SPECJALNE - Wywiad

Wywiad ze Steve'em Masonem

24 grudnia 2016

Nigdy nie zapomnę tej wycieczki do Berlina. Steve ma w sobie takie ciepło i bezpretensjonalny sposób wyrażania się, że pozwala poczuć się rozmówcy komfortowo i pewnie. Fragment o kolejności umierania Beatlesów był chyba najzabawniejszym momentem, jaki przeżyłem podczas przeprowadzania wywiadu, ever. Śmialiśmy się obaj dobrych kilkanaście sekund. Było też sporo o polityce, złośliwe wstawki na temat innych, znanych muzyków, no i mnóstwo szczerej retrospektywy w wykonaniu Szkota. A potem koncert, na którym ten targany od lat sinusoidą depresji i cudownych ozdrowień wrażliwiec okazał się fantastycznym wodzirejem, kabareciarzem, standuperem. Powtórzę: nie-za-pom-nia-ne przeżycie.


To dla nas prawdziwa przyjemność. Porcys istnieje od 15 lat, śledziliśmy Twoje poczynania od samego początku. Mogę się mylić, ale chyba w tym roku przypada okrągła, dwudziesta rocznica powstania Beta Band. Nie wiem, czy to dla Ciebie wygodny temat, ale chętnie pogadałbym o tamtych czasach...

Ależ pytaj o co chcesz! Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek rozmawiał na żywo z polskim dziennikarzem, więc śmiało – to ty decydujesz, o czym pogadamy.

Super, w takim razie jeśli nie masz nic przeciwko, to pojechałbym chronologicznie, po trochu z każdego etapu... A podejrzewam, że każdy jest bardzo interesujący dla naszych czytelników.

Jasne, dajesz.

Więc zaczynając od początku... Dlaczego zająłeś się muzyką? Gra na instrumentach, układanie piosenek – to niebanalne zajęcia [a przynajmniej kiedyś były – przyp. mój], a zatem zawsze ciekawi mnie, co natchnęło artystę do takich działań i kiedy to się zaczęło?

Kiedy byłem małym chłopcem to wciągnęła mnie taka grupa, nie wiem czy o niej słyszałeś – Adam And The Ants?

Oczywiście.

No więc jako dzieciak bardzo się wkręciłem w tę kapelę. Szczególnie w partie perkusji – bębnienie na dwa zestawy. To właściwie moja pierwsza miłość: perkusja. Ale mama nie chciała kupić mi zestawu perkusyjnego, kupiła mi tylko pałki. Same pałki. Więc zrobiłem sobie prowizoryczne bębny z poduszek.

Ile miałeś wtedy lat?

Ja wiem, może z osiem? Więc bawiłem się tymi moimi niby-bębnami. A potem poszedłem do szkoły średniej. Na tym etapie mama zrozumiała w końcu, że ta moja pasja do bębnów raczej nie minie, więc kupiła mi tani, najgorszej jakości zestaw perkusyjny. Ale dla mnie to był szczyt marzeń – grałem całymi dniami. Tymczasem w szkole koledzy założyli zespół rockabilly. Szykowali koncert, więc przyszli do mnie i oznajmili, że jest taki amerykański gatunek muzyki zwany "surf", gdzie głównie gra się na bębnach, a ich bębniarz nie dawał rady. Spytali, czy ja to potrafię, więc odparłem, że owszem. Oczywiście blefowałem. Posłuchałem kawałka, który mi podsunęli i nauczyłem się go.

A więc zaczynałeś jako bębniarz.

