SPECJALNE - Wywiad

Wywiad z Brianem Eno

8 listopada 2016

O instytucji "round table" pierwszy raz dowiedziałem się jako młokos, czytając w połowie lat dziewięćdziesiątych miesięcznik "Tylko Rock". Wówczas ten model bywał praktykowany dość powszechnie – słynny, kapryśny muzyk ma dla was tylko tyle czasu, ale chętnych na wywiad jest dużo, więc robimy akcję zbiorową. I może mam już sklerozę, ale wydaje mi się, że to był mój pierwszy "round table", w sumie całkiem ciekawe doświadczenie. A zatem wyobraźmy sobie scenerię. Niewielki meeting room, na środku prostokątny stół, przy nim siedzą cztery osoby i sprawdzają, czy działają im dyktafony. Eno wszedł uśmiechnięty, po czym od razu zaznaczył, że jest gadułą i ma nam więcej do powiedzenia, niż wydawcy naszych magazynów miejsca w najbliższych numerach. Tu się pomylił, albowiem z czterech osób, które go przepytywały, tylko jedna pracuje dla drukowanego magazynu o luźnych związkach muzyki z innymi dziedzinami życia; dwie nagrywały rozmowę dla radia, no a ja reprezentowałem w tym układzie "polski internet". Mimo że poza mną nie było w naszym gronie żadnych obsesyjnych fanatyków Eno, do czego szanowne koleżeństwo otwarcie się przyznawało (raczej fani U2, King Crimson, jazzu i producenckich osiągnięć Briana), to każde pytanie potrafił on przemienić w rozkminę z szerszym potencjałem. Dlatego zanim zapis mojej rozmowy z artystą, pozwolę sobie wedle dziennikarskiej tradycji, w jakiej wyrosłem dwadzieścia lat temu, przytoczyć "co lepsze kawałki" z odpowiedzi na pytania pozostałej trójki dziennikarzy, które jakoś utkwiły mi w pamięci:


- o technologii w muzyce:
"Technologia nie zabija muzyki, bo muzyka jest zbudowana na technologii. Problem polega na artystach, którzy nie wykorzystują jej w ciekawy sposób".

- o (free)jazzie:
"Podoba mi się, co Frank Zappa powiedział o jazzie... 'A, jazz... Tak brzmi bezrobocie...'. Dla mnie jazz to muzyka wiary. Działa tylko wtedy, jeśli się w nią wierzy. To trochę jak z astrologią. Jeśli w to wierzysz, polubisz to. Jeśli nie uwierzysz, to tego nie polubisz. Przyznam, że zupełnie nie rozumiem free-jazzu. Dla mnie to trochę jakbym czytał coś w języku polskim. Patrzę na to i myślę sobie – na pewno dla kogoś coś to oznacza, ale dla mnie... Trochę tak się czuję, kiedy słucham free-jazzu. Słyszę tylko ludzi, którzy myślą za pomocą mięśni. Chodzi w tym tylko o mięśnie. O to, co mogą zrobić twoje palce. Jeśli robisz to przez całe życie, to taka właśnie jest twoja muzyka. Jest taka płyta, którą kupiłem wiele lat temu i postanowiłem, że będę jej słuchał tak długo, aż mi się spodoba [śmiech]. To była płyta Anthony'ego Braxtona. Słuchałem jej chyba z tysiąc pieprzonych razy i nic – nigdy jej nie polubiłem. Po prostu nie skumałem jej. Więc muszę się pogodzić, że jazz nie jest dla mnie. Natomiast wszystko wokół jazzu – gospel, r&b, blues – ma dla mnie totalny sens. Tylko nie jazz".

- o Zbigniewie Namysłowskim:
"Swego czasu uwielbiałem kwartet Namysłowskiego. Miałem jego płytę zanim skończyłem dwadzieścia lat. Ale niestety ostatnio wróciłem do niej i obawiam się, że nie wytrzymała próby czasu. Ale nie drukujcie tego! Przepraszam, wymsknęło mi się".

