SPECJALNE - Rubryka

Ekstrakt #8 (2025)

16 stycznia 2026

Borys Dejnarowicz:

"Dobra, panowie... Co jest na obiadek?". "G... jakieś!". To zaczniemy se od Geese. "Jak to od Geese? Od Geese, od gitary...". Choć właściwie to o nich napisał Jacek, ale gdy zastanowić się, czyj to był rok w muzyce i do kogo należał? No jak to... Z perspektywy środowiska "indie" chyba do... Boredoms. Nazwa kultowej japońskiej formacji padała bowiem często przy okazji omawiania dwóch spośród szczególnie hajpowanych albumów z 2025. Spójrzmy więc na okładkę Getting Killed oraz na RIYL przy s/t Los Thuthanaka... "Boredoms happy, Boredoms sad", Boredoms jak z kuriera wycięci (wszelako dużo więcej da się odnaleźć; nie tylko Black Dice, Yume Bitsu czy "Brothersport", ale od Tomka padały też rzeczy tegoroczne – Skrillex, weed420, Rat Heart, a ja wtrącę głośniejsze fragmenty takiego projektu Crystal Sting). Mówiąc serio – to, do kogo należał ten rok, okazało się nieco zaskakujące. Kilka miesięcy temu puściłem raczej przeoczoną EP-kę The Smooth Sounds of Tres Leches, LHCC Mart Vol. 1 tegoż australijskiego tria, czyli (w uproszczeniu) Hiatus Kaiyote bez kompozytorki, frontwomanki i gitarzystki Naomi. Ich vaporwave'owy w posmaku, wykwintny muzak do windy zaciekawił mnie zwłaszcza na wysokości coveru mego faworyta "By Fire", który z początku ewokuje instrumental późnej Izabeli Powagi, po czym czaruje smooth-sophisti alchemią soundową mid-80s Lyle'a Maysa, by na finał otulić atmosferycznym dramenbejsem w wersji lite spod znaku jakiegoś Endemic Void. "Chwilę chwilę chwilę, jedną małą chwilę", oponowałem. "W dzisiejszych czasach vapor stanowi przywilej"? Przecież "wejporłejw UMAR, wejp jest martwy stary..."? Faktycznie już kilka sezonów temu to było pewne, że vapor nie jest w trendzie – te wszystkie japońskie znaczki i klimatyczne spowolnienia trąciły lekko myszką (taką do komputera, of course). Ale mimo wszystko koronę MVP zgarnął Lopatin, sam zresztą z dystansem odnoszący się do idei i etykietki nurtu ("siedziałem w pustym biurze i z nudów zacząłem ucinać soft rocka..." – prozaiczna geneza Wielkiego Wybuchu).

O Tranquilizerze już sporo znaków ("Znaków? Ja mogę znaków ile trzeba, tyle mogę znaków") popełniliśmy, więc zakończmy tylko stwierdzeniem, że Dan celujący ponoć w swoje Dark Side of the Moon (format "album jako ALBUM") to nie false advertising. Z kolei dyskusja wokół rzekomego sięgania po wsparcie AI przy tym materiale (i jego wcześniejszych) sprowadza się jak zwykle do kwestii wyczucia w użyciu dostępnych środków. Niezależnie, czy tylko obrabiał "znalezioną, niekradzioną" paczkę sampli, czy pomagał sobie algorytmami, to liczy się imponujący efekt. O dziwo wcale niewiele mniejszym osiągnięciem pachnie kinetyczny soundtrack do wspaniałego Marty Supreme, którym (dygresując) Josh Safdie chyba przeskoczył i tak mocne Uncut Gems (nawiasem: mam na półce kilka boxów Allena i lubię zawiesić oko na Bloodsport, a i tak znalazłem coś świeżego w tej neurotycznej frenetyce narracyjnej). Słusznie prawi nasz Tomisław, że ta ścieżka dźwiękowa to w sumie to taki rewers Tranquilizera. Oczywiście ("nazywając rzeczy po imieniu, Jurek") "rewers w sensie awers" ("zamach w sensie wymach") – niby w teorii inne granie, bo sekwencery zamiast sampli, ale wspólnym mianownikiem jest rodzaj mikro-maksimizmu (?) uprawianych warstw. Trochę jakby Madvillainy progresywnej el-muzyki: abstrakcyjne impresje bez początku ni kresu. Daniel "LaRusso" Lopatin poza powierzchownymi nawiązaniami do 80s zwyczajowo czerpie też z krautroniki (Cluster, T-Dream), dorzuca "orientalizmy i fleciki", a w połowie powoli kończą mu się tricki, więc sięga po dosłowne imitacje – wampiryczne organy "Vampire's Castle" (btw blisko Freda Avrila), odrobinę Erica Serry z przypominanego teraz kinowo Big Blue w "Force of Life" albo Henri Serokę z "Point Park" (...Glino) w "Endo's Game".