Tak, byłem perkusistą we wszystkich zespołach, w których grałem przed powstaniem Beta Band, gdzie dopiero nauczyłem się śpiewać i komponować piosenki. Ale wcześniej siedziałem za zestawem perkusyjnym. Potem poznałem gościa, który chodził do naszego college'u rok niżej. Ja w międzyczasie zostawiłem szkołę i zostałem mechanikiem samochodowym. Wtedy na trochę przestałem zajmować się muzyką. Rodzice powtarzali mi, że nic nie zarobię z grania muzyki. Wiesz, takie typowe gadanie, bla bla bla. W sumie nie wiedziałem, dlaczego to robię. Młodzi ludzie zwykle nie wiedzą, dlaczego coś robią. Po prostu próbuje się różnych opcji, a potem rodzice krytykują tę jedną, która akurat sprawia ci frajdę. Więc tak, byłem mechanikiem. I nawet mi się to podobało. Ale poznałem Gordona. Byliśmy rówieśnikami, obaj chcieliśmy założyć zespół w tym małym miasteczku, ale wszyscy którzy coś grali, byli od nas znacznie starsi. A poza tym ich muzyka wydawała nam się słaba. Takie tam gówniane ejtisowe granie. Więc to odpadało. Ja grałem na bębnach, Gordon na gitarze. Dość szybko nauczył mnie, jak grać na gitarze. Pokazał mi, że umiem śpiewać, pozwolił mi śpiewać jego melodie. Przełamałem strach i wstyd związany ze śpiewaniem. Odnalazłem w sobie pewność siebie i poczułem się wreszcie jak mężczyzna. Kiedy zaczęliśmy wspólnie z Gordonem pisać piosenki, otworzyłem się na więcej inspiracji. Nie tylko muzycznych, ale też na sztukę, malarstwo, poezję. Nagle olśniło mnie, że wokół nas jest wspaniały, artystyczny świat, który czeka, żeby go odkryć. Wystarczy trochę odwagi, żeby go zbadać i rozmawiać o tym z ludźmi. Zacząłem sam chodzić po galeriach sztuki. Patrzyłem i myślałem sobie – o, to mi się podoba, o, to jest niezłe. A potem wracałem tam z Gordonem – artystą, który miał jakąś wiedzę – i on objaśniał mi, że to jest osobny świat, w którym obowiązuje inny język. To cudowne, że mogłem poznać tego niesamowitego człowieka. Co było potem? Skracając tę przydługą historię: przeprowadziłem się do Londynu. Moja ówczesna dziewczyna przeprowadziła się do Londynu, więc pomyślałem – jadę z nią i tym razem na serio zajmę się muzyką. Dosyć już tej roboty mechanika. Namawiałem Gordona, żeby też się przeprowadził, w końcu się zgodził. Z tym, że ja byłem trochę szalony, a Gordon... Gordon naprawdę był wariatem. Serio, nie było w tym nic zabawnego. I ten stan się pogarszał. Na tyle, że Gordon musiał wrócić z powrotem do Szkocji. Do szpitala psychiatrycznego. A ja zamieszkałem z kolegami Gordona. Jeden z nich studiował sztukę – to był John. A drugim był Robin, który został naszym perkusistą. Zaczęliśmy pracować nad piosenkami, które ułożyłem. John kupił sampler. I tak powstała nasza demówka. Pracowałem wtedy jako kurier motocyklowy. Jeździłem po Londynie rozwożąc przesyłki, czasem odwiedzając różne wytwórnie płytowe. Przy okazji zostawiałem im nasze demo. Ale nikt się do nas nie odezwał. Aż kiedyś znajoma znajomej poszła do Parlophone w sprawie zupełnie innej grupy. Poprosiłem ją, żeby przy okazji wzięła nasze demo.

Czy na tym etapie nazywaliście się już Beta Band?

Tak, tak. To był chyba 1995 rok. Wszystko zadziało się tak szybko. Mieliśmy szczęście, chociaż nie mam wątpliwości, że zadecydował też mój talent. Oraz desperacja. Żeby się udało, trzeba o tym myśleć non stop, dzień w dzień, 24 godziny na dobę, bez żadnej chwili zawahania.

Trochę kokietujesz z tym szczęściem. Moim zdaniem wczesne nagrania Beta Band były bardzo oryginalne na tle ówczesnej sceny brytyjskiej. W sumie nikt nie grał wcześniej w ten sposób. Interesuje mnie, skąd ten eklektyzm. Niektórzy recenzenci używali określenia "folk hop", bo akustyczne gitary w połączeniu z samplami i hip hopowymi bitami brzmiały mega świeżo. Skąd tak odległe inspiracje?

