SPECJALNE - Ranking

100 Singli 1990-1999

20 sierpnia 2012


Z roku na rok coraz częściej słyszy się o przeróżnych publicznych aktach celebracji lat dziewięćdziesiątych, o nostalgicznych "kicz parties", o imprezach tematycznych bezwstydnie przywołujących młodzieńcze wspomnienia kolejnych konsumentów popkultury wychowanych w tamtej epoce. Warto podkreślić, że naszemu zestawieniu nie przyświeca żadne podobne motto, nie kieruje nim żadna ideologia i nie istnieje nadrzędna teza-klucz, pomagająca właściwie odczytać finalne wyniki. Są one tylko i wyłącznie wypadkową gustów głosujących. Odmalowują nie tylko to jak zapamiętaliśmy (a właściwie część z nas, bo redakcyjni juniorzy zbyt dobrze tamtych czasów nie pamiętają) lata dziewięćdziesiąte w muzyce, ale przede wszystkim to, jak żyjemy latami dziewięćdziesiątymi teraz, gdy krajobraz popkulturowy uległ sporym przeobrażeniom. Przykładanie do niego miar lat dziewięćdziesiątych pachniałoby skansenem. Dla nas ostatnia dekada XX wieku jest wciąż żywa i ekscytująca, ale im dalsza perspektywa, tym wyraźniej dostrzegamy w niej coś więcej, niż tylko zbiór wytartych haseł-wytrychów i tęsknotę za niewinnym dzieciństwem.

Dlatego przystępując do głosowania zrobiliśmy... dokładnie to samo, co robimy zawsze. Wyselekcjonowaliśmy ulubione tracki ze świata (sprawę polską zostawiamy na kiedy indziej) według obowiązującego od lat w serwisie kryterium "singlowości". W skrócie oznacza to, że tradycyjnie za "single" uznaliśmy po prostu te kawałki, których mamy w zwyczaju słuchać pojedynczo, bez kontekstu większych całości, do których przynależą. Część pierwotnie rzeczywiście ukazała się, z technicznego punktu widzenia, na małych płytach. Ale kilka z nich oryginalnie zostało opublikowanych jako album tracki i sami zrobiliśmy z nich "single", bo bardzo lubiliśmy je repeatować. Nasze prawo. Zresztą obecnie nie ma to już wielkiego znaczenia, skoro rewolucja technologiczna wywróciła do góry nogami dawne sposoby słuchania muzyki. Aczkolwiek nas nie interesowało podejście dokumentalistyczne. Dzielimy się z Wami tym, jak lata 90-te dźwięczą w naszych uszach dzisiaj, przy użyciu nowoczesnych narzędzi i ze świadomością popkulturowej zmiany warty. A o tym jak brzmią, przeczytacie poniżej. Zapraszamy do lektury.

 

100Mr. President
Coco Jamboo
[1996, Warner Bros.]

Dlaczego "wakacyjne przeboje" zawsze traktuje się z przymrużeniem oka, dyskredytuje ich wartość i przysłania niczym nieopalone pępki poza sezonem? Owszem, lato to pora banałów, ale przecież pięknych i radosnych, a jedną z funkcji muzyki popularnej jest wzbogacanie naszych szarych żywotów o piękno i radość. Zresztą, czy ganianie po plaży w krótkich galotach jest mniej ważne niż jesienne rozkminy przy kominku? Co lepiej pamiętacie – wakacje '96 nad Bałtykiem, na Mazurach, w Dębkach albo nawet i Pszczynie czy też październik tego samego roku? Czy tym, co najchętniej pokazujecie znajomym na fotografiach, nie są przypadkiem obnażone torsy z sierpniowych wojaży? Dlaczego więc mielibyśmy się wstydzić soundtracków do tych cudownych, słonecznych dni? Przed Wami jeden z największych. No, to "koko dżambo" i do przodu! –Krzysztof Michalak

posłuchaj »


099Whitney Houston
I Have Nothing
[1991, Arista]

