SPECJALNE - Ranking

100 Singli 1990-1999

20 sierpnia 2012

 

 

010Britney Spears
...Baby One More Time
[1998, Jive]

Jak często zdarza się, że pierwszy singiel w dyskografii debiutanta do końca kariery pozostaje jego szczytowym osiągnięciem? Dość często, jeżeli komuś przylepi się etykietkę one hit wonder, ale o takiej w tym przypadku nie może być mowy. Nawet jeśli są takie przypadki, to jak często ten jeden singiel staje się popkulturową ikoną dziejów, która świetnie odbija aktualną sytuację kultury masowej, ale nie tylko? W przypadku "…Baby One More Time" mówimy o utworze, który staje się punktem odniesienia dla lepszej i gorszej muzyki w ciągu przynajmniej kilku następnych lat. Jednocześnie to też niezwykle spójny muzyczny i wizerunkowy full package, do którego kilkanaście lat później będzie odnosiła się sama Spears, a bez którego być może archetyp lalki Barbie, piosenkarki-cyborga (uwaga, utwór pierwotnie napisany dla TLC!) nie powróciłby ze zdwojoną siłą i nie zyskałby takiego znaczenia.

Niby oczywiste jest to, że "…Baby One More Time" nie jest o nastoletniej miłości, ani że cała perwersja nie zamyka się tu w loliciarskim teledysku. A jednak wydaje mi się zdumiewające, że piosenka, której refren głosi "Kochanie, uderz mnie jeszcze raz", a to dosłowne znaczenie wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan, nie jest dzisiaj właściwie postrzegana jako jeden z najbardziej skandalicznych utworów w dziejach. Ten kawałek jest chory, zboczony, uwłaczający inteligencji w swoim przekazie, ale jednocześnie niebywale skuteczny w doborze środków. Spears wije się tu w toksycznej relacji z agresywnym, pozbawionym dla niej szacunku facetem, czerpiąc przyjemność z bycia uprzedmiotowioną. I co? Miliony dziewic na całym świecie śpiewają refren razem z nią. Od chwili debiutu jest stworzona jako dziewczyna do bicia, która albo przypadkiem przewiduje swoją przyszłość, albo od początku do końca jest dowodem na rewelacyjnie rozpisaną na lata kampanię marketingową. Plastikowa i wyuzdana, a z drugiej strony niewinna i nieprzygotowana na to, co się z nią stanie, wydaje się strumieniem cywilizacyjnej podświadomości, jakiegoś tylko lekko wysublimowanego popędu do pedofilii. Co więcej, przenosi wyparte w miejskie ciemne zakamarki bardzo młode tancerki lap do rozświetlonego centrum popkultury, gdzie podobnie obserwuje je ciesząca się lekką perwersją publika, niby życzącą sobie tylko, żeby tam na scenie to nie była ich córka.

W 1998 roku Max Martin był już znany jako producent Backstreet Boys, jednak dla niego ten singiel też jest momentem przełomowym. Od tego momentu zapisuje się w dziejach popkulturowej produkcji jako mistrz wyrachowania, dającego mu absurdalną skuteczność w pisaniu przebojów. Niezbyt duża subtelność "…Baby One More Time" dała mu prawdziwe pole popisu. Martin nie bawi się więc w kompozycyjne komplikacje – chamskie 4/4, wybijane w tempie wbijania gwoździ, otwarte powtarzającymi się na przestrzeni całego utworu trzema nutami, lejtmotywem wyrafinowanym jak zapiekanka z budy, który bezlitośnie oddziela od siebie kolejne fragmenty utworu. Wejście refrenu ma wybijać szyby, a jego ciągła repetycja podkreślać obsesję. Działa, choć pewnie nie przyznają tego osoby, które zaciągnięte przez znajomych do maka, z bólem zamówią wyłącznie sałatkę. –Kamil Babacz

posłuchaj »


009Madonna
Vogue
[1990, Sire/Warner Bros.]