Ja i John mieliśmy fioła na punkcie hip hopu jeszcze od czasów szkolnych. Moje pierwsze spotkanie z tą stylistyką przypada na jakiś rok '82 czy '83. Gdybym był czarny, z pewnością skończyłbym jako MC. Ale nie jestem czarny, jestem drobnym koleżką ze Szkocji. A drobni kolesie ze Szkocji... Niewielu z nich potrafi rapować. Więc jarałem się Adam and the Ants i punk rockiem, ale potem miałem fazę na hip hop i electro, a jeszcze później zajawkę na soul, Motown, blues, ska, reggae... Aż pojawił się acid house, który też sporo zmienił. I kiedy startowaliśmy z Beta Band, to w mojej głowie było tyle tropów, skojarzeń, odniesień. Wszystko, co tylko chcesz. Ale tak naprawdę najbardziej na świecie kocham muzykę pop. Popowe piosenki. Ciężko to wyjaśnić, ale po prostu wiedziałem, że w Beta Band muszą być piosenki. Ale wtedy myślałem sobie – przecież kocham też hip hop, dub i reggae. Czyli kombinowaliśmy tak – ułożymy jakąś piosenkę, John zrobi do niej bit i dobierze sample, dołożymy głęboki bas i dużo perkusji, bo przecież od zawsze uwielbiałem perkusję... Zmieszajmy to wszystko ze sobą...

Brzmi bardzo ambitnie, bo zwykle zespół zaczyna jako zdefiniowany – "gramy punka", "gramy bluesa", "gramy metal"...

Właściwie Beta Band to był rodzaj reakcji na to wszystko, co muzycznie działo się w owym czasie na Wyspach. Wiesz – Blur, Oasis, Verve... A myśmy chcieli pokazać FUCKA tym gwiazdom rocka. Nienawidziłem ich. Dziś może więcej we mnie poprawności politycznej i nieco inaczej rozumiem słowo "nienawiść". Nienawidzę Tony'ego Blaira i George'a Busha. A nie jakichś Oasis czy Verve. Ale wówczas miałem dosyć kapel, które ciągle tylko ćpały, upijały się i ogłaszały "jesteśmy pieprzonymi gwiazdami rocka". Nasza odpowiedź brzmiała: otóż nie, jesteście pieprzonym żartem, kliszą, a wasza muzyka to denne M.O.R., które w ogóle do mnie nie przemawia, zwłaszcza te żałosne teksty. Serio, niektóre ich rymy były kompromitujące. I jeszcze przedstawiali to jak wielką sztukę. Że co? Więc uznaliśmy – załóżmy zespół, który naprawdę będzie robił sztukę. Muzykę "nieustraszoną" w eksperymentach i poszukiwaniach. W tym sensie dla mnie Beta Band to kapela punkowa. Bo nigdy się nie sprzedaliśmy. Nigdy nie chodziło nam o pieniądze. Kasę którą dostaliśmy od wytwórni zamieniliśmy na sztukę. Nie posiadaliśmy niczego. Ani domu, ani samochodu. Wydaliśmy wszystko na instrumenty i na trasę koncertową. Kiedy zespół się rozpadł nie miałem nic. Dosłownie: nic. Pracowałem na budowie miesiąc po rozpadzie Beta Band. Dla mnie to punkowe podejście – wziąć forsę z korporacji i zainwestować ją w całości w sztukę.

Muszę o coś spytać – jak często na etapie 3 EP's ktoś mówił Ci, że Twój głos przypomina głos Paula McCartneya? Pamiętasz takie sytuacje?

[śmiech] Szczerze to nie bardzo...

A gdybym Ci teraz wyjechał z takim porównaniem, to uznałbyś to za komplement? Dla mnie podobieństwo barwy i ekspresji jest chwilami łudzące. Czy Beatlesi jakoś Cię inspirowali, czy to zupełny przypadek?

