SPECJALNE - Ranking

20 najlepszych płyt 2013

18 stycznia 2014



10Kelela
Cut 4 Me
[Fade To Mind]

Był kiedyś taki album. Na okładce dziewczyna w złotym topie i czerwone tło. Wiadoma sprawa. Moja pierwsza płyta r&b, którą kupiłam ze świadomością istnienia ''takiej muzyki” i jej ogólnie przyjętej nazwy. Od tamtej pory w pamiętniczkach koleżanek z podstawówki drżącą dłonią pisałam, że słucham już tylko r&b. To rozbuchane wtedy uwielbienie nie zgasło, wręcz przeciwnie, nasza więź z biegiem lat się zacieśniła. Taka już ze mnie lojalna partnerka. Choć przyznaję uczciwie, łatwo nie było. Rozczarowania, rutyna, rozkład pożycia, a w głowie natrętne pytania. Na co mi to wszystko? Dokąd to prowadzi? I w momencie, kiedy już nawet sentymentalne wycieczki w złote czasy przynoszą ledwie cień satysfakcji, oto jest. Bukiet róż, romantyczna kolacja i mocne postanowienie poprawy. Kryzys zażegnany, rozstania nie będzie. Dzięki Kelela. –Luiza Bielińska

recenzja płyty »
posłuchaj »



09Kanye West
Yeezus
[Def Jam]

Niezły numer z tego Westa. Typowi znowu się udało. Po raz kolejny wzbudził niesamowity buzz wokół swojej marki, tym samym zrealizował cel zasadniczy – rozszerzył jej zasięg na nowe terytoria. Nie oszukujmy się, do tego sprowadza się "mesjanizm" Westa. Moim zdaniem ten człowiek aktualnie nie ma do powiedzenia absolutnie nic. Zawodowy celebryta inkorporujący w swoją twórczość idee antykonsumpcjonizmu (wtf?), antyrządowe hasła czy walkę z segregacja rasową tak samo mnie przekonuje jak Beyoncé-feministka. To przecież ten sam poziom. Mało tego, uważam, że jego poczynania na tym polu są tak samo skuteczne jak koszykarska dyplomacja Dennisa Rodmana. Cały yeezusowy koncept bazuje przecież na wyeksploatowanej do granic możliwości, pop-marketingowej tradycji żerowania na najprostszych kulturowych instynktach. Prosta terapia szokowa – poruszmy tematykę polityczną, religijną lub moralną i jest heca. Kanye na tej płaszczyźnie funkcjonuje w podobny sposób jak Gaga, więc całe te zalewające internet, pseudo-kulturoznawcze rozkminy nad ”mesjanistycznym” aspektem Yeezusa mogą wzbudzać jedynie uśmiech i jeszcze bardziej pompować rozbuchane do granic możliwości ego Westa.

To co zasadniczo odróżnia twórcę Yeezusa od Germanotty to po prostu talent do tworzenia dźwiękowych struktur. Kanye jest niesamowicie utalentowanym *muzykiem*, co nie ulega dla mnie najmniejszym wątpliwościom, ale też artystą-kuglarzem. W muzyce Westa środki stylistyczne nie są podporządkowane konkretnemu artystycznemu efektowi, tylko stanowią same w sobie istotę jego twórczości. Bo jedyne, co chce Kanye osiągnąć (poza satysfakcjonującym wynikiem marketingowym), to bycie najlepszym. Doskonale utwierdził mnie w tym przekonaniu Yeezus będący taką artystyczną hochsztaplerką. Te chore, futurystyczne, post-industrialowe bity są owocem kminienia Westa na zasadzie: "jak tu można po raz kolejny zaskoczyć i pokazać kto rządzi w tej grze". Niemniej jednak obsesyjne pragnienie bycia numerem jeden wraz z talentem czystej wody pozwala mu ten cel zrealizować. Świeżość jaka bije z tej muzyki jest niezaprzeczalna. Kanye na każdym swoim albumie stara się trendy inicjować, a nie za nimi podążać. Prawdopodobnie podyktowane to jest jego chorą ambicją. Trendsetting w przypadku Westa nie objawił się dotychczas tak silnie jak na zeszłorocznym Yeezus. Prawdopodobnie takich rzeczy w mainstreamie nie robił nikt (i chyba nie tylko tam). Wypatrywaliśmy już tutaj przyszłości popu w poczynaniach Knower, ja jednak nieśmiało wskazałbym palcem w kierunku Westa. –Marek Lewandowski

recenzja płyty »
posłuchaj »



08DJ Rashad
Double Cup
[Hyperdub]

Przy prawie każdym odsłuchu Double Cup muszę zapauzować płytę i na chwilę odetchnąć. Dzieje się tutaj tak dużo, nawet na przestrzeni pojedynczego utworu, że można się zmęczyć. Numery zwalniają, przyspieszają, czasami na chwile zacinają się na jednym mocarnym motywie, żeby za chwile wylądować w zupełnie innym miejscu. Posłuchajcie choćby tytułowego kawałka. Macie siłę na 50 minut takich zwrotów akcji? Album DJ-a Rashada jest jak jazda kolejką górską i to nie byle jaką, powiedzmy, że Kingda Ka (ta też się czasem zacina).