Moje pierwsze (dosyć niedawne, jako że w 1990 zbyt zajęty byłem nieistnieniem, aby zaprzątać sobie głowę nowinkami, a i potem nie było specjalnej okazji do nadrobienia) spotkanie z "Vogue" zakończyło się boleśnie, bo dynamicznym zaryciem mojej twarzy w zimną piwniczną podłogę – zaryciem, dodajmy, ogromnie niespodziewanym dla obu stron tej przykrej i nierównej konfrontacji. Gdzie tu Madonna? Otóż chwilę po wyżej wymienionym wypadku, kląc na czym świat stoi i szukając winnych, mój wzrok padł na stojący w cieniu tajemniczy karton, na który nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi, a o który musiałem najwidoczniej zahaczyć. Zaciekawiony czym prędzej zerwałem pokrywkę i zajrzałem do środka, gdzie moim oczom ukazała pokaźna kolekcja winyli, na dodatek reprezentująca równie pokaźny rozrzut gatunkowy – od Floydów po legitymujące się rozpadającą okładką przemówienia Lenina. Pomiędzy tym wszystkim zaś spokojnie leżało sobie I'm Breathless.

Dlaczego? Dlaczego nic nie było mi wiadomo o tym skarbie spoczywającym pod moim własnym dachem? Dlaczego moja rodzina zdecydowała w pół-tajemnicy ukrywać przede mną to pop-housowe cudo spod ostatniego indeksu, tak bardzo odstające od nierównej, swingującej reszty? Dlaczego śmierć, dlaczego wojny, dlaczego marketing? Nie wiem. I kiedy słucham, to sam już nie wiem czy potrafię wybaczyć. –Marcin Sonnenberg

posłuchaj »


008Sophie B. Hawkins
Damn, I Wish I Was Your Lover
[1992, Columbia]

Nawet z dzisiejszej perspektywy zdumiewa odwaga, z jaką nikomu wówczas nieznana artystka wypłynęła w 1991 roku na szerokie wody. Tu nie chodzi o to, że "Damn I Wish I Was Your Lover" to ewidentny lesbijski hymn, sprawa jest znacznie poważniejsza – ten rewelacyjny utwór to przede wszystkim poruszający lament o bezradności, życiowej frustracji i chorobliwej wręcz obsesji drugą osobą i to bardziej z tej "uniwersalnej" strony powinno się go interpretować. Jeśli miałbym wskazać coś o podobnej "sile rażenia" z przyszłości, to wspomniałbym o "Want You Back" Nite Jewel – to też dobry przykład potwornie osobistej, wymiatającej popowej piosenki.

Sophie w swoim najsłynniejszym kawałku z zaskakującą jak na kobietę dosadnością wykłada kawę na ławę swoje wszystkie żale i pragnienia. Nie bawi się w wysublimowane frazy, wali prosto z mostu i nawet jeśli w refrenie trochę łagodzi swój oskarżycielski ton, pozornie dążąc do "małych rzeczy", to cały numer podszyty jest do bólu autentycznym wkurwem. Wszystko tu wyszło tej prostolinijnej pannie jak natchnione (no, poza teledyskiem, tę pieluchę mogła sobie darować) i to do tego stopnia, że hooki zaczynam liczyć już od pierwszego jej wdechu (!) w 18 sekundzie. Sophie B. Hawkins za sprawą "Damn..." udała się rzecz niezwykła – nagrała przełomowy, ikoniczny popkulturowo singiel, który jest przy okazji (i pewnie na zupełnej nieświadomce z jej strony, czego dowodzą niemal wszystkie późniejsze jej nagrania) jedną z najlepszych piosenek w historii 90sowego popu. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


007Prefab Sprout
Wild Horses
[1990, Kitchenware/CBS]

Wiele dziwnych anegdot z życia (a i parę onirycznych opowiastek by się znalazło, nie raz i nie dwa razy śnił mi się ten kawałek) mógłbym opowiedzieć o moim ukochanym numerze z przybliżanej przez nas dekady, ale nie lubię się tak uzewnętrzniać przed milionami słuchaczy. Dlatego skupmy się na "merytorycznej" stronie medalu – jak to możliwe, że zespół, którego najsmaczniejszych łakoci szuka się powszechnie (poniekąd słusznie) w latach osiemdziesiątych, wszedł w nową dekadę z takim impetem? Tego Wam nie powiem, ale niewątpliwie jest to jedno z tych pytań, które zadam Paddy'emu jak go wreszcie gdzieś "przypadkiem" spotkam.