Pochodzące z katowanego do znudzenia w ramówkach polskich stacji telewizyjnych filmu The Bodyguard "I Have Nothing" wciąż pozostaje przyćmione przez "I Will Always Love You", chociaż Whitney nie oszczędzała się przy obu tych utworach, kontynuując rozpoczęty wraz z wydanym w 1985 debiutem program redefinicji kryteriów soulowej dramaturgii czysto popowymi środkami wyrazu. Tekstowo utwór wpisuje się w ramy najczęściej przez wokalistkę wykorzystywane, dalekie od naiwnie romantycznych, hymnicznych dedykacji, niejako przesuwające punkt ciężkości tradycyjnych "love songs" w strone "self-presevation songs". Miłość, relacja z drugim człowiekiem staje się nie tylko aktem wzajemnego oddania, ale przede wszystkim ostatecznym polem walki o własną godność, wolność od krzywdy i ostateczną ucieczkę przed bezwzględnością świata. Wyznanie miłości jest tutaj przekazane w formie brutalnej negacji: "Stay in my arms if you dare / Or must I imagine you there / Don't walk away from me... / I have nothing, nothing, nothing", rozregulowując radiową ckliwość utworu, tak często będącą celem niesprawiedliwych ataków ze strony krytyków Whitney. –Jakub Wencel

posłuchaj »


098Theo Parrish
Smile
[1997, Music Is...]

Zawsze irytowało mnie wplatanie chicagowszczyzny przez niektórych producentów z Detroit do swoich dzieł. Rozmiękczanie krzepkiej, robotycznej kompletności jakimś diskiem? Na licho? Zapuść jaja, jeden z drugim! Reprezentuj! Co za czasy, że deep house'owy boom dyktuje warunki nawet w ojczyźnie linii produkcyjnej. Na szczęście jestem urodzonym paranoikiem, i jak się szybko okazało nie była to powszechna przypadłość. Ostatecznie wielbicieli miękkich kapci może nie wypleniono, ale wsunięto do własnej szufladki. Jednym z takich flirtujących z taneczno-koktailowymi klimatami ananasów jest i nasz Theo. Żeby nie było – parrishowska detroizacja jazz-funku ma swoje walory. Gdyby ktoś wam kiedyś wciskał, że Parrish to słabiak, odpalcie mu "Smile" głośnikiem w twarz. Inb4 order uśmiechu. –Mateusz Jędras

posłuchaj »


097Destiny's Child
No, No, No Pt. 1
[1997, Columbia/Geffen]

Ciekawostka: debiutancki album Destiny's Child reprezentowany jest na ich składance typu "grandes éxitos" przez jeden tylko kawałek: "No, No, No Pt.2", poddane obróbce klubowej przez Wyclefa Jeana. Z hiszpańską gitarą w pakiecie. Gdyby ktoś miał jakąkolwiek wątpliwość, że "this is the remix", Wyclef Jean przypomni mu o tym około piętnastu razy. Poza tym jednym jedynym numerem jeden, który nie zrobił wiele więcej poza umieszczeniem dziewczyn na mapie, Destiny's Child obyło się w zasadzie bez większych hitów. Beyoncé zrzuca winę za małą popularność na karb zbyt dojrzałego brzmienia albumu i jest to ciekawa uwaga w kontekście interesującego nas tu "No, No, No Pt.1". W trakcie nagrywania debiutu dziewczyny miały jakieś 15-16 lat. Czy brzmią jak 16-latki? Brzmią jak Leonard Cohen w duecie z Cesárią Évorą. Ten delikatnie bujający kawałek przyrządzony na samplu z orkiestry Barry'ego White'a, ma w sobie tyle urody i wcale-nie-nastoletnich emocji, że łatwo przeoczyć absolutny brak charakterystycznych dla późniejszego wizerunku grupy chwytów "dziewczęcości", czy też "beztroski". Jest sama precyzja. Pamiętajmy, że Destiny's Child w "No, No, No" nie tylko sprawiają wrażenie, jakby spędziły pół życia w showbiznesie, ale że na tamtym etapie faktycznie spędziły już pół życia w showbiznesie. Kiedy słucham 16-letniej Beyoncé z 1998, czuję się jak dziecko z Bullerbyn. –Aleksandra Graczyk

posłuchaj »


096Backstreet Boys
Quit Playing Games (With My Heart)
[1996, Jive]

