SPECJALNE - Artykuł

Polish Goodshit 2005

3 stycznia 2006




W roku 2005 w polskiej muzyce rozrywkowej do głosu doszedł nowy, ponadgatunkowy nurt katastrofalnie słabych kawałków, posiadających w sobie wystarczająco dużo chwytliwości, by na stałe zadomowić się w naszych Winampach z opcją "repeat". Już wcześniej pojedyncze przypadki zdradzały syndromy takiej sytuacji (dla zabawy można by pokusić się o wskazanie "klasyki polskiego goodshitu", w rodzaju "Kobiety Są Gorące" Norbiego czy numeru Piaska ze Złotopolskich) ale nigdy dotąd osobliwość ta nie eksplodowała w takich rozmiarach, inspirując nas do poświęcenia jej osobnego felietonu (dlatego konsekwentnie unikaliśmy tematu w rubryce Playlist, przeznaczonej jednak do nieco innych celów). Rodzimi producenci powoli osiągają standard techniczny bliski Zachodowi i potrafią szczerze oczarować opanowaniem tajników rzemiosła, lecz równocześnie brak wyczucia spowodowany połowicznym kontaktem z wachlarzem światowych trendów miażdżąco dewaluuje te osiągnięcia – i razem składa się to na swoistą ambiwalencję.

Trudno powiedzieć, czy to nasze rosnące znudzenie tematem wynikające z rosnącego doświadczenia, czy może realne odwrócenie proporcji, ale nagle w ciągu roku okazało się, że w dobie przeładowania informacyjnego i meta-płaszczyzn interpretacyjnych w percepcji popu coraz mniej istotny wydaje się czysto "artystyczny" aspekt dzieł bądź wiarygodność autorów. Teraz liczy się wyrazistość i kulturowy fenomen (oraz, naturalnie, solidny hook na ich poparcie), a krytyk/odbiorca sam może być ważniejszym twórcą, skoro odnajdywanie mistrzowskich pierwiastków w fatalnych z definicji utworach jawi się tak fascynująco wielopłaszczyznowym zajęciem. To żadna sztuka zmieszać z błotem kolaborację Kaji Paschalskiej i Funky Filona; sztuką jest umiejętnie wydobyć z niej oryginalność, absurd, unikatowy posmak oraz przyznać, iż nigdy dotąd podobny przebój nie miał na krajowych hitlistach miejsca.

Nowo zdefiniowanej kategorii piosenek wymyśliliśmy wygodną nazwę "goodshit" – termin kombinujący te dwa elementy, które ją konstytuują: gównianość artystyczną i zajebistość intrygująco-charyzmatyczno-ekspresyjną. Poniżej przygotowaliśmy mały ranking, by podkreślić które z naszych nominacji najtrafniej demonstrują ekspansję doniosłego zjawiska. Zrezygnowaliśmy z dziwolągów typu Calculators, Seba Raver i MC Terminator, bo zależało nam na liście podpadającej ekskluzywnie pod narzucone kryteria: kiepskość z jednej strony, ale z drugiej faktyczny magnetyzm na gruncie melodycznym i aranżacyjnym, dostarczający (nawet jeśli iście perwersyjnej) realnej przyjemności w słuchaniu, a nie tylko humor/abstrakcja w roli zalety. A rzeczy tylko z podwórka krajowego, bo w "international goodshit" nie bardzo mamy wystarczający wgląd. Spróbujemy niezobowiązująco, na boku, kontynuować swoje obserwacje; ciekawe jak losy polskiego goodshitu potoczą się w 2006.


10Jary Band
To Co Ważne
[Accord Song]

