeders wywracają jednak schemat rockowego utworu do góry nogami, składając motywy w niewiarygodnie kreatywny i świeży sposób. Na początku kreatywność tą możemy pomylić z chaosem – poszczególne fragmenty utworu mogą wydawać się wręcz nieprzystające; wraz z przyswojeniem kawałka wszystkie elementy układają się jednak w logiczną całość, a na stykach rodzi się faktycznie przystępny rockowy wymiatacz. Istnieją proste kawałki, których intelektualne traktowanie obdziera z zajebistości; "Cannonball" to wielopłaszczyznowa, akademicka suita, która przy odrobinie wysiłku staje się chwytliwym popowym bangerem. –Patryk Mrozek

posłuchaj »


064Vanessa Paradis
Be My Baby
[1992, Polydor]

Jest taka akcja, że w Polsce (?) za flagową piosenkę Vanessy uparcie uważa się najczęściej "Joe Le Taxi", chyba głównie z powodu kokieteryjnego francuskiego tytułu oraz takiej ejtisowej nostalgii spod znaku "radio złota pogoda" (pozdro Stefan), pewnego zamiłowania do "kontrolowanej tandety" – bo raczej nie ze względów czysto muzycznych... Cóż, ja akurat nigdy nie jarałem się "Joe Le Taxi", nie zaśpiewałbym tego z pamięci i jak ktoś kiedyś puścił na domówce to nawet nie rozpoznałem po intro. Dla mnie od dziecka Paradis automatycznie oznaczała "Be My Baby". Od kawałka na kilometr pachnie Kravitzem – zresztą to jego najskuteczniejsza stylizacja na sixtiesowski girlsband-pop, od zrywnego nabicia werbla we wstępie, przez suchy sound sekcji, aż po wiosenną rześkość smyczków. Ale solistka kradnie show swoim kusząco "niewinnym" głosikiem, który wskutek jej aparycji budzi skojarzenia stricte erotyczne. Ktokolwiek raz widział jak wyglądała wtedy VP, nie może mieć cienia wątpliwości: "Be My Baby" to utwór podszyty seksualnym napięciem, zgrabnie wyrażonym poprzez artykulację staccato opadającej progresji akordów gitarki. W najlepszej tradycji Melody Nelson, 20-letnia już wtedy laska lepiej zgrywa tu prowokacyjną lolitkę niż 16-letnia Alizee w "Moi... Lolita". Ciekawe czy Lenny zdawał sobie sprawę ze w życiu Van owinęła go sobie wokół palca tak, jak wykreowana przez nią postać w jego piosenkach. Zdaje się, ze sypiali ze sobą ledwie przez rok – wystarczyło na album, który promowany omawianym singlem wywindował pannę do międzynarodowej sławy. A potem się "rozstali". To ci dopiero szczera muzyka. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


063TLC
No Scrubs
[1999, LaFace]

Nikt nie odpowiada na twoją zaczepkę na Facebooku? Dostałeś unfollow na twitterze? Nigdy nie widziałeś swojej skype'owej dziewczyny? Subskrybujesz statusy sąsiadki z naprzeciwka? Jedyne co siedzi na twoich kolanach to laptop? Nie pamiętasz już kiedy ostatni raz wyłączyłeś komputer, albo co gorsza, kiedy ostatni raz wychodziłeś z domu? Ciągle jesteś zmęczony, choć w zasadzie nie robisz nic poza wyczekiwaniem na powiadomienia?

Androidy z TLC wiedziały, że tak właśnie będzie i to na długo przed wszystkimi, bo w późnych latach dziewięćdziesiątych. Już wtedy wyśniły swój cybernetyczny, sfeminizowany świat, w którym to one będą dyktować warunki. Warunki na futurystycznych bitach. Tak, FanMail wyprzedził swoje czasy, a także ukształtował wielu cenionych dziś przez nas artystów. Jednak mimo imponujących wyników sprzedaży album ten wciąż wydaje się nieco zapomniany, w przeciwieństwie choćby do matowego, nieco chłodnego w wyrazie, a zarazem obłąkańczo przebojowego ''No Scrubs'', który to singiel nie tylko na długo ostał się w pamięci wielbicieli r'n'b, ale również przez lata gościł na Billboardzie pod różnymi postaciami, w zwrotkach, mostkach, chorusach wielu przebojów.