Ech, gdyby Glass score'ował nie Koyaanisqatsi, a Karate Kid (przy czym Paul Hertzog od muzyki do Kickboxera to już dla Marty'ego referencja wprost)... Poza Glassem (w co mi graj, bo ostatnio miewałem delikatny revival fazy na popularnego PhiPhi – sprawdźcie nową wersję Einsteina z Suzanne Vegą na majku) nad całością podejrzanie unosi się też hologram Lindstrøma. I tu płynnie przechodzę do następnego wydawnictwa, bo sympatyczny Hans-Peter nieco z partyzanta grzmotnął przyswajalnie i tanecznie-popowo, jak już dawno nie. Minęły dwie dekady od kiedy rodak Kjetila Rekdala i Erika Myklanda zaznaczył na mapie obecność stylotwórczym w niszy, okraszonym elegancką obwolutą disco "I Feel Space". Klasyczne (i notabene też zadłużone u Glassa czy Reicha – "jogi babu, brawo JASIU") Where You Go... to dziś bez wątpienia moje podium 2008, a smakowite kolabo z Prinsem Thomasem zawsze na propsie. Jednak od tamtej pory solowe poczynania typa odbierałem jako tyleż wszechstronne (od electro piosenek po eksperymentalkę – szanuję spektrum), co nierówne. Wreszcie na Sirius Syntoms "nóżka sama chodzi" non stop, a miłe skojarzenia wirują jak (brokatowy) pył. Tu wariacje na bazie przewodniej frazy "Just Be Good to Me" S.O.S Band ("Moon"), tam opary Voices from the Lake i wczesnych Junior Boys ("Sharing An Orange..."), jeszcze indziej sklejka motywiki Jackson5(s) i groove'u "Last Train to London" (tytułowy closer), trafia się nawet TECHENKO na modłę Model 500 albo złagodzony acid 808 State i do tego wszystko w deczko zredukowanym sosie Berlinette. Normalnie "dyrektor miejskiego przedsiębiorstwa odśnieżania, pan Piasecki". Aaa, no i przebojowy opener "Cirkl", który swobodnie odnalazłby się na pamiętnej EP-ce Proof fińskiego baśniarza Baxtera. Miodzio (dla chętnych – tu chronologiczna plejka z traczkami Norwega które często WŁANCZAM).