Zdaje się, że ten numer pochodzi dokładnie z roku 2004, ale postanowiliśmy go wziąć pod uwagę, ponieważ... Posłuchajcie anegdoty. Pewnego letniego bodajże dnia w 2005 przerzucałem kanały spożywając lunch i natrafiłem na program "Randka W Ciemno", który możecie kojarzyć. Ja też kojarzyłem, ale nigdy nie śledziłem ewolucji tego programu i zaskoczyło mnie, że funkcję przerywnika między wybieraniem kolesia przez laski i wyberaniem laski przez kolesi pełnią teraz gościnne występy grup muzycznych. Miałem akurat okazję oglądać odcinek, w którym prowadzący zapowiedział formację Jary Band byłego lidera Oddziału Zamkniętego. Kamera zrobiła efektowny najazd na grupę i natychmiastowo wiedziałem czego się spodziewać: bluesujące progresje, kaczka gitary, chrypiący "rockowo" wokal, tja. Mogliby se darować. I wtedy gość zapodał takiego hooka, że opadła mi szczęka. Niestety nie zapamiętałem ani słowa z tekstu, więc szukając info na temat piosenki w necie miałem utrudnione zadanie. W końcu trafiłem na "To Co Ważne" z solowej płyty Jaryczewskiego Vinyl. I teraz dylemat kwartału: czy właśnie *to* grali w "Randce", czy coś innego? Ciężko mi stwierdzić pod przysięgą. Na 45% to. Heh. Ale nawet jeśli nie, to okazja wyśmienita żeby wzmiankować faceta, bo zrobił na mnie wrażenie – w swojej niszy stylistycznej i z zerowym image'm frontmana po przejściach nie miał PRAWA zrobić już niczego porywającego. A zrobił, i ten singielek też jest ok. –Borys Dejnarowicz



09Makowiecki Band
Między Nocą A Dniem
[Sony BMG]

Wciąż chcielibyśmy wierzyć, że Tomek Makowiecki oprócz zegarka z Kentem jest w stanie pokazać jeszcze talent. Na razie jednak produkuje finalista "Idola" goodshity: najpierw niemal klasyczny "Wierzę W Moje Sny", teraz trochę słabszy kawałek zatytułowany oryginalnie bardzo "Między Nocą A Dniem" i serwujący parę równie oryginalnych wersów pióra Jacka Cygana, wydawać by się mogło, albo raczej Szymona Wydry, a w rzeczywistości ideologa "Generacji Nic" Kuby Wandachowicza (nie wiem tego na pewno, basista CKOD pomagał w każdym razie w pracy nad tekstami na płytę). Ilustracją do piosenki powinien być wywiad jakiego Makowiecki udzielał w programie muzycznym na TV4, kiedy z dumą oświadczył, że poznaje chyba około trzystu albumów miesięcznie, a poproszony o konkrety przez szczerze zdumioną prowadzącą zdołał wyjąkać jedynie trzy nazwy: wspomniany Kent, Coldplay i "ostrzejsza taka kapelka Plejsibo". Bo widzicie, ile czasu Tomek Makowiecki by nie spędził na lansowaniu się, budowaniu credibility w środowisku alternatywnym i poszerzaniu horyzontów; i tak końcowym efektem będą boleśnie schematyczne, mdłe brit-rockowe ballady ujawniające inspiracje dwoma zespołami na krzyż, a jednak przy całej ich badziewności miłe, sympatyczne oraz kompletnie zupełnie całkowicie nie wadzące. –Michał Zagroba



08Beata
Teraz Płynę
[EMI]

Zwykło się w towarzystwie przyznawać, że Bajm byli/są zajebiście nieesencjonalnie esencjonalną popową kapelką – mieli mnóstwo fajowych melodii, uzależniających nieraz motywów i masę słodkiego uroku, ale wiejski wizerunek, kiczowate aranże i komicznie przerysowany patos (o warstwie lirycznej nie wspominając) pogrążały wszelkie pozytywy w morzu bagna. Cymesiki pokroju przywoływanego niegdyś przeze mnie w jakimś artykuliku klasyku "Dwa Serca, Dwa Smutki", "Białej Armii" lub z późniejszego okresu "Modlitwy O Złoty Deszcz" z powodzeniem znalazłyby się w takich rankingach, gdyby Porcys istniał od lat 80-tych. Ale solowe nagrania wokalistki poszły jeszcze dalej, usuwając w cień czynnik "rockerski" i wyciągając maksimum delikatności z grafomańskiej ballady dla zamożnych małomiejskich małżeństw w średnim wieku. "Taka Warszawa" z debiutu solistki królowała 7 lat temu, a ostatnio logicznym jej następcą był tytułowy track z albumu Teraz Płynę. Cholera, ktokolwiek to realizował, musiał przypadkowo poznać gdzieś Camino Del Sol Anteny albo to zadziwiający zbieg okoliczności, bo zimno-latynoski, wyfiokowany podkład zwyczajnie *naśladuje* "Seaside Weekend". Ponad tym nieadekwatnie wyrafinowanym beatem Beata śpiewa przekonująco, że "płynie". Gawliński śpiewał, że "leci", choć z jakiejś przyczyny nie znalazł się w tym zestawieniu. Zgadnijcie dlaczego: jego kompozycja wypada żałośnie przy tej klawiszowej bossanovie o pogodnej dojrzałości. –Borys Dejnarowicz



