SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 2000-2009 Na Świecie

13 listopada 2010

010Flaming Lips
Yoshimi Battles The Pink Robots
[2002, Warner Bros.]

Problem z pisaniem o Flaming Lips wynika z tego, że pewien patosik wkradnie się prędzej czy później, na tym polega to szalbierstwo, lepiej jednak kiedy jest to zaledwie odpowiednik "fałszywie zasmuconego" głosu Coyne'a, choć praw sobie nie roszczę, bo Coyne to wariat. Może świat odkryje wkrótce takie leki na raka, które pozwolą nam się inaczej przejrzeć w przelewającej się momentami infantyliadzie w inny sposób, czy coś. Sam w rozmowie z Borysem na temat Embryonic patetycznie porównywałem Yoshimi do jednej z ulubionych scen w Tęczy Grawitacji, kiedy to... a, daruję sobie.

I nie jest tak, że przez długi czas mój organizm nie odrzucał tej strasznej słodkości Yoshimi, że co, że wyobrażasz sobie, że wszyscy których znasz umrą? Wyobraź sobie kurwa, że sobie wyobrażam od lat, ale nie spędza mi to snu z powiek. I że wszystko jest tajemnicą. Ale plastyczność linii basu, zupełnie absurdalne momentami cykanie perkusji, brzmienie które powinno odrzucać, ilustracje do kreskówkowego konceptu, autentyczne disco polo. I to zadziałało, a później wszyscy, nie wiedzieć czemu, zapragnęli to opisać. Ja nie zapragnąłem, bo widziałem tak żenujące próby, że nóż się w kieszeni otwiera, a po zeszłorocznej, ironicznej recenzji Embryonic od Mateusza z zasady jestem skazany na to, że ktoś patrzy mi na ręce. Ale nie jestem wobec tego jakoś specjalnie bezradny, bo Coyne sam się zreckował: "we have the power to create our own happiness. I believe the real magic in the world is done by humans. I believe normal life is extraordinary". I pierdolę już Twój pieprzony cynizm: po to ludzie są przy nas i po to my jesteśmy przy nich. –Łukasz Łachecki


009Max Tundra
Mastered By Guy At The Exchange
[2002, Domino]

W "środowisku" od lat rządzi predylekcja do mieszania ciężkiego ze słodkim. Gdyby nie ona, nikt nie kupowałby shoegaze'u ani nie hype'ował późnych płyt Animal Collective. Gdzie byłby taki na przykład Pavement bez panoszącej się w gustach dialektyki awangardowego popu? Na potrzeby hipotezy załóżmy, że nigdzie. Ben Jacobs wspólnego ma z taką optyką tyle, że jest oszalałym popowcem. Some Best Friend było rozrywkowym elektro-bopem, jak i testamentem Atari. Na swoim drugim długogrającym albumie popchnął ten heglizm prosto do chwały – wystarczył jeden krok dla ludzkości. Już nie chodzi o przedzieranie się przez zwały chroboczących tekstur, żeby dokopać się do ślicznych melodii. Od Guy At The Exchange, trochę jak później na Satanic Panic, trudność polega na formule komplikowania samych melodii; na przesunięciu strategicznym z zabawy warstwami kompozycji ("przestrzenią") do zabawy formą samej melodii ("czasem"). Ten tutaj, to niezobowiązujący manifest nootropowego popu: kofeinowe tempo, sacharynowe hooki, syntezatory, bzyczenie, dzwonki, wianki, cuda, akordeony, harmonijki; dezorientujący nawał tematów wymagający połaci uwagi dotychczas pojmowanych jedynie na skalę urbanizacyjną. Czytaj: dzieje się tyle, że rodzona matka cię nie pozna – najszybszy pop w całym uniwersie, na każdym planie.

