W kolejnym odcinku oglądamy pod mikroskopem rewelacyjny album Daniela Lopatina.
Jak pierwszy raz włączyłem sobie tę drone'owatą, repetycyjną psych-bluesowszczyznę, to po dziesięciu minutach zupełnie straciłem orientację w terenie i było mi z tym bardzo dobrze. Wymowny przykład tego, co by było, gdyby Mark Kozelek nie popadł w samozachwyt.