07Mezo & Tabb feat. Kasia Wilk
Ważne
[UMC]

Marek Borowski zapytany w programie "Młodzież Kontra" o powód wybrania piosenki Mezo na melodię firmującą kampanię parlamentarną SDPL z przekonaniem opowiadał o optymistycznym przesłaniu wyróżniającym tekst "Ważne" na tle brutalnych liryków zazwyczaj negatywnie nastawionych do rzeczywistości hip-hopowych malkontentów. Czyli przysłowiowy "pozytywny przekaz", jak wiadomo jedno z najbardziej banalnych spostrzeżeń na temat muzyki. Najzabawniejsze, że właśnie ten konkretny komunał wypowiedziany przez osobę zawodowo zajmującą się smażeniem frazesów streszcza "dodatni" aspekt rzeczonego goodshitu. Targetem rapera, czołowego przedstawiciela nurtu hiphopolo (kształtowanego trzy lata temu między innymi hitem "Mezokracja"), są osoby w przedziale wiekowym 7-14 lat, zazwyczaj płci żeńskiej, co prawie zawsze owocuje kupami pokroju "Dziewczyno jak wino uderzasz do głowy". Ale oto nareszcie, styl wypluł coś wartościowego i wiarygodnego, a jeśli nie wiarygodnego to przynajmniej coś na co można dać się nabrać – dramatyczny przewodni hook gitary ewokuje najbardziej pat(h)etyczny fragment Skandalu (czyli "Armagedon"); podniosłe "aa aa" przeplatające podkład zgodnie ze strategią produkcyjną obecną w zachodnich pierwowzorach porządnych r'n'b hitów, a jednak z esencjonalnie polskim posmakiem, no i już zawsze kojarzyć się będzie z raźnym krokiem liderów odnowionej lewicy; emocjonalne soulowe wokalizy głęboko przeżywającej Kasi Wilk, krzyżującej pozowaną "religijność" Sistars z feelingiem imprezowej laski luźniejszych obyczajów. Nie dość, że to jest wszystko chwytliwe, dochodzi oczywiście przekaz, pozytywny przekaz, optymistyczna grafomania, która autentycznie udziela się, "wchodzi w krwiobieg" i tak dalej. Ujmujące. –Michał Zagroba



06Monika Brodka
Miałeś Być
[Sony BMG]

Z Brodką i tym bezustannie zajeżdżanym w radiu i telewizji zwycięzcą konkursu opolskich premier AD 2005 sprawa jest prosta. Potrzebujemy popu. Regularnego, komercyjnego popu. W Polsce. Serio. Spędziłem godziny na wykłócaniu się o rolę "Miałeś Być" w naszej kulturze. I wciąż obstaję przy opinii, że taki soczysty, rasowy commercial smash był zbawieniem dla rodzimych muzycznych środków masowego przekazu. Po raz pierwszy od lat miałem błogie uczucie komfortu, że "wszystko jest tak, jak powinno", gdy znienacka nieśmiertelny refren atakował moje uszy po raz setny. Czemu? Bo ten refren jest śliczny i wielopoziomowy: nie tylko operuje zawiniętą jak wstążka na wietrze, kruchą linią ("Głęboko w środku gdzieś..."), ale konstruuje ją w specyficznie przyjazny otoczeniu sposób, pozwalając na aplauz z każdej strony zhierarchizowanego pod względem gustów społeczeństwa. I Monika zapodaje go w tak kruchej manierze, jak by zaraz miał się rozlecieć na kawałeczki, co wzmaga dramaturgię. A jednocześnie balansuje sprytnie na granicy pozy wyniosłej młodej damy i zagubionej nastolatki, dodatkowo angażując taki uwodzicielski, "beztroski" akcent. A więc – kontynuując myśl – dawno nie zauważyłem u siebie reakcji na zasadzie "o, i to jest to, tak mają się realizować ci laureaci 'Idola', super". Dobrze, a aspekt "shitowy" przedsięwzięcia – spytacie? Hm, widzieliście teledysk? To już raz. Dwa, że poezja Cygana. Bez komentarza oraz wreszcie postać "gwiazdy" Brodki. Ktoś oglądał kiedyś jakiś wywiad z tą dziewczyną? W sensie – to nie jest wykonawczyni, na której temat warto by się obszernie rozpisywać. –Borys Dejnarowicz