- o piosence MGMT zatytułowanej "Brian Eno":
"Nie myślę o tym za dużo. Ponadto nie przepadam za pochlebstwami. Czuję się z nimi niezręcznie. Kiedy pierwszy raz usłyszałem o tej piosence MGMT, pomyślałem – o, nawet zabawne. I tyle. I potem już o tym nie myślałem. W sumie aż do teraz. Po prostu nie jest to coś, o czym bym myślał. Nie myślę też za wiele o mojej 'karierze', o moim publicznym wizerunku. I wcale nie chodzi tu o skromność. Chodzi o znudzenie samym sobą. Znudzenie myśleniem o sobie, czytaniem o sobie, słuchaniem o sobie. Nie mam do tego cierpliwości".

- o literackim Noblu dla Dylana:
"Z jednej strony to dobrze, że komitet poszerza granice literatury. A więc według nich literatura to nie tylko ludzie, którzy piszą książki, ale też ci, którzy piszą na przykład piosenki. Ale z drugiej strony myślę, że to dziwny wybór. Wydaje mi się, że jest kilka osób, które zasłużyły na tę nagrodę bardziej. Możliwe, że za kilka lat przyznają tę nagrodę jakiejś gwieździe rapu albo komuś kto na przykład prowadzi fanpage na Facebooku. Fajnie, pytanie tylko, jaki jest sens w rozluźnianiu każdej definicji? Efekt będzie taki, że ktoś w końcu wymyśli kolejną prestiżową nagrodę literacką, która znów będzie honorowała pisarzy".


A teraz już moja rozmowa z Eno. Sytuacja dla mnie dość surrealistyczna – świadomość, że siedzi obok ciebie miły, ciepły, starszy pan o wciąż bystrym poczuciu humoru i że ten pan to prawdopodobnie najwybitniejszy człowiek renesansu w muzyce XX wieku (jak to kilka lat temu ujął redaktor Łachecki w naszym Guide to Pop: "to zapewne numer 1 naszego rankingu, ale potrzeba będzie jeszcze dekad, żebyśmy mogli to sobie uświadomić") i że stoją za nim te wszystkie wszechstronne płyty, idee, wypowiedzi, działania, na których zgłębianie poświęciłeś tyle godzin przez tyle lat. Nadal nie do końca to do mnie dociera.


PORCYS: Brian, reprezentuję Porcys, internetowy portal poświęcony muzyce alternatywnej, ale i popowej. Zacznę więc od pytania związanego z muzyką pop. Wiem, że w latach siedemdziesiątych byłeś fanem szwedzkiej grupy ABBA. Pamiętam, że chwaliłeś skomplikowane, bliskie harmonie wokalne w ich piosenkach, a szczególnie w refrenie "Fernando". Ciekawi mnie, czy przez te wszystkie lata jacyś inni wykonawcy stricte komercyjni, mainstreamowi zrobili jeszcze na tobie takie wrażenie?

Brian Eno: Jasne. Na przykład Kelis. W sumie sporo tego było... I głównie mam na myśli czarną muzykę. Warto bowiem zaznaczyć, że najlepsza czarna muzyka zwykle odnosi największe sukcesy na listach przebojów. Tak było już w latach sześćdziesiątych z rosterem wytwórni Motown. Wspomnę chociażby Dianę Ross i The Supremes. I inne tego typu kapele. Były wtedy bardzo, bardzo popularne. I powiedziałbym, że pełniły rolę takiej ABBY swoich czasów. Jeśli zaś chodzi o ostatnie lata, to przyznam, że podoba mi się dużo rzeczy, które zrobiła Rihanna. Niechże pomyślę, kto jeszcze... [długa pauza] Frank Ocean jest całkiem interesujący. Zakładam, że jest on bardzo znany, czy mam rację?

Oj tak, dopiero co miał pierwsze miejsce na Billboardzie. Cenisz w nim produkcję, zalety muzyczne, czy może jego osobowość?