Mam problem z Beatlesami. Bo z jednej strony powiedzieć "nie lubię Beatlesów" to trochę absurd. Ale z drugiej strony ja już nie potrzebuję o nich rozmawiać czy nawet ich słuchać. Wyjaśnię Ci to... Dorastając w Wielkiej Brytanii co krok stykasz się z pewnego rodzaju "revivalismem"... Media regularnie wracają do lat 60., wieeesz, "kiedy Wielka Brytania była wspaniała". Ach te lata 60., flagi państwowe, wygraliśmy Mistrzostwa Świata w piłkę... Co za pieprzone gówno? Co mnie to obchodzi? A co z dniem dzisiejszym? Gdzie teraz jesteśmy? Gdzie ta oczekiwana zmiana, gdzie sztuka? Co dziś dajemy światu? Wojnę, śmierć i ogólne zniszczenie. Wracając do Oasis i Blur... Ich komunikat pobrzmiewał bardzo nacjonalistycznie. I to mi się nie podobało. Wracając do Beatlesów... Nie umiem o nich rozmawiać, bo są we mnie. Ktokolwiek naprawdę kocha muzykę, ma ich w sobie. Są częścią muzycznej podróży. Zwykle zaczyna się ona od pierwszej piosenki Beatlesów, jaką się usłyszy. Nie da się ich nie kochać. Jak Chuck Berry, Elvis czy Bob Marley – są podstawą fundamentem. Jeśli ktoś sądzi, że mój głos brzmi jak Paul McCartney – dla mnie spoko. Bo co mam powiedzieć? Że moim ulubionym Beatlesem był George? A potem John. Paula akurat lubię najmniej, bo z wiekiem coraz bardziej wydaje się fiutem ["prick" – przyp. bd]. Jako osoba. Jakby... Coś mi się w nim nie zgadza. Nie wiem dokładnie co, ale coś się nie zgadza. W ogóle moim zdaniem Beatlesi umierają w złej kolejności...[śmiech]

[śmiech] Mam to puścić w wywiadzie?

Jasne, mam to w dupie. Kolejność powinna być taka: Paul, Ringo, John i dopiero George jako ostatni. [śmiech]

Opowiedz o tym, jak powstał pierwszy longplay Beta Band, czyli self-titled.

O boże... Ależ to były trudne czasy. Cierpiałem wtedy na poważną depresję i stany lękowe. Napisałem trochę szkiców piosenkowych, ale żadnego nie ukończyłem. Więc nagle wpadliśmy na genialny pomysł: ukończmy ten materiał w studio. Uprzedzam: nigdy tego nie róbcie. Chociaż najpierw zaczęliśmy pracę w małym studio koło Brighton. Tam mieliśmy próby przez jakieś dwa tygodnie. Tam zamknęliśmy cztery piosenki. "It's Not Too Beautiful", "Round The Bend", "The Hard One" i coś jeszcze. Kosztowało nas to sporo pracy. Mieliśmy narzucone terminy, więc zamiast je olać, to kończyliśmy resztę materiału rzutem na taśmę, za pięć dwunasta. A to kiepski pomysł.

Ale dzięki temu ta płyta brzmi bardzo spontanicznie! Na przykład opener, de facto numer rapowy. O co chodziło?

Do dziś czuję się zażenowany, słuchając tego kawałka. Jest mi po prostu wstyd.

Ależ to komediowy utwór w najlepszym tego słowa znaczeniu!

Cóż, ja go nie lubię.

W tekście "Round The Bend" pada nawiązanie do Beach Boys. To była ironia, czy próba ich docenienia? Pytam, bo osobiście kocham Beach Boys nad życie.

My też ich uwielbialiśmy. Zwłaszcza ten album... No, ten... Ten po Pet Sounds...

...było SMiLE, które wyszło jako Smiley Smile.

O, właśnie, Smiley Smile. Sporo tego słuchaliśmy. Oni też mieli zajawkę na dziwne perkusjonalia. A mnie to interesowało. Pomysły, harmonie, wszystko. To trochę ta sama liga, co Beatlesi. Część Muzyki przez duże M. Jeśli Muzyka jest Układem Słonecznym, to Beatlesi i Beach Boys są w nim naprawdę dużymi planetami [sprytne odniesienie do piosenki "Solar System" z płyty Love You – przyp. bd]. A wszystko inne krąży wokół nich. Trzeba ich docenić, nawet bez jakiejś wyraźnej, bezpośredniej inspiracji. Wiesz, Pet Sounds wyszedł przed Sierżantem Pieprzem, więc... W dzisiejszych czasach ciężko jest sobie wyobrazić, jakie to było uczucie wysłuchać płyty w rodzaju Pet Sounds w dniu premiery. To musiało być chore doświadczenie.

Bo i gość, który ją stworzył był chory.

Tak, dokładnie. Więc tak, Beach Boys to dla mnie poziom Beatlesów. A co do Wild Honey wspomnianego w tekście "Round The Bend" – bardzo lubię ten album. To nie było ironiczne, po prostu tego słuchałem i o tym wspomniałem.