05Papa Dance
Czarny Śnieg
[Warner]

Na świecie Kevin Shields zaliczył come-back soundtrackiem do Lost In Translation z "City Girl" na czele, a wkrótce potem w Polandzie przypomnieli o sobie Papa Dance albumem długogrającym promowanym kompozycją "Czarny Śnieg". Chociaż ta korespondencyjna singlowa rywalizacja kończy się zwycięstwem Shieldsa, nasi nie mają się czego wstydzić. Papa Dance jakby dojrzeli, czyli młodzieńczy spontan i naiwną radochę przekuli we łzawą tęsknotę. Surprisingly, akurat w tym kawałku pokazali ogromną klasę – zamiast marudzić na chałturnicze gitary (zgroza!), sprawdźcie lepiej to markowe (w sensie papadansowe), syntetyczne electro (cięte "ty-ty-ty-ty", najzajebistszy element songu), uroczy emotroniczny temat klawiszy i zabawnie banalne scape'y. I jeszcze liryczny mostek odsyłający do recitali poezji śpiewanej, powtórzony później w outro w space-kiczowej otoczce, lol. No, dojrzały chłopaki. Nie zawiedli też tekstowo, tradycyjnie rozczulająco grafomańscy i nieporadni. –Michał Zagroba



04Kayah feat. Smolik
Jutro Rano
[Kayax]

Tu z kolei sprawa przedstawia się odwrotnie, niż w większości pozycji z naszej listy. Bo jak Mike słusznie zauważył, przy odrobinie dobroduszności dałoby się potraktować Kayah jako normalną artystkę, która wydała w 2005 kapitalny, swój najlepszy w karierze singiel i nie mieszać go z goodshitem wcale. Racja, ale ta dobroduszność wyczerpała się wraz z katorgą zafundowaną przez "Prawy Do Lewego" i zwłaszcza "Testosteron" – dwa spośród najbardziej wkurwiających polskojęzycznych hitów ostatniego dziesięciolecia (mimo, że "Malcziki" Yugotonu stanowią poważną konkurencję) – które zdołały na zawsze obrzydzić nam dorobek Kayah i pozwoliły zapomnieć o całkiem solidnych płytach Kamień i Zebra. Dlatego też przy inicjalnym zetknięciu z "Jutro Rano" skreśliłem kawałek jako "Testosteron Bis" i starałem się go unikać. Dopiero koincydentalne odsłuchanie całości wstrząsnęło moją wrażliwością. Oto maksymalnie skondensowany treściowo, parkietowy wymiatacz o gęstych, ponakładanych na siebie, funkowych teksturach (jedno słowo: Smolik) i krzyżówce zwięzłych, kopiących tyłek hooków (Milky i Kylie się kłaniają), a także rozwijanych odpowiednio do rosnącego napięcia środkach wokalnych (btw sama melodia przeobraża się od neutralnej pasywności ku kilkugłowemu potworowi ekspresji). Co więcej, przekaz angażuje się w podejrzanie bliską mi problematykę, a precyzyjniej podejrzanie bliskie mi jej ujęcie. "Dziś / Zrozumiałam że nic / Wiecznym nie może być / A jedyne niezmienne to że wszystko się zmienia" – ja też zrozumiałem parę lat temu i możecie zarzucić tym wersom banał, ale Wayne Coyne by was wyśmiał. –Borys Dejnarowicz



03Hemp Gru
Życie Warszawy
[Prosto]

Bo wiecie kłonie, warszawska ulica została siedem lat temu zamknięta na płycie Skandal i cała scena gangsta-rapowa, włącznie z bubkami w rodzaju WWO czy Zipery, nieświadomie tylko recycluje wątki podjęte wówczas przez ekipę Molesty, używając do tego wtórnych środków wyrazu. Utwór "Życie Warszawy" stanowi konkretnie zapis kompleksów dwóch figur z rapowego towarzystwa stolicy: pośrednio Sokoła, lidera labela Prosto, "papieża polskiego hip-hopu", usilnie próbującego wypracować sobie reputację istotnej dla rodzimego rymowania persony, nawet w skali historycznej; bezpośrednio Wilka, najwyraźniej sfrustrowanego, że legenda niefortunnie ominęła jego osobę, obecną przecież w ekipie Molesty od zawsze. By Prosto stało się nowym głosem młodzieży, potrzeba kilku efektownych kolaboracji oraz paru tracków sztandarowych, hymnów bez mała. Hemp Gru pojechali według formuły utworu zapoznawczego, genialnie ujmując tę samoidentyfikację w przejrzystej konstrukcji "kto ty jesteś? / skąd pochodzisz? / co u ciebie?", podpartej sprowadzonym do esencji podkładem złożonym ze szczerego ulicznego bitu i potężnych ciosów uciętych, czkających smyków.