Jest coś jeszcze coś ponad ten cały prog-bubblegum. Max Tundra nie chowa się za reverb; raczej nagrywa co mu w duszy gra, po czym wraca gotować zupę z kurczaka. Te wszystkie piosenki o tym, że "Xix seconds in your presence makes me feel upset / That I've only known you for six seconds yet" są bardziej szczere niż dekada panowania post-ironii jest w stanie zatuszować. Kiedy śpiewa o syntezie witaminy D, ja mu wierzę. Wierzę mu jak ksiądz w Boga. Trochę się narzuca, bywa namolny, ale co z tego, skoro podpiera to najlepszymi w tej dekadzie instrumentalnymi ad libami i jedną z najbardziej kolorowych palet tonalnych jakie można usłyszeć ludzkim uchem. Max "kłopoty z dziewczynami" Tundra jak nikt dotąd znalazł sposób na autobiografię skoku glikemicznego – to trochę jakby zjeść sto Snickersów naraz i zasiąść do keyboardu z emulatorem orkiestry na pokładzie. –Mateusz Jędras


008Panda Bear
Person Pitch
[2007, Paw Tracks]

Poczyniłem trochę trudu (zupełnie niewiele nawiasem pisząc), w poszukiwaniu najbardziej negatywnej recenzji Person Pitch. Nie było ich wiele, niestety. Znalazłem taką. Nie jest to dobra negatywna recenzja, choć uważam, że trafia w sedno precyzyjniej niż niejedna z tych pozytywnych. Głównie dlatego, że recenzent trochę mimowolnie kapituluje i przyznaje, że on tej płyty nie rozumie. Tak to przynajmniej zinterpretowałem. Mówiąc dosadniej: on nie chce jej nie rozumieć, a niechęć ta wyraża się poprzez jego irytację. Smutne, gdyby zechciał jej nie rozumieć, napisałby zapewne najlepszą recenzję Person Pitch.

Udana negatywna recenzja poprzestałaby na wywleczeniu na światło dzienne oczywistych nawiązań i niezbyt głęboko skrywanych zapożyczeń. Nie trzeba wiele, ot spojrzenie na listę sampli z Wikipedii i dość oględne pojęcie o tym skąd wziął się Noah Lennox i dokąd zmierza. Narracja ta w przypadku tej płyty jest dosyć jasna i wystarczająco wymowna. Problem w tym że byłaby to również recepta na zupełnie przyzwoitą pozytywną recenzje. Pozycjonowanie względem istniejących faktografii, chronologii, taksonomii – słowem wiedzy zinstytucjonalizowanej – w najlepszym razie wygeneruje odrobinę nowej wiedzy zinstytucjonalizowanej. To, że "było" o niczym nie przesądza; z tego, że "nie było" nic nie musi wynikać.

Oczywiście zawsze można ciekawiej. Można na przykład odwołać się do emocji. Własnych, cudzych, a i nie daj bóg, naszych wspólnych. Osobiście uważam, że tak nie wolno, że to jest z gruntu złe. Emocje są fenomenem czysto jednostkowym. Zatem recenzent piszące o muzyce odwołujący się do emocji odbiorców jest niebezpieczny. Takich trzeba gnębić. Recenzent piszący o emocjach zawartych w muzyce jako takiej jest głupcem. Z takich trzeba się śmiać. Recenzent piszący o swoich emocjach w kontekście muzyki, ma szanse powodzenia przy założeniu, że nie jest świadom, że to robi, a przynajmniej takiej świadomości nie zdradza. Tacy być może istnieją; problem w tym, że nie sposób tego udowodnić. Recenzent piszący tylko o "Muzyce" jest konstruktem fantastycznym. Takich trzeba sobie przyśnić.