Właśnie, co do Finlandii, to mam szybką anegdotę. W 2002 Krzysiek Zakrocki opisywał u nas materiał tajemniczego producenta nurtu "braindance" pod pseudonimem Astrobotnia. Tożsamości doszukiwano się u wielu, wśród podejrzanych znalazł się nawet sam Dick D. Jimmy. Obecnie wiadomo, że był to Aleksi Perälä, fiński "pisarz eseista", wspominany już w Ekstrakcie przez Tomka, a po raz pierwszy pod nazwiskiem to hen przez Zosię Dąbrowską w dawnej rekapitulacji elektronicznej. Nie dość że ten spec od technologii zaczynał w wieku 12 lat (choć w świecie IDM to słabizna – pamiętamy Mohipeta i jego profilówkę na discogs, prawda Michale?), to jeszcze postanowił pobić rekord Guinessa w liczbie opublikowanych wydawnictw. Może przeskoczył Merzbowa, a na pewno celujemy wkrótce (za 10-15 lat?) w feature top 100 płyt, analogiczny do tego o Krzysztofie Krawczyku. Znowuż – czy POSIŁKUJE się w tym PROCEDERZE ("Coś ty tam narobił...?") narzędziami "sztucznej inteligencji"? Otóż podobnie jak przy OPN – nie ma to żadnego znaczenia, tak jak nie miały proporcje dźwięków akustycznych i cyfrowych na Yesterday Was Dramatic w recce LeMaya. Albo ktoś UMI promptować, albo nie: "it's the future, baby". Jeśli facet rzeczywiście korzysta z Suno czy pochodnych, to według mnie UMI, a może nawet był zdolnym prekursorem. Zwykle sieka generatywne ambient techno o korzeniach w SAW i Autechre, ale "przesłuchałem dla państwa" kilka jego tegorocznych i Grace 8 to oprócz niektórych WOLUMINÓW rozległego cyklu Colundi Sequence może być najgęstszy materiał gamonia. Ta rozległa próbka DL-math-psych-age to tym razem "ch... muje dzikie węże..." – okolice Raviego Shankara, On the Corner Milesa, African Skies Kelana Phila Cohrana oraz ambiendeliki 90s. Rekomendowane z kadzidełkiem.

Bliską moodem powyższemu narkotyczną podróż odjebało jeszcze kilku zasłużonych luminarzy psychologicznego ambientu. Zaobserwowałem zresztą tendencję do traktowania serio powracających zacnych weteranów (good), przy czym dobór postaci nieraz pozostawiał do życzenia, bo poza marginesem zostali ci warci wyjątkowej uwagi. Kolejnym zawodnikiem który kolosalne ilości nagrań jakoś o dziwo równoważy(ł) ich jakością jest Kevin Drumm. "Sam w domu", Drumm w domu, mamy Kevina w domu...? Z tego co pamiętam, to jego przepastny katalog z grubsza można podzielić na dwie kategorie – rozcinający łeb na pół ekstremalny noise (vide monumentalne i nieśmiertelne jako punkt odniesienia dla post-Akitowego krajobrazu Sheer Hellish Miasma – a propos, doczekało się solidnego sequela w marcu) oraz statyczny rodzaj wsobnego post-ambientu, celującego w poczucie "czystej obecności" (chociażby ceniona seria Imperial). Do tego drugiego nurtu należy przeoczona szerzej kompilacja Neither Here Nor There ze stycznia 2025 – wybrane przez berliński label Vaagner highlighty z kilku niedawnych self-released płyt KD. Zawiera ona w moim odczuciu niezwykle silną dawkę psychodrone'owej homeopatii, testującą granice między "ledwo" i "nic", a porównywa(l)ną (słusznie) z buddyjskimi medytacjami dźwiękowymi Éliane Radigue. Do kompletu siwych panów z bródką dorzucam Wolfganga Voigta w następnym mocarnym (choć tym razem "bad trip") epizodzie im Tunnel kwasowego cyklu Rückverzauberung (tu segmenty dostępne na Spoti zebrałem w plejkę) oraz będącego w formie godnej schyłkowego Manoela de Oliveiry samego Eno, cytującego na zignorowanym krytycznie asamblażu Aurum (rodzaj kolejnej iteracji psychologii zapoczątkowanych na Thursday Afternoon) strzępki – paradoksalnie – MelodyNelson-owo-Spiderland-owych fraz gitary. Nie są to może rewolucyjne dziełka, acz frapująco i godnie wzbogacają dyskografię emerytów.