Steve McQueen, boleśnie punktujący między oczy każdego ejtisowego macho, pokazał nowy sposób mówienia o uniwersalnych problemach tametgo okresu, ale w "Wild Horses" ta narracja zostaje rozwinięta w sposób jeszcze bardziej poruszający. Już sama metafora z refrenu zbija mnie z tropu na tak wielu poziomach, że aż nie wiem gdzie zacząć. Nie no, nie będę przecież nic tłumaczył, bo tylko się wygłupię – to się albo czujem albo nie, innej opcji nie widzę. W każdym razie ja mam tak, że za każdym razem kiedy ten wybitny songwriter wyrzuca tu z siebie wersy takie jak: "I hate myself 'cause you're so cool / With your mocking eyes / Won't you look at the old fool?" to ogarnia mnie jakieś trudne do zdefiniowania wzruszenie sięgające gdzieś tam głęboko. Nie wiem czy w historii muzyki był ktoś, kto tak mocno przemawiał do mnie niedookreśloną precyzją myśli i wyobraźnią jak Paddy McAloon w trakcie tych niespełna czterech minut. "I want extra time to play / Afternoons in the hay" – bądź tu mądry człowieku...

Najlepsze jest to, że tę dziesiątkową w każdym aspekcie treść wspiera równie frapująca strona muzyczna – to coś więcej niż "stary, dobry Dolby" – gość autentycznie wyprzedza tu swoje czasy, antycypuje Dillę, chillwave, przy okazji jeszcze pewnie parę innych rzeczy. I robi to ot tak, na "zwykłym album tracku". Nikt nigdy nie nagra lepszej piosenki o adolescencji, bo to po prostu niewykonalne – nie da się trafić bardziej w środek tarczy niż zrobili to Prefab Sprout z tym numerem. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


006Saint Etienne
Only Love Can Break Your Heart
[1990, Heavenly]

Było o włos. Wystarczyło nagrać ten kawałek rok wcześniej i już umknąłby temu zestawieniu. Tymczasem Saint Etienne otwiera swoim majstersztykiem dekadę 90s, i to nie tylko chronologicznie. Podrzucając ten numer na początku kwietnia, Krzysiek bezdyskusyjnie ustawił mój numer jeden. WSZYSTKO mi się w nim podoba i wszystko pracuje na nieprzemijającą frajdę słuchania. Pierwsza zasługa grupy to zauważenie potencjału w singlu Neila Younga z 1970 roku. Potem trzeba było już tylko całkowicie oczyścić zalatujący country materiał bazowy, pożegnać nastrój łzawej ballady i zrobić z niego old-schoolowy przebój. Jeśli zaczęliście od wersji Saint Etienne, to nie macie po co wracać do pierwowzoru: uczeń przerósł mistrza w sposób spektakularny.

Wyprzedzając wszelkie jęki powiem, że wcale mi nie brak Sary w tym przypadku. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to Moira Lambert, pierwsza wokalistka Saint Etienne, buduje magię tego kawałka. Jej chmurny wzrok i rozmarzona barwa głosu doskonale kontrastują z tekstem piosenki. Na przekór gorzkiej przestrodze od doświadczonego życiem starca, który żałuje niepoważnego podejścia do miłości, treść wypływa z ust naturalnie pięknej, uwodzicielskiej kobiety. W poezji Neila Younga nic nie jest powiedziane wprost, a im mocniej chce się odgadnąć tajemnicę, tym bardziej nie można się od niej oderwać.