Brak wiedzy, niewiedza, niezrozumienie oto jest punkt wyjścia. Ja na przykład Person Pitch więcej nie wiem niż wiem. I to jest konstruktywne. I to jest fascynujące. Niezmiennie. –Paweł Nowotarski


007Junior Boys
Last Exit
[2004, Kin]

Kanadyjczycy piszą elektropopowy dziennik zagubienia i samotności. To chyba najważniejsze loopy użyte przez Junior Boys. Last Exit i So This Is Goodbye samymi tytułami zapowiadają nieledwie obsesyjne zapętlenie wokół tematów opuszczenia, końca. Celowo nie domykam tych określeń, bo zwarpowana twórczość duetu zasadza się na znaczącym udziale abstrakcji, pustki otaczającej bity i futurystycznego chłodu wskazującego na niedookreślone źródła lęków. Z drugiej strony na przykład trudno mi ich nazywać projektem. To zanadto spłycające, "techniczne", "producenckie" określenie, a emocjonalna, momentami nawet romantyczna strona ich muzyki jest dominantą mojego jej odbioru. Wiąże się to z kategorią autentyzmu, promieniującego z utworów Junior Boys w rzadko spotykanym stopniu. Ważne, że jest to prawda wielostronna, czyniąca Last Exit dziełkiem dojrzalszym, niż na przykład inny z elektronicznych klasyków minionej dekady, Neon Golden. Oszczędnie, jak gdyby z zawahaniem wydzielane rytmy mimo wszystko składają się, jakby rzutem na taśmę, na słodkogorzkie, popowe konstrukcje. Rozluźnienie związków pomiędzy poszczególnymi elementami muzycznymi zsyła na mnie myśli o utraconych połączeniach między głębszymi i bardziej powierzchownymi sferami psychiki człowieka zanurzonego w wirtualności dzisiejszego świata. I o złudnych więziach, jakimi próbują się karmić ludzie w dużej mierze bezbronni wobec takiego procesu.

Mnogość i istotność egzystencjalnych punktów odniesienia wydaje się współdecydować o wyjątkowości Last Exit. Muzycznie album ten z dzisiejszej perspektywy może zostać ujęty jako element prowadzącego do Causers Of This ciągu rozwojowego, świadectwo nowatorskiego sięgania między innymi do ejtisowych szkół songwritingu i wykonawstwa: do twórczości Scritti Politti, Prefab Sprout, Davida Sylviana. Raz nawet słuchane przez ścianę i przy hałasującej drukarce "High Come Down" wydało mi się podobne do "King of the Bongo". Nowoczesne przetwarzanie tych wpływów – po wejściu do pokoju, w którym stał sprzęt odtwarzający "High..." duch Manu uleciał i włączyły się skojarzenia z Justinem i Timbalandem – jest z kolei zdominowane przez introwertyczność i ascezę, które jawią się jako prawdopodobne efekty eskapistycznego odwrotu od nadmiaru bodźców płynących z hiperstechnicyzowanego otoczenia. Poza tym, że Jeremy Greenspan, Johnny Dark i realizator Matt Didemus znaleźli haki na nasze dusze, Last Exit jest wspaniałym herbarium pełnym ziołowych motywów zdolnych ukoić i zarazem subtelnie pobudzić strudzonego poszukiwacza finezyjnych, nieprzewidywalnych hooków. Specyficznie przebiega to kojenie i pobudzanie, jak przystało na członków poautechriańskiego zakonu, szepczących laickie modlitwy w czasie świtu powolnie przedzierającego się między gładkimi, milczącymi ścianami wysokościowców. –Andrzej Ratajczak


006Ariel Pink's Haunted Graffiti
The Doldrums
[2004, Paw Tracks]







(Stan Brakhage, Cat's Cradle, 1959)

Proszę sobie do tego puścić coś z The Doldrums. –Krzysztof Michalak


005Avey Tare & Panda Bear
Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished
[2000, Animal]

My mind is not unkind it's just not open.

Mamy 2010 rok i zdecydowanie potrzebujemy białych plam na mapie. Artefaktów z kosmosu, których nie będziemy w stanie pojąć, zgłębić, okiełznać. Skarbów, których wartością będzie brak zrozumienia pozostający w napięciu z wyzwalanym przez niego ładunkiem emocjonalnym. Sygnału, który znajdzie się poza rejestrem naszej wrażliwości i udowodni, że nasza zracjonalizowana emocjonalność obsługuje tylko bardzo wąskie spektrum. Słowem, nie potrzebujemy Kanta, potrzebujemy transcendencji.