Niektórzy mawiali, że Hot Shots II to "popowy" album Beta Band, w najbardziej otwarty sposób. Mniej psychodeliczny, eksperymentalny... Jak to widzisz?

Nie zgadzam się. Jezu, przecież to totalnie odjechany album. W ogóle ja chciałem nagrać płytę w stylu r&b. Timbaland, Darkchild – to były wtedy moje fascynacje. Dlatego zaprosiliśmy do współpracy Colina Emmanuela, który specjalizował się w brytyjskiej odmianie komercyjnego r&b. Typ znany jako C-Swing. I myślę, że wyszła nam świetna płyta, tylko że słabo zmiksowana. Brzmienia są super, tylko zostały słabo ze sobą sklejone. Ostatecznie jestem z niej dumny. Są tam znakomite kawałki. Na pewno lepsze od pierwszego longplaya.

"Squares" było – jak na was – hitem z tej płyty. Główny motyw zsamplowaliście. Znam ludzi, którzy uwielbiali tę piosenkę, ale potem rozczarowali się, słysząc oryginał. Pytanie z cyklu dyskusja akademicka: skoro w hip hopie takie praktyki są od zawsze dozwolone, to czy w muzyce pop też wypadałoby dać artystom przyzwolenie na samplowanie refrenów z cudzych utworów?

Jeśli znasz i rozumiesz korzenie Beta Band, to wiesz, że dla nas sampling był czymś absolutnie normalnym. Akurat ten sample był rodzajem refrenu, ale wszystko co wydarzyło się wokół tego motywiku to po prostu nasza piosenka. Mnóstwo tam dodaliśmy. A cały sens w użyciu tego sampla polegał na odwróceniu klimatu oryginału. Oryginał był słoneczny, lekki i pogodny. My zrobiliśmy coś mrocznego i smutnego. Na tym polega kreatywne samplowanie. Jeśli kogoś taki zabieg rozczarowuje, to brakuje mu chyba wyobraźni. To sztuka. Artyzm. Nadawanie starym dźwiękom nowego znaczenia. Lubię to.

W utworze zamykającym Hot Shots II śpiewałeś, że jesteś kolesiem, który lubi być sam. Czy nadal przy tym obstajesz? A może to zbyt osobista sfera, żebym o nią pytał...

Nie, skąd, pytaj o co chcesz. Niedawno przeprowadziłem się do Brighton. Wcześniej przez jakieś 4 lata mieszkałem dosłownie w lesie, w Szkocji. Wtedy lubiłem być sam. Ale cały tekst tamtej piosenki dotyczy depresji. W tamtym okresie byłem dziwakiem, emanowałem mrokiem. Ludzie chyba nie bawili się zbyt dobrze w moim towarzystwie. Dzięki Bogu to już minęło. Sporo się napracowałem, żeby poukładać sobie w głowie.

W ogóle tekst "Eclipse" wydaje mi się czymś unikatowym. Taki strumień świadomości w popowej balladzie – raz za krótkie, raz o wiele za długie frazy. To był jakiś głębszy zamysł, koncept?

Dawno tego nie słuchałem, ale z tego co pamiętam, to chodziło mi o spisek polegający na ukrywaniu przez establishment prawdy przed ludźmi. A także o tym, że historię piszą zwycięstwa. Takie tam... Podczas pracy nad Hot Shots sporo czytałem o historii czarnych narodów – o Afryce i o kolonizacji Afryki. I olśniło mnie, jak wiele faktów ukrywa się przed nami w białej wersji wydarzeń. Te wszystkie potworne rzeczy, które Europejczycy zrobili w Afryce. Tutaj unika się tematu. Przeraziło mnie, jak bardzo pozbawione historycznego głosu są ofiary. Nawet teraz w telewizji reportaż o Afryce to zawsze przykre obrazki – ludzie głodują, umierają w biedzie. Czy ktoś zastanawia się, dlaczego tak jest? Oczywiście z powodu rzeczy które my zrobiliśmy 200 lat temu. I szczerze mówiąc robimy nadal. Chociażby wątek kopalń w Kongo – przecież to się dzieje teraz. Wiadomości są takie, jak chce tego establishment, rząd. Nie ma żadnej równowagi racji, interesów. Ech, to długa historia.