No, to przecież takie zręczne, przezręczne balladzisko spod ręki wybitnych szwedzkich najemników z załogi Cheiron Studios, późniejszych współtwórców sukcesów Britney Spears. Zacznijmy może od tego, że przyczepić można się tu do wszystkiego. Pod kawałkiem podpisał się były glam metalowiec Max Martin (wespół z Herbie Crichlowem, współautorem dwóch piosenek z debiutu Robyn, w tym przebojowego "Do You Know (What It Takes)"). Jednak płasko i zarazem mocno bite, charakterystyczne drumy przypominają o fascynacji Michaelem Jacksonem, do jakiej przyznawał się w tej grupie przede wszystkim założyciel i główny songwriter i producent studia, noszący wybitnie euro dance'ową tudzież eurowizyjną ksywkę Denniz PoP. Jakby potencjalnie żenującej otoczki było jeszcze mało, wspomniany solidny bit jest już na wejściu utworu minimalnie uprzedzony przez partię gitary akustycznej, wprowadzającej romantyczny, latynoski posmak w uładzonej wersji dla telewizji śniadaniowych czy właściwie deserowych, jeśli takie gdzieś istnieją. Brak emocjonalnej kulminacji, szarpnięć, nie mówiąc o kompozycyjnej progresji; umiarkowana łzawość, mydłkowatość, słowem bezwstydnie lśniący przykład jak nalać z próżnego. I ta przewrotność tytułu tracka, od którego BB dopiero zaczynali swoje gierki z sercami i niekiedy też umysłami publiki (co w wysokim stopniu zależy od niej, taki to mocno samoobsługowy pop). –Andrzej Ratajczak

posłuchaj »


095Julee Cruise
Falling
[1990, Warner Bros.]

Gdyby tezy Fukuyamy nie były publicystycznym wytrychem, to mielibyśmy tu prawdziwą muzykę końca historii – z tym obostrzeniem, że "koniec historii" mógłby trwać maksymalnie do Natural Born Killers. Nikt tak ryzykownie nie podjął się analizy sennej wizualności, jak David Lynch – jego kolaboracja z Badalamentim to z kolei jedne z najciekawszych dźwiękowych eksploracji koszmaru, z jednej strony silnie klasycyzujące, z drugiej pełne jakiegoś nerwowego pękniecia. Cała płyta skonstruowana była jak Spirits Aveya i Pandy, ale o ile w tamtym przypadku ze schizofrenii wyłaniał się absolut, jakby szkicowany w trakcie dłuższego jamowania, to tu mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym. Utwory rozsypują się, ich kontrukcja pęka, egzorcyzmy zaczynają się odbywać nad elegancką zdawałoby się powłoką, z kawałków, jak z lynchowskich bohaterów, wychodzą wszelkie skazy. Ten właśnie egzorcyzm ufundowany był na tej samej paranoi, co wcześniej Tęcza Grawitacji, a później Fox Mulder – nie wiem, jakim cudem przetrawiła to telewizja, ale ślad, jaki pozostawił w osobach, które szukają utraconej młodości w projektach pokroju Skinemax, jest niezaprzeczalny. Hauntologia par exellence. –Łukasz Łachecki

posłuchaj »


094Dr. Dre feat. Snoop Dogg
Nuthin' But A 'G' Thang
[1992, Death Row]

Dre kombinował z g-funkiem już na Straight Outta Compton, ale dopiero rozpoczynając swoją solową karierę, uchwycił atmosferę zakurzonego już Parliament Funkadelic i dostosował do rapowych potrzeb. "Nuthin' But A 'G' Thang" to przeca uproszczony, odchudzony George Clinton, który dostał do dyspozycji nowoczesne brzmienie i studio (ninetiesowe). Pozostał odpowiednio leniwy vibe i najbardziej zaraźliwa linia basu, której na początek w ogóle nie idzie zauważyć. Na tę leniwą atmosferę Snoop i Dre nałożyli odpowiednio szeroki w barach, choć, przyznajmy, umiarkowanie sensowny tekst oraz klip, z którego można wyciąć mnóstwo gifów i, na krótką chwilę, zniszczyli system. "Nuthin But A 'G' Thang" po pierwsze rozkurwił brzmienie Zachodniego Wybrzeża. Po drugie jest zajebisty. Po trzecie tym kawałkiem Dre, u wrót solowej kariery, udowodnił wszystkim, że nie musi niczego udowadniać. –Filip Kekusz

posłuchaj »


093Dee-Lite
Groove Is In The Heart
[1990, Elektra]

22 lata temu 26-letni Towa Tei skonstruował ten jeden z największych tanecznych przebojów, a zarazem jeden z najdoskonalszych mash-upów w dziejach. "Groove Is In The Heart" oparte jest przede wszystkim na głównym riffie "Bring Down the Birds" Herbiego Hancocka i perkusji wysamplowanej z "Get Up" Vernona Burcha. Znajdują się też w nim sample z siedmiu innych utworów, a na tamburynie gra Tina Turner. Nawet jeśli w latach 90-tych brzmiano czasem podobnie, to raczej nie zdarzały się tak wyrafinowane połączenia w piosenkach przygotowanych do rządzenia listami przebojów. "Groove" zapełniało parkiety na całym świecie niemal dekadę przed powrotem disco do łask i zapełnia do dzisiaj. Idealna równowaga silly i smart, zapewniająca najlepszą zabawę. –Kamil Babacz

posłuchaj »