Oskarżenie o egzaltację wisi jak miecz Damoklesa, ale kto mógł przypuszczać, że dwóch nieopierzonych dwudziestolatków nagra album, którego wielkości nie wytłumaczy ani nowatorstwo, ani jakość melodii. Muzykę zawartą na Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished można bowiem równie dobrze tłumaczyć wcześniejszymi dokonaniami Mercury Rev i Vashti Bunyan, co folklorystycznymi balladami Mickiewicza. Nie ma więc najmniejszego sensu doszukiwać się poprzedników, gdyż genialny pierwiastek leży nie tylko w kompozycjach (koegzystujące melodie, dziwne metrum, przepoczwarzanie się piosenek w swoje negatywy), lecz również w niespotykanej ekspresji. Ani Malinowski, ani Däniken nie wytłumaczą wam, skąd wzięły się te neurotyczne piramidy. Sam skłaniałbym się ku imiennikowi Ewangeliście, uznając że na początku były pokręcone opowieści w postaci wrzasków, cedzenia sylab, jęków i chórków, na które dopiero później zostały nałożone warstwy klawiszy, akustyka, abstrakcyjnych rytmów perkusji i dźwięków kosmosu. Czy jesteśmy o krok bliżej od rozwiązania zagadki? Wątpię.

Wydaje się, że dobrą strategią w pisaniu o Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished jest przytaczanie reakcji znajomych, bo nie dość, że obrazuje fenomen to jeszcze uwiarygodnia. Najmocniej wryła mi się w pamięć nocny powrót warszawskim metrem i mina kumpla, który na pytanie o album Avey'a i Pandy zareagował jak na wspomnienie prawiecznego bóstwa, którego lepiej nie wzywać. Racja. Sam, na wszelki wypadek, słucham Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished może dwa razy do roku, choć chciałoby się częściej, bo za każdym razem, gdy po seansie odkładam ją na półkę, doznaję tego samego odświeżającego i nakręcającego uczucia: nic nie rozumiem. –Jan Błaszczak


004Microphones
The Glow, Pt. 2
[2001, K]

Płytę ze słoniem w lesie umieściłem na pozycji pierwszej osobistego podsumowania, ale nie przeszkodzi mi to wyskoczyć z komentem miernym/chaotycznym/nie na miejscu/czas skończyć z pisaniem o muzyce? Z trudnością przychodzi mi samo myślenie o tym albumie, a tym bardziej komponowanie epitetów na piśmie – na nic nowego przecież nie wpadnę (patrz: nieszczególny przecież koment do Mount Eerie na liście sprzed lat). Może więc tak: podobnie jak wszyscy autorzy płyt naszego zestawienia (serio!), Phil Elverum bogiem nie jest. Z wszystkich autorytatywnych figur chyba najbliżej mu do nauczyciela WF-u – ot taki pan Andrzej na wycieczce szkolnej, poczciwina. Lubi pływać i pograć w piłkę, ogląda te same seriale, co Ty, ja i wszyscy których znamy, słucha sobie tego metalu całego. Trochę mu przybyło ostatnio kilogramów też, więc byłbym ostrożny z tym "najpiękniejszym człowiekiem wszechświata". Zwykły ziomek. Nie przeszkodziło mu to jednak w nagraniu jednej z "najładniejszych" i najbardziej nowatorskich płyt, jakie dane mi było w życiu usłyszeć – wykraczającego poza koncept "muzyki popularnej" albumu, który trudno skwitować inną kategorią niż dzieło sztuki. Tak, pytanie: "co jeszcze może osiągnąć muzyka?" jest w przypadku The Glow Pt. 2 ciągle aktualne, a całościowe przesłuchania tej kolekcji folk-popowych impresji na temat outer-noise'u, new-age'u, r'n'b, My Bloody Valentine i bitelsów ciągle traktować możemy jako highlight roku. Warto tylko pamiętać, że bycie zwykłym ziomkiem to w przypadku nagrywania epokowych płyt naprawdę "all it takes". –Patryk Mrozek