Mam tu coś... Ciekawe, czy to rozpoznasz... To singiel "To You Alone" / "Sequinsizer". Niektórzy porównywali te tracki do Aphex Twina, do IDM-u. To najbardziej elektroniczne wcielenie Beta Band?

Dziwne, co? Przy "To You Alone" chcieliśmy zmieszać r&b z The Who [śmiech]. I chyba tak to właśnie brzmi. Znowuż – dawno tego nie słyszałem... Wiesz, czasem problem z Beta Band był taki, że brakowało nam odpowiedniego producenta. Człowiek który z nami pracował nie do końca kumał, o co nam chodzi. Myślał, że coś nam odbiło. Zresztą nie on jeden. Moim zdaniem Beta Band zasługiwało na specjalny podział ról producenckich. W idealnym świecie, załóżmy, że John Leckie zająłby się żywym aranżem zespołu, a dajmy na to Timbaland dołożyłby do tego bity. I dopiero połączenie tych światów dałoby zamierzony efekt. Ale nas nie było stać na takie nazwiska. Więc mogło być wspaniale, a wyszło tylko OK. Więcej nawet, wyszło unikatowo... W sumie gdybyśmy zatrudnili najdroższych mistrzów, to brzmienie byłoby zbyt wypolerowane? Lekkie niedoprodukowanie może wyszło tym kawałkom na dobre?

Heroes To Zeroes? Co sądzisz o tym albumie?

Yyy... Hmmmm...... Czekaaaj.... O Boże, pamiętam z niej tylko ze dwie... No, może trzy piosenki. "Assessment", "Liquid Bird" i jeszcze... Zaraz, jak to leciało? Po prostu nie pamiętam, co tam było poza tymi numerami. Naprawdę lubię "Assessment", uważam że ta piosenka mogła być większym przebojem. Kryje w sobie potężną piosenkę pop, ale najwyraźniej tego nie wyeksponowaliśmy. Sporo czasu spędziliśmy na pracy nad tym albumem. Co najmniej 6 tygodni. Tytuł to klasyczne Beta Band, ponadto oddaje moje nastroje z tamtego etapu. Bo wiesz, to był dla nas bardzo mroczny czas. A zwłaszcza dla mnie osobiście. Oczywiście było też sporo śmiechu, mnóstwo wspaniałej sztuki, zrobiliśmy kilka naprawdę niesamowitych rzeczy, ale w mojej głowie był wtedy mętlik. Stąd tytuł – jesteś ulubieńcem wszystkich dookoła i nagle to mija, przestajesz się liczyć. Ale przyznam uczciwie, że sami się do tego przyczyniliśmy. Ja tam byłem przerażony wizją sukcesu. Kiedy podpisaliśmy kontrakt z EMI na 4 albumy i dostaliśmy 150 tysięcy funtów w formie czeku, to powiedziałem naszemu menadżerowi – nie, nie chcę tego. Bałem się. Wolę wrócić do pracy kuriera. Ale weszliśmy w to, wiedząc, że ktoś od nas czegoś chce. Nie ma nic za darmo. To biznes. Zawsze bałem się, że pieniądze wmieszają mi się w proces twórczy. Oczekiwanie, że zarobimy kasę. Wytwórnia która nas wzięła, Parlophone, miała wtedy w swojej stajni Coldplay, Radiohead i Robbiego Williamsa. Wszyscy uwielbiają pieprzone Radiohead, ale Coldplay i Robbie Williams? Są jakby... No wiesz... Ale pomyśl, że ci trzej wykonawcy zapłacili Beta Band za zrobienie tego, co zrobiliśmy. W pewnym sensie tak było. Czasem próbuję sobie wyobrazić, jak to jest być Chrisem Martinem. Koleś wydał tyle bestsellerów, więc kiedy siada do pianina albo z gitarą i pisze kolejną piosenkę, to ma poczucie, że każda nuta może być warta setki tysięcy funtów... Co za presja! Jak on to robi? Ja nie chciałbym mieć tej świadomości, układając melodię.

I to konkretnie była główna przyczyna rozpadu Beta Band? Czy były inne?