Kolejnym przełamaniem konwencji jest to, co dzieje się instrumentalnie. Stale przewijający się motyw klawiszy antycypujący Ace of Base oraz silnie zarysowana linia basu i perkusyjne mostki tworzą podkład co najmniej nonszalancki. Jeśli chodzi o klip, zakochałam się w narysowanej flamastrem tapecie, kaczkach lecących nad wesołym miasteczkiem i katanie Moiry. I to podrygiwanie w rytmie funky! Dla mnie to mistrzostwo muzycznego recyklingu, niesłychanie dobry start dla całej twórczości Saint Etienne i sama esencja lat dziewięćdziesiątych. –Monika Riegel

posłuchaj »


005Prince
The Most Beautiful Girl In The World
[1994, NPG]

Mimo że Książe to jegomość wyjątkowo obleśny, łączący nienaganny makijaż ze skłonnością do hodowli bokobrodów, ponoć nigdy nie narzekał na brak powodzenia. I nie dziwota - któraż mogłaby się oprzeć tym uroczym kwileniom, że "tyś najpiękniejsza w świecie, miękka jak kwiat". Tupac solidaryzował się z Princem, mówił o tym jak obaj cierpią na przypadłość polegająca na uwielbieniu dla płci pięknej, jak całym sercem miłują kobiety. Można jednak przypuszczać, że podczas gdy maczo Shakur laski zdobywał (jak wiemy, czasem na granicy prawa), Pan Symbol słodko wabił niewiasty iluśtam (pięcio?) oktawowym wokalem, rzewnie i wysoko ćwierkając o swoim oddaniu na wieki. Na dokładkę wyciągał gitarę i czarował krótkimi solóweczkami z latynoskim wdziękiem. Jak jeszcze wszystko przyozdobił błogą aranżacją i swoim żeńskim, soulowym "o je je je" w górnych rejestrach skali, każda była jego. –Michał Zagroba

posłuchaj »


004Aphex Twin
Windowlicker
[1999, Warp]

Jeśli chodzi o gust muzyczny, jakąkolwiek świadomość rzeczywistości, czy własnego ciała – to mnie w 1999 roku jakby nie było. Ale i tak spróbuję pobawić się w mądrzejszego od siebie. Czy publika, która poznała Aphexa dzięki nocnym emisjom Come To Daddy była raczej zszokowana, czy umiarkowanie zaskoczona "Windowlickerem"? Czy diehardzi uważali, że się sprzedał? Czy rzeczywiście długa na 35 okien limuzyna i mnogość cycków w klipie nie świadczyła o tym, że Richard D. James chce robić hajs zamiast podziemia? Czy może było to zupełnie naturalne – "Windowlicker" jest wprawdzie łagodny i gładki jak niemiecka autostrada, ma chórki i ma żeński głos po francusku, ale ta popowa melodia jest wystarczająco pocięta, nieharmonijna i rozdygotana, by wciąż wywołać reakcję wtf wśród każdego, kto styka się z nią po raz pierwszy. I nieważne jak bardzo Harmonic 313 słuchasz, jak mocno siedzisz w muzycznych kwadratach Lady Gagi, jak dokładnie rozcyfrowujesz dubstep. "Windowlicker" wciąż jest ponad – brzmieniem, melodią, pomysłem (, klipem). –Filip Kekusz

posłuchaj »


003Paula Abdul
Rush, Rush
[1991, Virgin]

Zakrzywienie czasoprzestrzeni. Nie stroniąca – jak donoszą brukowe amerykańskie media – od używek była jurorka programu American Idol spotyka podupadłego gwiazdora filmowego, który zasłynął rolą Neo z Matrixa. We dwójkę przenoszą się w czasie do lat pięćdziesiątych, gdzie Neo zamienia się w Jamesa Deana i bierze udział w morderczym wyścigu samochodowym.