003Avalanches
Since I Left You
[2000, XL]

W pewnym konkurencyjnym podsumowaniu tytuł Since I Left You pada dwadzieścia pięć razy. No zajebiście, że dogmatyczny egalitaryzm hauntologicznie dźwigający filozoficzny bagaż całego dziesięciolecia wprawia zamorskich kolegów w oniemienie i zachwyt, każdy ma swoje fetysze, ale zapomina się tutaj o fakcie, że debiut Avalanches WYSYŁA W KOSMOS. Ja jak pierwszy raz usłyszałem otwierające dwa utwory, to słynne przejście trwające następne pół piosenki, to złamałem swoje krzesło, pokłóciłem się ze swoim ojcem, a następnie jeździłem na rowerze przez trzy godziny pobijając swoje rekordy prędkości. Trzeba kurde pamiętać, ze ta płyta to energetyczny roztańczony zastrzyk wypełniony najlepszymi samplami jakie usłyszycie (mój ulubiony: pierwsze sekundy "Live At Dominoes"), uniwersalnie trafiający nawet do mojego ziomala ze smutkiem reagującego na słowo "pop". Ze wstępem do "Two Hearts in 3/4 Time" skręcającym ze sobą dwie półkule mózgu, z najlepszym chórkiem ever w "Close To You" i gwiazdorskim "Frontier Psychiatrist" The Avalanches są kochani przez cały świat nie dlatego, że łączą totalnie (Negativlandu nie da się słuchać), a przez zabawę. Dlatego zamorscy koledzy, pamiętajcie, że poza wielopoziomowym systemem kontekstualnym warto sobie wybrać swój ulubiony sampel. –Ryszard Gawroński


002Radiohead
Kid A
[2000, Parlophone]

Ojejku, ile się działo przez ostatnie dwa tygodnie tutaj. Cieślak, Czosnek, McEnroe, szkoda, że podsumowanie zbliża się do końca i szkoda, że jego czternasta odsłona – co było do przewidzenia – jest tą najnudniejszą. A już czwarty album Radiohead to w ogóle, skoro ostatnią nową rzecz napisano o nim na początku 2003 roku, a większość kolejnych analiz to jakieś ociekające spermą ochłapy.

Pięć lat temu Borys opisywał kult, jaki pierwsze pokolenie Porcys zbudowało sobie wokół albumu, rytuał odtwarzania płyty raz na rok w dniu urodzin, i takie lekko pretensjonalne "wtajemniczenie". Ale no... to było dawno. Mam silne wrażenie, że od tego czasu rzesze niewiernych uznały – pewnie trochę też na zasadzie prania mózgu – wielkość Kid A jako niezaprzeczalną wartość obiektywną. Ten koment miał składać się z krytycznych recenzji, ale na szybko znalazłem tylko tę na rockmetal.pl (w ogóle śmieszna historia – bo poznałem Szymona na balkonie mojego najlepszego przyjaciela i cokolwiek sądzicie o 4/10 i tej tam argumentacji – Szymon jest arcyciekawą postacią). A skoro wszyscy wyraźnie słyszą rangę tego albumu, rangę przemiany podejścia do muzyki, jaka nastąpiła po wydaniu OK Computer, skoro wszyscy wiemy, że Kid A to szczytowe osiągnięcie w historii zespołu o obłędnie wysokiej średniej jakości nagrania, to całość "kultu" jakoś przestaje się sprawdzać. Mi przez tę dekadę również większość metafizyki z Kid A wyparowało, choć wielokrotny orgazm w ucho wciąż murowany. Album towarzyszył mi przez tę dekadę w coraz to nowych sytuacjach i, niezależnie od okoliczności przyrody, przez trzy kwadranse strzelał mnie dziesiątkowością w czerep – podczas tej, kluczowej zapewne dla reszty życia, dekady, zmieniło się niemal wszystko: zainteresowania, dalsi znajomi, stan umysłu, waga ciała, liczba dioptrii, adres. Kurwa, nawet pies zdechł. To nie były może bardzo szalone lata, ale i tak jedną z nielicznych stałych jest właśnie radość z posiadania uszu ilekroć odpalam "Everything In Its Right Place". –Filip Kekusz