A tak naprawdę w całej tej czczej pisaninie chodzi tylko o to, że zawsze gdy wybrzmiewa ten buńczuczny refren to zalewa mnie serotonina. Aż mam ochotę zmienić status związku na fejsie, szkoda jedynie że wokół same hologramy. –Wojciech Sawicki

posłuchaj »


062George Michael
Too Funky
[1992, Columbia]

"Too Funky" = ekstrakt z posągowej panseksualności George'a. Nieskategoryzowany szpik utwardzonego FUNKU w swojej nagiej postaci. Faith w pigułce Viagry. Trudno wskazać drugiego artystę w historii popu, w takim stopniu obsesyjnie pochłoniętego własną seksualnością (Prince?), że aż czyniącego z niej kreatywny motor napędowy niemal całej swojej twórczości. I z jakim skutkiem! Moment w 0:59, gdy ociekające potem klawisze zostają brutalnie poszatkowane przez szalejący syntetyzator = najważniejszy argument za programem(?) naturalizacji recepcji muzycznej. Darwinowsko-freudowski pornocentryzm + "Too Funky" = zmazy nocne wychodzą spod pościeli. Trochę wymarzony ORGAZM / dwudziestodziewięciolatek w sile męskości żegna się z Sony, by nareszcie się zestarzeć x perspektywa powrotu w sile wieku średniego (czekamy!) = czerwienimy się z każdego możliwego powodu. (Matematyka = najseksowniejsza z sił natury). –Jakub Wencel

posłuchaj »


061Oasis
Live Forever
[1994, Creation]

Był okres w moim dzieciństwie, kiedy byłem wielkim ultrasem Oasis. Chciałem ubierać się jak Gallagherowie, strzyc się jak Gallagherowie, pewnie gdyby ktoś zaproponował mi zmianę nazwiska, też poważnie bym się nad tym zastanowił. Nieprzypadkowo nagrywałem na stare vhs-y wszystkie możliwe koncerty, klipy i programy o tych skurczybykach – miało to na pewno pewien posmak mentalnego odchylenia. Chciałbym napisać, że z perspektywy czasu dostrzegam błędy wieku młodzieńczego i wyrzekam się ich, ale nie zakłamujmy rzeczywistości: Oasis na zawsze w sercu.

Oczywiście choroba nie zaczęła się u mnie od "Live Forever", ale sztampowo od "Wonderwall" czy słynnej "Sally". Dzisiaj natomiast singiel bezpośrednio poprzedzający wydanie Definitely Maybe jest dla mnie bez wątpienia najpełniejszą realizacją pomysłu Noela na muzykę w ogólności i na instytucję rockowego hitu w szczególe. Prostota przede wszystkim: zwrotka powtórzona niemal jeden do jednego trzykrotnie, cholernie mocarny refren, wprost stworzony do wspólnego chóralnego odśpiewywania na wielkich arenowych koncertach, zero kombinowania, zero silenia się na bóg-wie-jaką oryginalność. To dopiero początek drogi tego zespołu (jak dla mnie zakończonej na Be Here Now, ale to zupełnie inna historia), lecz już na tym etapie spełnia się plan Noela na życie: nie chcę słuchać o pieleniu Twojego ogródka, mamo Gallagher, chcę być pieprzoną gwiazdą rocka, chcę żyć wiecznie. –Tomasz Waśko

posłuchaj (klip UK)»
posłuchaj (klip US)»


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Wywiad z Young Leosią
Ala|ZastaryJutro?