092Depeche Mode
Policy Of Truth
[1990, Mute]

Jeśli stopień trącania przez kapelę myszką mierzyć schematami zachowań fanów, "Dupeszów" należałoby uznać za kopiących już nawet nie myszką, a starym kalafiorem. I nie idzie o czarne płaszcze i ten gotycki aromat, ale ZLOTY sympatyków zespołu, serio? A jednak, z jakichś względów, Depeche Mode ze swoimi wymalowanymi wielbicielami popylającymi do Wrocławia (czy gdzieśtam), przy przysłowiowym U2 i R.E.M. budzą sympatię. Może dlatego, że Gore potrafił złożyć tak piekielnie zgrabny hook i melodię, a Gahan ją z kołyszącą gracją i charyzmą początkującego heroinowca wyśpiewać (i bonusowo wytańczyć na scenie – "łapki na boki, nóżka do przodu i kołyszemy bioderkami"), że narody szalały, a hit, choć zapełniał wielkie hale i stadiony, nie gubił swojego cool, synth-popowego sznytu. I choć rytmiczna podbudowa tego tracka pachnie nieco przemysłową aurą Construction Time Again, ten cudnie zawodzący, oceaniczny motyw syntezatora rozwiewa wszelkie metale ciężkie, ewokując błogie, przebojowe fragmenty Black Celebration. Z Gahanowskim przytupem weszliśmy w nową dekadę. –Michał Zagroba

posłuchaj »


091Chicane
Saltwater
[1999, Xtravaganza]

Nie mogę powiedzieć, żeby Euro 2012 było jakimś szczególnie ekscytującym momentem w moim życiu. Sportową wartość widowiska można by podsumować o-tak-strasznie zabawnym memem z Balotellim, przeżywanie kolektywnych emocji sprowadziłam do współwkurwiania się mojego i współlokatorki zza ściany na wieszające się streamy, a przebijanie się przez zieloną ofensywę irlandzkich kibiców nie bardzo mieści się w moim pojęciu owocnych stosunków międzynarodowych. Jedynym godnym zapamiętania wydarzeniem tych mistrzostw był koncert ATB w gdańskiej strefie kibica, którego przyszło mi słuchać spod którejś ze stoczniowych hal, tych samych, które prędzej niż później polegną na ołtarzu wszech-niezbędnej zmiany. I kiedy wydawało mi się, że Niemiec bezceremonialnie robi mnie w trąbę kompletnym pominięciem największych hitów, on pewnie relaksował się jeszcze w garderobie, bo jak się później okazało, to co słyszałam, było jedynie setem jakiegoś jego przydupasa...

Ale nic to, naprawdę. W najlepszym wypadku do stoczni zaprowadziła mnie chęć wtłoczenia sentymentalnej, wprawnej co prawda, ale jednak wioski w przygniatający majestatem kontekst stoczni, a takie tiru-riru w cieniu historii to w tym miejscu przecież chleb powszedni. Clou tamtego wieczoru miało nadejść dopiero w drodze powrotnej, gdy odtwarzacz zaserwował “Saltwater”, szczytowe osiągnięcie gatunku, trance o twarzy syrenki Ariel i zapachu chłodnej bryzy, balansujący na granicy patosu nie do udźwignięcia, któremu w jakiś nieznany mi sposób udało się zostać po właściwej stronie. Tak oto, czystym przypadkiem i pod silnym wpływem naczelnej heterotopii Trójmiasta, uderzyło mnie nagle, jak świetnie ten kawałek broni się w roli jakiegoś naprawdę istotnego fragmentu w historii muzyki. Pal licho współtworzenie trendu, do diaska z przełomowym charakterem. To raczej jakaś (nie wyjdę chyba dziś poza to niedookreślenie) zdolność wypełniania przestrzeni po same brzegi, przejmowania nad nią kontroli, może uzupełniania brakujących w niej elementów. A wszystko to, co najważniejsze, mimo wiszącego nad nim widma tandety: rażącego w oczy słońca Ibizy, z jednej strony, i celtyckiego pożal się boże uduchowienia, z drugiej. Gdybyśmy faktycznie dotrwali wtedy do ATB, ktoś może przyznałby się, że tańczył do jego kawałka na dyskotece w podstawówce, albo miał jego kasetę, albo kojarzy teledysk z Vivy. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś odważył się powiedzieć cokolwiek przy “Saltwater”. –Luiza Bielińska

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-1   

Listy indywidualne   

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"