001Modest Mouse
The Moon & Antarctica
[2000, Epic]

Nie wiem czy młodzież pamięta, ale pierwszym gościem, który zauważył, że coś tu się grubszego święci był założyciel PFM, kiedy oznajmił spokojnym tonem w pradawnej recy debiutu Modest Mouse na sześć z hakiem, że generalnie to jemu się podoba i jest na tak, a na marginesie to podobnego grania nie było wcześniej w historii. No bo nie było. Wśród głównych inspiracji Brocka wymienia się rzeczy, które można usłyszeć na trzech pierwszych longplayach Modest tylko przy uruchomieniu głębokich pokładów wyobraźni: Waits ujawnia się dopiero na Good News, Theleniousa Monka nadal szukam, a ci Ramones i ten rzekomy celtycki folk… może gdzieś tam Pogues pobrzmiewają w bezpiecznej odległości. Więc gdy decyzją Brocka zespół stojący przed niełatwym wyborem – bić się dalej o niezal-lo-fi'ową chwałę w barwach Up, dołączyć do niedawno powstałego majorsa z ambicjami (Dreamworks) lub zasilić pierwszorzędny skład Epic – ostatecznie stawał u boku Celine Dion i Glorii Estefan, pozostawała kwestia jak ten materiał majorsowo wyprodukować, żeby nie spieprzyć unikatowości.

No i Deck nie spieprzył, odwrotnie, cud stał się ciałem. Krystaliczna wyraźność i setki edycyjnych ingerencji nie przekreśliły całkowicie mocarnej punkowej energii Lonesome, wskrzeszanej w spienionym ataku wioseł "Dark Center Of The Universe", na zmianę galopującym i charczącym "A Different City", ewokującej kowboja Dana monumentalnej, ściskającej za gardło w poczuciu beznadziejności, wielowątkowej metafizycznej balladzie "Life Like Weeds", a także najsurowszym fragmencie, celowo zupełnie nieprzystającym do reszty, niepozornym anty-epickim closerze "What People Are Made Of". Za to produkcja ubrała songwriterski i tekstowy geniusz Brocka na Moon, wraz z jego niepowtarzalnymi odległymi gitarami, w pomnikowość, taką atmosferę trochę z innego wymiaru. Wyrażoną nie tylko finałowym odpływem w kosmos potężnego "The Stars Are Projectors", nie tylko takim szczegółem, że Brock w kilku wersach "3rd Planet" streścił łez padół i cywilizację (z pewnym takim przymrużeniem oka), ale przede wszystkim jakąś nie do końca namacalną rozkminą i łączeniem zagadnień z zakresu eschatologii i najbardziej abstrakcyjnymi aspektów fizyki. To jest wielka, niezgłębiona tajemnica tej płyty, "The universe is shaped exatly like the earth, if you go straight long enough you'll end up where you were", "Where do circles begin?" i struktura utworów, obsesyjne powtarzanie fraz, całych sekwencji. Powstaje wrażenie jakby zwykłe proszki do prania rywalizowały ze sobą na jednym poziomie w różnej odległości, później następowało zakrzywienie czasoprzestrzeni i dopiero Modest, showing strong influences from the Pixies and Jane's Addiction, but they've also got their personal style which is unlike anything I've heard before. –Michał Zagroba


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI
ObjektCocoon Crush