A samo przedstawienie... Każdy koleś częstuje własnym feelem i to jest serio fantastyczne. Zabawnie obcować z tysięcznym przemiałem gangsterskich stereotypów i sformułowań ("Mówią na mnie Wilku WDZ / Jeszcze jeden mach, jeszcze jeden skręt", haha, i symbolika ziomalskich gestów – na przykład kozacze pokazywanie "zamkniętego kręgu" – zaprezentowana obszernie na kluczowym dla rozkminy klimatów klipie, czy migawki ukazujące rzeźbę Jezusa, wizualnie konstatujące starą prawdę "nikt przecież nie jest święty"), a wręcz smutne dla mieszkańca Warszawy mogą się wydać próby wykreowania poszczególnych rewirów miasta na betonowe dżungle, gdzie lepiej się nie zapuszczać, bo pewnikiem dostaniesz w ryj. Zatem Śródmieście Południe "nie znane z terenów bezpiecznych", Wyścigi "kraina toru królów, kraina hazardu, jak masz hajs to bombarduj" (w rzeczywistości warszawskie wyścigi konne ledwo zipią, a może ziperą), Ursynów "w nocy wycie, auto wsyp dochodzi uszu, sąsiedzi ani mru mru to reguła tego buszu". Albo strach z domu wychodzić albo koledzy koloryzują trochę, bo zabrakło dla nich miejsca w "Wiedziałem Że Tak Będzie" i "Osiedlowych Akcjach". Tym niemniej słucha się tych absurdalnych wytoków ("Felipe człowiek prosty z krwi i kości / Uosobienie światła i ciemności") rewelacyjnie, by na koniec wymięknąć przy elektryzującym, psychodelicznym odlocie Bilona, wziętym zupełnie z dupy – wielkim majstersztykiem jest to niespodziewane przejście, za KAŻDYM razem wywołujące dreszcze: najlepsi didżeje nie osiągają porównywalnych rzeczy w mixach. O taką kreatywność gości bym nie posądził. –Michał Zagroba



02Ramona Rey feat. Sztyku
Zanim Słońce Wstanie
[white label]

Ok, bądźmy uczciwi: intro (później użyte jako refren) "Zanim Słońce Wstanie" to najcudowniejsza rzecz jaka przytrafiła się polskiemu komercyjnemu popowi od lat, kropka. Nie, naprawdę, to co się dzieje od 0:00 do 0:15 antycypuje na luzie czołówkę singli roku w skali światowej. Nie bez kozery dostrzegł ktoś, że tu się wkrada Basement Jaxx po prostu, ale z najwyższej półki ich arsenału tanecznych delicji (think Rooty), i nie bez kozery skonstatował inny ktoś, że gdyby taki lejtmotiv zapętlić i zaprezentować ILMowcom, to wskoczyłby na szczyt ich "best tracks of the year". Dobrze, więc co się stało? Hah, nic, zamiast powędrować na głębokie anglojęzyczne wody, "Zanim Słońce Wstanie" podążyło ścieżką arcydziełka polskiego goodshitu. Ramona promieniuje dresiarskim feelingiem i jej piski, zmieniające już po chwili kontekst, pasują do konwencji idealnie. Foka ma wysoką samoocenę i tryska entuzjazmem: weźcie jej emocjonalny okrzyk na 1:19 – how cool is that! Środkowa sekwencja bywała uznawana odpowiednikiem słynnej "ghostly final section" w "Małej Chince" – tak jak tam Filon wygadywał największe wyobrażalne bzdury prymitywną parodią ziomalskiej nawijki, tak tu wkracza minusowy raper, pozostawiający złudzenie, że nie da się zejść w obleśniejsze rejony. Plus, jego zero treści przekracza pojęcie o "zerze treści", pozostawiając Tedego i innych maestrów daleko w tyle ("Mówisz masz / Chętnie włączę się / W to co grasz / Otwarte karty"). Na szczęście Ramona wypycha go sprzed mikrofonu, powracając triumfalnie, dzięki czemu repeatujemy "Zanim Słońce Wstanie" z czystą satysfakcją. –Borys Dejnarowicz

PS: Z naszych badań wynika, że Ramona to jakaś tajemnicza artystka undergroundu: nie ma swojej strony internetowej, nie ma płyty, nie wiadomo czy ten singiel jest wydany w ogóle, bo nie ma go w sklepach. Możliwe, że ta piosenka ma wręcz status dema.