Nie, raczej chodziło o powody natury osobistej. Oraz pieniądze. Forsa się kończyła, my nic nie zarabialiśmy, EMI już nie chciało nas kredytować, i tak wisieliśmy im z milion funciaków. Ale też tarcia, napięcia wewnątrz składu. Zwyczajnie zabrakło w tym frajdy i nikogo za to nie winię, po prostu coś między nami umarło śmiercią naturalną. Wiem, że nie pomagałem w tej sytuacji swoim zachowaniem, swoimi depresjami. Skończyła się sztuka, bo zostawiliśmy po sobie 4 albumy, wliczając 3 EP's, a na nich było tyle pomysłów, że ciężko utrzymać ten poziom kreatywności na dłużej. Do dziś mam wrażenie, że nie odzyskałem tej weny. Siadam, wymyślam coś i dociera do mnie, że już to kiedyś zrobiłem.

Podziwiam takie wyznania. Wracając do Oasis – wiesz co Noel Gallagher mówił przy premierze każdej nowej płyty Oasis? "Ta jest najlepsza poza What's The Story... Ty mówisz coś odwrotnego – że być może najlepsze lata w muzykowaniu masz już za sobą.

Nie, ale wiesz, Noel to naprawdę zabawny i inteligentny gość. Nie lubię jego muzyki, wydaje mi się najgorszą rzeczą pod słońcem. Jest tak daleko od mojej definicji dobrej muzyki, jak można sobie tylko wyobrazić. Ale szanuję tego typa. Każdy chciałby z nim pogadać. Ale dla mnie to nie artysta, a biznesmen. Ale wydaje się być dobrym człowiekiem. Zawsze kierowały nim dobre intencje. Pamiętajmy jednak, że fakt popularności czy zysku nie oznacza od razu, że coś jest DOBRE artystycznie.

Wiadomo. Teraz przeskok do King Biscuit Time. Dlaczego zacząłeś solowy projekt kiedy Beta Band jeszcze istnieli?

Zdaje się, że byłem już wtedy nieco sfrustrowany demokracją w studiu – każdy miał swoje pomysły i trzeba je było brać pod uwagę. Zespołowi wychodziło to na dobre, ale miałem też szkice, które chciałem ukończyć sam, bez wtrącania się kolegów. I stąd solowy projekt. Co ciekawe reszta Beta Band nie polubiła muzyki King Biscuit Time. A ja sądzę, że EP-ka No Style była kozacka. Jedna z najlepszych rzeczy, jakie w ogóle stworzyłem. Może produkcja nie powala, ale robotę robią piosenki. "I Walk The Earth" dzisiaj trochę bym skrócił, tak do trzech minut. Ale jako numer ciągle się broni. Ludzie uwielbiają ten kawałek. Od paru lat nie grałem go na żywo – może powinienem to zmienić? Lubię też longplay Black Gold. Sporo tam mocarnych tracków. Jestem dumny z tego albumu. Bo w ramach King Biscuit Time zawsze wszystko robiłem sam.

Słowo o duecie Black Affair?

To projekt w estetyce electro... Moment rozpadu Beta Band był dla mnie bardzo dotkliwy. Potrzebowałem udowodnić sobie, że potrafię nagrywać dobre rzeczy w innym składzie. Pewnie dlatego, że rozstaliśmy się w kiepskich relacjach. Chłopcy zachowali się w stosunku do mnie dość nieładnie. Padło sporo niepotrzebnych słów. Pomyślałem wtedy: "pieprzę was, piosenki które napisałem płaciły wasze rachunki, fundowały wakacje wam i waszym panienkom, to ja napisałem te kawałki". Oni chcieli zaistnieć na rynku, poznać znanych ludzi, pokazać się tu i tam... A ja miałem to centralnie w pompie. No i trochę się na siebie pogniewaliśmy. Uznałem, że King Biscuit Time brzmi trochę zbyt podobnie do Beta Band. Chciałem zrobić coś kompletnie innego. Przeczuwałem, że electro wróci do łask. Miałem dosyć gitar, wciągnęły mnie automaty perkusyjne i ejtisowe syntezatory. Nagrałem płytę, ale nie miałem wtedy żadnego kontraktu, więc aż rok zajęło mi wydanie tego materiału. W tym czasie wiele osób zaprezentowało rzeczy w tym stylu. Mocno mnie to sfrustrowało... Ale lubię tę płytę. Sądzę, że są tam świetne melodie. Sporo moich fanów nie lubi tej płyty. Ale średnio raz na rok zdarza mi się spotkać gości, którzy jarają się tym krążkiem. Natomiast większość pyta – po co w ogóle to nagrałeś? Tylko że wiesz – ja robię muzykę dla siebie. Inaczej się nie da. Nie myślę o "targecie", o moim docelowym "sformatowanym" odbiorcy. Tak do muzyki podchodzą Noel Gallagher albo Chris Martin. Nie ja [śmiech].