Skądinąd nie tylko legendy zabierały mądry głos w podobnym tonie, bo od ambientu wychodzi też nowy niderlandzki talent sporego kalibru, czyli Mammo. Jego General Patterns po kwadransie wytrawnie dyskretnej introdukcji z pogranicza SPA KOMISJI Yamaneko i śnieżnego ambient techno Yagya (by zostać tylko przy artystach na Y) przepoczwarza się w dawkę treściwego rytmicznie i soundowo "minimalu" (przypomina mi się znajomy z końca lat 90. – "ja to głównie słucham MINIMALU" – do dziś nie wiem, co właściwie miał na myśli). Nic odkrywczego wprawdzie (część fanów oficyny Kompakt zapewne wzruszy ramionami), lecz z jakiegoś powodu często wracałem do tych eleganckich, geometrycznych cykaczy. A w rejonach klubowo-magazynowych (i chyba w kategorii open) ligę wygrał dla mnie w minionym sezonie kiepsko google'owalny, ogólnie średnio medialny Raven – dźwiękowy poeta malarz z San Francisco. Na swoim pełnowymiarowym, walentynkowym debiucie Gnosis wywołał mi wrażenia nieodległe od dwu powyższych akapitów, lecz zupełnie innymi tropami. Wyrastający raczej z konwencji ejtisowego new age i digi-r&b, operujący bezwstydnie w jasnych rejestrach DX7 i pokrewnych, śmiało eksponujący zamiłowanie do sophisti harmoniki i kontrapunktyki, z głową w chmurach i o skłonnościach kontemplacyjnych – a mimo to sporadycznie podszyty outsiderskim pulsem. Efektem kandydat do wąskiej galerii albumów, w których nie tyle się zasłuchałem, co przez kilka miesięcy "zamieszkałem" (rent free – czego nie omieszkało mi wytknąć grudniowe Wrapped złych inwestorów w przemysł zbrojeniowy). Sąsiad "podatnego" wajbu takich wrażliwców jak Gigi Masin, Larry Heard, Leon Vynehall czy Brian Leeds – choć w mig rozpoznałbym klimacik Gladwella w "invisible jukebox". Tu nawet żal tytuły tracków wskazywać, bo muzyka (z dymem) płynie, sprawdź to (w całości).

Inna sprawa, że konsekwentnie podtrzymuję tezę forsowaną już na tych stronach kilka lat temu – a właściwie rozwijaliśmy kolektywnie pierwotne intuicje redaktora ŁŁ, kontynuującego idee starego Reynoldsa. Mianowicie – podkreślę raz jeszcze "mocno... i stanowczo" – w bieżącej epoce nie trzeba wcale słuchać elektroniki, żeby słuchać elektroniki ("ja nie grałem jazzu po to, żeby grać jazz..."). Pewien szacowny redaktor wpływowego portalu (OK, "palnę sobie" jak ONEGDAJ Janerka o eschatologii – chodzi o niejakiego Sama Goldnera) napomknął nonszalancko na ex-ĆWIERKU, że OsamaSon budzi w jego żonie skojarzenia z Autechre. Panie, my to międlimy ("my to pierdolimy, nas to nie dotyczy...") od wielu odcinków. "Osamason filmów mam o tym... Co to za trap?". I tendencja wzrasta. Bo weźmy nawarstwione bity na gargantualnym Music, obie zeszłoroczne płyty WiFiGawda (niepozorna życióweczka?) – The Dynasty (longplay) i Legend (minialbum), a także w sumie "cały ten ambient trap" dokumentowany SKRZĘTNIE przez miłościwie naczelnego, gdzie w podkładach znajdziemy sporo de facto IDM, tylko kamuflowanego jako eksperymentalny cloud plugg – chyba, że etykietki nie grają roli. Dla jasności – to wcale nie musi być kluczowe kryterium selekcji. Osobiście wolałem "pierwszy w rapie pop" – jaskrawą trylogię jogurtowego maestro K Suave (zwłaszcza B4 You Land2), różności "różne i różniaste" (w tym singiel "Get Near" i album Absence of Presence) od Xhuloo tudzież rześkie ITTY by KP Skywalka. Dziewczęcy "Urban" też nie odstaje, jak pan Jan po sześciu meczach kadry. Poza krajanką Nath w asyście Expo na triphopowo hipnotyzującym xoxo nominacje otrzymują też obce faworytki – Jnhygs (sigilkore Her Jams i Silent Chaos bliższy ducha shoegaze'u, niż 95% obecnego shoegaze'u), Dominikanka Miimii (chwytliwe bouyon "Sé Miimii" przebojem WDARŁO się do podsumowań) oraz wreszcie portugalska nadzieja eklektycznego sophisti-pop-trapu, aktualna mistrzyni świata we fruwających effortlessly topline'ach (same "Acordard" i "Infeliz" tak chwytają za serce, że mięknę...) Tixa dzięki cholernie uzależniającej EP-ce Tixa, Prazer.