01Funky Filon feat. Kaja Paschalska
Mała Chinka
[New Project Production]

Oto największy muzyczny paradoks roku 2005: utwór, który sprowokował w kraju lawinę internetowych szyderstw i sarkastycznych opracowań na skalę do tej pory niespotykaną, a także zainspirował nas do nazwania fenomenu oraz zdefiniowania kategorii nagrań w tym artykule przedstawionych. Kaja Paschalska i Funky Filon opowiadają smutną, przejmującą, przerażającą historię małej Chinki Cziku Cziku Linki (na klipie gra ją brunetka z "azjatyckim" makijażem), pochodzącej jak się dowiadujemy – "tak w ogóle to z Wietnamu" – przybyłej do Polski za chlebem, by pracować najpierw w Sajgon barze, a później sprzedawać tekstylia na Stadionie (bo gdzieżby indziej). Rasizm tekstu nie podlegał dyskusji, choć raczej nie zdawali sobie z tego sprawy autorzy, wyjaśniając po fakcie, że oczywiście wydźwięk zamierzony, a kawałek w pełni wyśmiewający takie podejście. Intencji (lub ich braku) trudno dociec, natomiast cenną wskazówkę stanowi zachowanie Paschalskiej w teledysku – zajętej przede wszystkim strojeniem kretyńskich, "zalotnych" minek, puszczaniem oka do kamery, kręceniem biodrami, seksownym rytmicznym targaniem czupryny i radosnymi uśmiechami komentującymi takie fragmenty historii, jak ten o braciszku przykręcającym śrubki w fabryce gdzieś na Dalekim Wschodzie. O tak wysmakowaną ironię bym akurat Kaji nie podejrzewał.

Fenomen nie wziął się jednak wyłącznie z tego, że nagle wszyscy poczuliśmy się jak w "Domowym Przedszkolu" ("Znam Chinkę Cziku Cziku Linkę / Jej matkę Cziku Cziku Latkę"), że po raz kolejny pod znakiem zapytania stanęły równocześnie piosenkarskie, jak i aktorskie umiejętności znienawidzonej Oli Lubicz z Klanu, że objawił się ponownie kanciasty, disco-polowy flow najgorszego rapera w Polsce. To po prostu najbardziej zaraźliwa piosenka ostatnich miesięcy, numer jeden wśród guilty pleasures. Nie przyznacie się do tego, a jednak ja wiem: noo koledzy, oo koledzy, tkwi wam ta kiszka wstydliwie w głowie i wcale nie czujecie się z nią źle, kiedy piszecie setny post na jakimś forum o okropnej, gorszącej, żenującej "czikulince". Nikt chyba nie zdołał tak integralnie stopić dwóch biegunowych jakości, wyrażanych symultanicznie w dziś już kultowym refrenie. Instynktownie czuję zajebistość tej progresji, godnej rasowej popowej pieśni, czy to w wydaniu nowofalowym, powiedzmy XTC (nie moje porównanie), czy komercyjnego r'n'b Neptunes. A zarazem przykleiła się ta melodia nieodłącznie do zestawu infantylnych słów ułożonych w powodujący ból zębów tekst ze żłobka rodem. Rozkoszocierpenie. I fajnie gdyby ktoś raczył zwrócić uwagę na mistrzowski soulowy podkład, bo to serio zalatuje elektrycznym Wonderem albo Quincy Jonesem, a nie że jakiś prostacki loop. Jak by ambiwalencji było mało, demoniczne outro o komorniku, zobrazowane szamoczącym się w ciemności Funky Filonem święcącym sobie latarką po twarzy, karykaturalnie okrasza tę trzyminutową zjawę. –Michał Zagroba

BIEŻĄCE
Fontaines D.C.Dogrel
Lana Del ReyNorman Fucking Rockwell!