Przejdźmy do Twojej solowej twórczości... Nagrałeś trzy solowe albumy, powiedz coś o każdym z nich? Czym się według Ciebie różnią?

Boys Outside to była próba nagrania współczesnego "mrocznego" albumu popowego. Ten materiał łączy elementy z Black Affair i typowe dla mnie, gitarowe zagrywki. Produkcja wyszła znakomicie. Kilka numerów nadal gram na żywo. Druga solowa płyta, Monkey Minds In The Devil's Time to polityczny koncept album. To także historia mojego życia w pigułce. Świadectwo mojego politycznego przebudzenia. Dla mnie to płyta o tym jak władze manipulują dziecinnym społeczeństwem. Smuci mnie, że zniknęło pojęcie indywidualnego rozumu. Moje przesłanie jest następujące: chcecie pełnej wolności, to nie uda się jej osiągnąć bez walki. To symbolizuje sztorm w finałowej piosence. Jeśli zaś chodzi o najnowszą płytę, Meet The Humans, to relacja z tego, gdzie jestem obecnie w życiu. Wyszedłem z lasu, wróciłem do miasta, mieszkam teraz w Brighton i czuję się z tym o wiele szczęśliwszy. Zniknęły wszystkie demony, mogę cieszyć się życiem. To mówi sam tytuł: nadszedł czas, by wyjść z ukrycia i poznać ludzi. Tego potrzebowałem.

Potrafiłbyś wskazać niemuzyczne inspiracje, które Cię ukształtowały? Nie wiem, książki, filmy... Cokolwiek?

Na pewno książki. Naczytałem się sporo o historii czarnych ludzi. Chociażby biografia Malcolma X. Bardzo mnie to zaciekawiło. Jest też taka książka Duch Króla Leopolda Adama Hochschilda o tym jak Europejczycy kolonizowali Afrykę. Konkretnie o Belgach w Kongo. Dzięki niej uświadomiłem sobie wiele rzeczy. Na przykład kiedy ludzie zachwycają się pięknymi budynkami w angielskich miastach, to nie biorą pod uwagę tego, że ufundowały ją krwawe pieniądze. Jakoś nikt o tym nigdy nie mówi. To wielkie kłamstwo. Wszyscy tylko powtarzają: och, to Wielka Brytania. A ja wtedy myślę: "nie, to afrykańska krew, wy pieprzeni mordercy". Kiedy słyszę zdania typu "jestem dumny z tego, że jestem Brytyjczykiem", to zastanawiam się, z czego ci ludzie tak naprawdę są dumni? Łatwo jest być rasistą – wystarczy mieć zerową inteligencję, zerową wiedzę o świecie, zero przeczytanych książek na koncie. I już można mówić: "nienawidzę tego, nienawidzę tamtego". W istocie są to słabi, żałośni ludzie. Ale establishment ich potrzebuje, żeby manipulować krajem. Kontrolować nas. Dodałbym jeszcze książkę Bury My Heart At Wounded Knee. To historia o wybiciu rdzennych Amerykanów przez europejskich najeźdźców. Bardzo przygnębiająca. To kolejne wielkie kłamstwo cywilizacji. Śpiewałem o tym na Hot Shots II. "How The West Was Won...". Widzisz Johna Wayne'a w westernie... Żałosne. Wchodzisz z butami do cudzej kultury o bogatej tradycji i niszczysz to, narzucając swoje reguły. Polecam ten tytuł, choć ostrzegam, że można się nieźle zdenerwować.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Ostatnie pytanie – gdybyś musiał wskazać jedną płytę, która w tej chwili wydaje Ci się Twoją ulubioną, to co by to było?

To niesamowicie trudne pytanie... Ale tak na teraz, niezobowiązująco... Myślę, że na dziś jest to nowa płyta mojej francuskiej przyjaciółki, która nagrywa jako Le Volume Courbe. Piękna rzecz. Koniecznie sprawdź.

Borys Dejnarowicz    
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time