W poprzednich latach dorzuciłbym do powyższego PARAGRAFU Kristę Williamson, znaną też jako Mitaya. Ale oto ta ATLANTKA odjebała najbardziej intrygującą metamorfozę stylu A.D. 2025. No okej, może obok Magic!, a więc skrętu Piri i Tommy'ego w stronę Neptunesowskiego r&b-popu – aczkolwiek w bubblegum'n'bassowo-funky-house'owych ciuszkach Todd-Edwardsowsko pociętego wokalnie "Lights Off" i Pied-Piperowskiego remixu "Going On" Higgo imho lepiej im do twarzy (ale ja mam "świra" na jej punkcie, więc przypuszczalnie nie doceniam GRACJI tego 20-letniego cyklu retro-revivalu Neptunes – więcej hopefully napisze Tomek). Wait, gdzie ja byłem... Ach, Mitaya. EP-ka This City Makes Me Sad to ugruntowanie pozycji "true auteurki" tej ex-plugg-traperki – zupełnie nagle "z dupy" czystej wody... gitarowe indie. Całość wiarygodna, rzetelna i zdradzająca uczciwy pasjonacki research gatunku jak Stella na Lychee. NATOMIAST ("...kocham Lewego") opener "Unholy" zasługuje na oddzielną wzmiankę. To rzadki przypadek piosenki dość prostej na papierze nutowym, lecz niebywaaaaleee sprawnej w zakresie SYNTEZY swojej genealogii. Brzmi ona dla moich uszu jakby wiele plejkowych hitów tego typu z przełomu mileniów ("Kiss Me" Sixpence None the Richer, "Torn" Natalie Imbruglia, "A Thousand Miles" Vanessa Carlton, "Too Little Too Late" Jojo...) oraz DNA balladowości "ostrzejszych kapelek" w rodzaju Pavement, SDRE czy Paramore zmieszać w milimetrowo wyważonych proporcjach i uzyskać niespełna dwuminutową sekwencję bez zbędnych elementów (włącznie z cudnie dośpiewanymi dwugłosami i prowadzącym na manowce, urwanym quasi-refrenem). Trafiony zatopiony – w kobiecym (i nie tylko) wieślarstwie ta miniaturka totalnie skradła mi show. Ewentualnie jeszcze dodałbym dream-pop ("w każdym odcinku wyrywam jakiś shoegaze...") z Kurytyby ("ja z klubów to lubię Brazylię-ee-eeeee—e-eee-ę…") – KRĄŻEK Nature grupy Terraplana z fontannami perłowych przesterów, śmietankowymi hookami i (momentami) kobiecym głosem nieodległym barwą od Elisabeth Esselink (zawsze miło odnotować). Inni? Ciężko... Gdyby bowiem ktoś zapytał, jaki genre najmniej mnie pochłonął jako słuchacza i "konsumenta treści" w ostatnich miesiącach, odparłym: "rock... najmniej rock".