Cenię w nim – ogólnie ujmując – skłonność do eksperymentu. Jak na kogoś, kto operuje w ramach popowych realiów i sprzedaje tyle płyt, trzeba przyznać, że facet robi coś całkiem dziwnego. Pod tym względem przypomina mi Shuggie Otisa albo wczesnego Prince'a, czy kogoś w tym rodzaju. Czyli gość strzela pomysłami, a ty tego słuchasz i myślisz sobie – "wow, skąd mu to przyszło do głowy?". Dodatkowo łączy te pomysły w nieoczywisty sposób.

Czy nadal słuchasz czasami ABBY?

Szczerze, to rzadko kiedy coś sobie "puszczam". Głównie słucham radia [wcześniej Eno zdradził, że jego ulubiona stacja to "Radio 6" czyli BBC Radio 6 Music]. Ale gdyby w radiu leciała piosenka ABBY, to nie wyłączyłbym jej. Zawsze lubiłem ich kawałki, są absolutnie genialne w kategoriach kompozycji i aranżacji. I zwracałem uwagę przede wszystkim na drugi głos. Uwielbiam te linie, są tak nietypowe...

W niektórych twoich piosenkach z lat siedemdziesiątych doszukałbym się pewnych pokrewieństw z patentami ABBY – chociażby na płycie Taking Tiger Mountain... Zgodziłbyś się, że mniej lub bardziej świadomie byłeś nimi odrobinę zainspirowany?

Zaraz, czy Tiger Mountain nie wyszło przypadkiem zanim pojawiła się ABBA? W którym roku debiutowali?

Singlowo w 1972, pierwszy longplay w 1973. Zanim nagrałeś Tiger Mountain, Eurowizję wygrało "Waterloo".

Sądzę, że na tym etapie IDEOLOGICZNIE nie byłem jeszcze w stanie docenić zespołu ABBA [śmiech wszystkich]. Ponieważ przez całe lata siedemdziesiąte, chociaż wszyscy skrycie lubili ABBĘ, to nie chcieli tego przyznać publicznie. Wstydzili się, a to z tego powodu, że była to muzyka pop. A my wszyscy próbowaliśmy robić coś innego. Trzeba więc było czekać, aż nikogo nie będzie w pobliżu, żeby słuchać ABBY. A same płyty chowało się na dole sterty, pod tymi wszystkimi winylami Velvet Underground [śmiech].

W promo video towarzyszącym premierze Music For Airports wspomniałeś, że twoja wizja soundtracku dla lotnisk to komunikat w stylu: "naprawdę nie ma to znaczenia, czy zginiecie w katastrofie... nie jest to aż tak ważne w skali kosmosu". Kiedy myślę o irracjonalnym strachu przed lataniem, to dochodzę do wniosku, że problemem jest ego. A ponieważ odnoszę wrażenie, że znaczna część twojego dorobku polega trochę na eliminacji ego z gotowych schematów muzyki rozrywkowej, to ciekaw jestem, co poradziłbyś ludziom, którzy boją się latać?

Bardzo chciałbym umieć coś im doradzić... Zresztą, sam też chciałbym wyłączyć strach przed lataniem. A stworzenie wspomnianego albumu naprawdę było skromną próbą pomocy osobom, które tego potrzebowały – w tym i sobie. I wiem, że coś się we mnie zmieniło, ruszyło w odpowiednim kierunku. Ale niestety nie jestem buddyjskim mnichem. Natomiast wierzę, że niektórych ludzi – może nie wszystkich, ale niektórych – słuchanie Music For Airports przed lotem może odpowiednio nastroić i wyciszyć w nich lęk. Miałem też kiedyś taką płytę Discreet Music, może kojarzysz?

Jasne, uwielbiam ją i słucham jej regularnie.