Oglądanie z dzisiejszej perspektywy legendarnego klipu promującego "Rush, Rush" jest smutnym, traumatycznym wręcz doświadczeniem – już nie ma tego chłopca i nie ma tej dziewczyny. Tu jeszcze są radośni, rozprawiają na ekranie o istocie miłości (słynny dialog nad przepaścią!), trzymają się za ręce, ganiają po wielkim domu wcielając w życie ideał beztroskiej, młodzieńczej sytuacji. Na początku lat 90-ych wydawało się, że świat stoi przed tą dwójką otworem: "Rush, Rush" był najdłużej utrzymającym się na szczycie Billboardu utworem od czasu "Like A Virgin", Keanu grał u najlepszych reżyserów (Van Sant, Coppola, Branagh, Bertolucci) i był plakatowym bożyszczem młodych panien dopiero wchodzących w dorosłość. Dzisiaj siedzi smutny na ławce w nowojorskim parku, a Abdul tuła się od jednego talent show do drugiego. Ale przez ten moment, przez tę krótką chwilę w 1991 byli wielcy. –Tomasz Waśko

posłuchaj »


002Cardigans
Lovefool
[1996, Stockholm]

Chyba każdy zespół marzy o takiej piosence, która idealnie wpisuje się w jego styl i filozofię twórczą, a zarazem jest radiową petardą, którą potrafią zanucić nie tysiące, ale miliony. Chyba każdy zespół marzy o choć jednym takim evergreenie, wzorcowym kawałku popowym ze świata idei, brzmiącym świeżo niemal dwie dekady po swojej premierze, choć równie dobrze mógłby być nagrany jeszcze wcześniej. Chyba każdy zespół marzy o czymś dotykającym najpoważniejszych rozterek i emocji w tak lekki i bezpretensjonalny sposób. Chyba każdy zespół marzy o takim basie. Chyba każdy zespół marzy o takiej melodii, zaśpiewanej w podobnie kokieteryjny sposób. Dla wielu to marzenie ściętej głowy, ale przecież nie wszyscy mogą nazywać się The Cardigans.

Gdyby miało tu zabraknąć "Lovefool", to ten ranking byłby zupełnie inny. Zupełnie. Bo nie byłoby tu także mnie, Wojtka, Borysa, Kamila, Kacpra i wszystkich innych, którzy na ten kawałek zagłosowali. Nie mielibyśmy czego tu szukać. –Krzysztof Michalak

posłuchaj »


001Stardust
Music Sounds Better With You
[1998, Roulé]

Wiele razy pisano już, także na tych łamach, o pięknie repetycji, o tym, że jeśli mamy odpowiedni i odpowiednio dobry motyw, to można go długo, długo powtarzać ze wspaniałym efektem. Zatem, "Music Sounds Better With You" – jak długo możecie słuchać tego przewodniego, i niemal jedynego tutaj, motywu? Wersja singlowa trwa niecałe pięć minut, pełna ponad sześć. Osobiście nie pogardziłbym miksem półgodzinnym, może godzinnym. Ten motyw, przez chwilę pojawiający się w "Fate" Chaki Khan, Thomas Bangalter i Alan Braxe wyłuskali, wyeksponowali, zapętlili, wypolerowali na błyszczący chrom, podobnego koloru co ich stroje w teledysku. Stroje ich trzech, bo był też Benjamin Diamond, który do muzyki zaśpiewał równie krótki, równie natrętnie powracający i równie nieodparcie chwytliwy wokal. Nie przychodzi mi do głowy żaden inny przykład muzyki tak cyfrowej i robotycznej, który byłby utworem tak ciepłym, letnim, po ludzku oddychającym. Formuła jedynego kawałka Stardust jest tak perfekcyjna, jej wykonanie tak idealne – a porusza jednak głęboko. Nic lepszego już w tamtej dekadzie nie znajdziecie. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ala|ZastaryJutro?
Zbigniew Stonoga"Uśmiechnij Się"