I tym żarcikiem mogę już przejść do finału skromnej wyliczanki, bo tu czeka na nas dwóch certyfikowanych TROLLI. Mac DeMarco, człowiek o wielu twarzach, karierowo przeszedł już na drugą stronę lustra po konceptualnej "instalacji" nagraniowej 199. Tymczasem iście rozczulające Guitar to jeszcze inna parafia – introspektywnie kameralna minimal akustyka o przemijaniu dla miłośników McCartneya s/t i nagich demówek Lennona (ciekawe w sumie dokąd w latach 20. doszli następcy Ariela – co Ferraro, a co Vernor..). A potem pójdziecie w czerwcu na Torwar i znów sceniczna błazenada, idź pan w ch... (tu macie w pigułce esencję niezrozumianej dyskografii Kanadyjczyka). Prywatnie wolałbym na Kasowskiego. K.A.S.A., "postać znana" również Porcysiakom (polecam przejrzeć archiwum), niechcący (?) popsuł Kurom powrót (Uno Lovis Party to projekt pod tą nazwą dowodzony przez O.D. pod AUSPICJAMI T.T. – takie sytuacje zdarzały się w dziejach rocka, nihil novi sub sole) i serią luźno wypuszczanych singli zamkniętych w Szołbiznes Vol. 3 przedstawił ekwiwalent prawdziwego follow-upu do Polovirusa. W powodzi pastiszu barometr WTF eksploduje przy "Nie rozumiem nowej muzyki" (technicznie biorąc na YT jeszcze w 2024) i "Bez autotjuna", w których pan Krzysztof podąża ścieżką Piotrka z "Moje rzeczy amp". Muzycznie zinterpretował on polski trap w idiomie (K.A.S.A. di) Tuzza jako "bhangrę" (zaśpiew refrenu – ni to arabski, ni orientalny) i wyszedł mu autentyczny, niewymuszony BHANGER. Tekstowo zaproponował meta-diss a rebours (znacznie głębszy niż Tau naśladujący "vibe" nocnego FiFi opowiadającego jak tam chodzi po kebabach warszawskich). W gruncie rzeczy nie do końca wiadomo z kogo szydzi (trapu, siebie, oldskulowych dziadów?), co ma na myśli przez "nie rozumiem" (estetyka, liryka?) i co nazwał "NOWĄ muzyką" (szach mat – punkt dla szkoły Reynoldsowskiej). I could go on – tak się ustawił, że z każdej strony się broni. "Nie rozumie nowej muzyki" – no nie rozumie, i co nam pan zrobi. Głębokie rozumienie – że nie rozumie. Wiem, że nic nie wiem. W kawałku "Czy nie wygląda to źle" K.A.S.A. przyznaje "grałem dla beki nie dla kasy" i sam ten wers zapewnia mu miano niekwestionowanego goacika wśród drętwych leszczy pa-Szołbiznesu doby pato-influencerki. Doceniamy.


TOP 10 PŁYT
Raven Gnosis
OPN Tranquilizer
Playboi Carti Music
Kevin Drumm Neither Here Nor There
Tixa Tixa, prazer
Mammo General Patterns
Nath / Expo 2000 oxox
Aleksi Perälä Grace 8
Lindstrøm Sirius Syntoms
Terraplana Natural

TOP 10 SINGLI
Mitaya "Unholy"
K Suave "Long Time"
Piri & Tommy "Lights Off"
KP Skywalka "ITTY"
Jnhygs "I Know"
Young Franco "Going On (Higgo Remix)"
K.A.S.A. "Nie rozumiem nowej muzyki"
Mac DeMarco "Rock and Roll"
WiFiGawd "Nike SB / Duffle Bag 2"
Miimii "Sé Miimii"


Strona #1    Strona #2    Strona #3    Strona #4    Strona #5    Strona #6

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ekstrakt #7 (OPN: Tranquilizer)
Ekstrakt #6 (Playboi Carti: Music)