Otóż wyobraź sobie, że w Anglii mnóstwo rodzin puszczało ją kiedyś noworodkom, na uspokojenie. Przez te wszystkie lata spotkałem setki dzieciaków, które wychowały się na tych dźwiękach, a ich matki mówiły mi: "spójrz na moją pociechę, jako bobas słuchała twojej muzyki, a konkretnie płyty Discreet Music" (śmiech). To dla mnie naprawdę wielki komplement. A zatem myślę, że muzyka ma w sobie potencjał, by poważnie zmienić nastrój, usposobienie słuchacza. By odciągnąć go od stresujących sytuacji. Mój problem z lataniem zaczął się dawno temu, gdy wsiadłem do samolotu jakichś amerykańskich linii, wystartowaliśmy i puścili "muzak", a więc teoretycznie dźwięki, które miały nas ukoić. Tymczasem brzmiało to tak: [imituje drgania] "eeeeeyyyyeeeeyyyyeeeeyyyy". Zdaje się, że odtwarzacz kaset był lekko uszkodzony. I bardzo mnie to zdenerwowało. Bo pomyślałem sobie – jeśli nawet pieprzony magnetofon pokładowy nie działa prawidłowo, to co dopiero z resztą sprzętu i maszynerii... Z mojego punktu widzenia to było najgorsze, co mogliśmy usłyszeć. "Puśćmy coś, co podda w wątpliwość bezpieczeństwo konceptu latania", świetna idea. I wtedy zacząłem myśleć – co byłoby dokładnym przeciwieństwem takiej ścieżki dźwiękowej? Co przywróciłoby pasażerom pewność, komfort, zaufanie do latania? A efektem tych poszukiwań było właśnie Music For Airports. Chyba określiłeś to właściwie: chodziło mi o to, żeby trochę zredukować w sobie pokłady ego. Żeby uświadomić sobie, że nie jestem pępkiem świata. Przecież tyle się dzieje poza moim istnieniem. I kiedy zniknę, to nadal sporo będzie się działo. Świat się nie skończy.

Kontynuując temat pozbycia się ego... Powiedziałeś kiedyś, że układając teksty swoich piosenek w latach siedemdziesiątych nie miałeś nic do przekazania, ponieważ nie uważałeś swoich doświadczeń za interesujące na tyle, żeby o nich pisać. Jestem pod wielkim wrażeniem takiego postawienia sprawy, ale zastanawiam się, czy prywatnie oczekiwałbyś podobnego podejścia od tekstów cudzych piosenek i jacy są twoi ulubieni autorzy tekstów?

Cóż, jednym z moich ulubionych autorów tekstów jest Joni Mitchell, która pod tym względem jest wręcz przeciwieństwem mnie. W mojej opinii napisała ona jedne z najwspanialszych pieśni. I znaczna ich część jest w dużej mierze o niej samej, o jej doświadczeniach. Wątki autobiograficzne są w nich bardzo istotne. Więc nie mogę powiedzieć, że taki sposób pisania tekstów mi nie leży. Po prostu nie jest to coś, w czym ja dobrze bym się odnalazł. Nie chcę bowiem malować autoportretów. Nie chcę, ponieważ strasznie nie podoba mi się taki koncept, w którym ludzie pomyślą, że ja jestem tematem moich dzieł. Zwyczajnie nie chcę się tak czuć. Sądzę, że to niesamowicie arogancka postawa: "słuchajcie tego, to wszystko jest o mnie... mam nadzieję, że z chęcią dowiecie się wszystkiego o mnie, bo przecież jestem jakże interesującą i ważną osobą, więc proszę – oto jeszcze więcej mnie, zapraszam do lektury". Kompletnie nie czuję takiego stanowiska ze strony artysty.

Czyli to kwestia indywidualna – w przypadku Joni Mitchell to zadziałało, czuła się z tym dobrze.

Tak, a co więcej, ja jako odbiorca czułem się z tym dobrze, słuchając jej songów. Tyle tylko, że sam nie chciałbym uprawiać tego typu twórczości. Joni to świetny przykład artystki, której naprawdę dobrze wyszedł ten eksperyment. Jestem pewien, że mnie by się to nie powiodło.

Dziękuję za rozmowę, to dla nas wielki zaszczyt.

PS: I jeszcze ogromne podziękowania dla Macieja Werka / Soundedit Festival.


Wywiad z dnia 30 października 2016.

Borys Dejnarowicz    
BIEŻĄCE
Playlist Extra: 15 najlepszych utworów Jorge Elbrechta
Presentable Corpse"Don't End Up Alone"