Ale czasami chciałbym też słuchać Double Cup na okrągło, właśnie dlatego, że co chwila obsypuje mnie dobrem. To w istocie jedna z najbardziej inteligentnych zeszłorocznych płyt popowych, pełna zaraźliwych numerów takich jak "Show U How" czy "Let U No", przeznaczonych raczej do słuchania w domu niż na parkiecie. Raz spogląda w przyszłość, raz bez żenady sięga do przeszłości (nie bez kozery "Acid Bit" nosi taki tytuł), niemal zawsze dostarcza niezwykle inteligentnej rozrywki. Ani razu w zeszłym roku nie czułem się znudzony albumem Rashada i nie czuję się do dziś. –Łukasz Konatowicz

recenzja płyty »
posłuchaj »



07James Blake
Overgrown
[Republic]

Nieprzemijająca świeżość oferty Jamesa Blake'a zasadza się w dużej mierze na odwadze komponowania nie tylko dźwięków, ale i braków. Czego zatem na Overgrown nie znajdziemy? Nie ma tu z pewnością utworów doskonałych w klasycznym sensie tego słowa. Nie otrzymujemy gwarancji, że każdy takt jest na swoim miejscu, w brzmieniu jak gdyby od zawsze sobie przypisanym. Przeciwnie, wydawać by się mogło, że gibkie loopy wyparte zostały przez najzupełniej arbitralne segmenty podkładów, przeznaczone bardziej do wyobrażeniowego remiksowania, niż biernej kontemplacji. Możliwość zamiany miar "I Am Sold" i "Voyeur", zapakowania ich z Chance the Rapperem i syreną na pianinie to jednak oznaka doskonałości innego rodzaju, możliwej na mocy wewnętrznej kategorii tego sofomora, jaką jest przenikające całość przeczucie rozpadu. Wdziera się ono między linię wokalną a tracący puls gradient synthów openera, by zaznaczyć swoją obecność słynnym alertem "Retrograde" czy basowym kneblem "To The Last", a ostatecznie wyziać nieprzypominającymi niczego dropami wieńczącego całość bonusa w postaci "Every Day I Ran". Tak za plecami RZA James wywija lodowatoczarnym jęzorem, bo wie, że ponownie nagrał album znakomity i rozczarowujący. –Karolina Miszczak

recenzja płyty »
posłuchaj »



06Boards Of Canada
Tomorrow’s Harvest
[Warp]

To nie ślad, to droga. Nie percepcja przełożona na język dźwięku, lecz energia, która spostrzeżeniu towarzyszy. Teraz krótka glosa - wszystko już jest w recenzji. BoC po raz kolejny odzierają pojmowanie z gotowych klastrów i figur pamięci, z podprogowych obrazów, skrótów i całego śmietniska, na które zlatują się mewy i memy. To wykorzystanie wagi dźwięku, który, jeśli przyjąć sugestię artystów, jest tutaj rzeczywiście trochę jak ziarno wzrastające gdzieś już poza samym albumem ("trzeba siać, siać, siać" – przyp. tłum.). To doświadczenie przyrody zapośredniczone przez taśmę dokumentalnego filmu, który wywołuje nie tylko efekt nostalgii za naiwnym odbiorem natury, lecz, na zasadzie kontrastu, gdzieś tam pokazują jej rzeczywistą kaustyczna kondycję. Podobnie: post-apokaliptyczne porównania odbiorców i proponowana przez braci wykładnia przyszłej krańcowości zyskują wspólny eschatologiczny wymiar. Zgadzamy się, że ten album odrzuca hauntologię. Zostawia jej ezoteryzm, zagmatwanie i powierzchowne referencje. Pozostaje przy tym jednak płytą w elementarny sposób zanurzoną w przeszłości, wyciągającą z jej niebytu nie uproszczone porcje, lecz raczej proste przeczucia. Jedno z nich sprawiło, że zacząłem myśleć o tym, co Seamus Heaney zobaczył w wyłowionych z bagna szczątkach Człowieka z Tollund (wór zarzucony na głowie, związane ręce, gardło poderżnięte, zamykające się sklepienie mokrej ziemi), gdy doświadczył wrażenia synchronii (albo pamięci ziemi) w brzmieniu toponimu, przez moment jednocząc na płaszczyźnie wyrazu aurę i akustykę: "Mógłbym uznać kotły trzęsawisk za nasze miejsca święte, modlić się do niego, aby sprawił, że wzejdą kiełki". To właśnie dzieje się na tym albumie – dźwięk wydobywa z torfu podobne pokłady olśnienia. –Wawrzyn Kowalski

recenzja płyty »
posłuchaj »



05Inc.
No World
[4AD]

Nie policzę już godzin, które poświęciłem pełnowymiarowemu debiutowi inc. – w tym wspaniałym roku była to bez wątpienia najczęściej odtwarzana przeze mnie płyta, doświadczenie podobne przeżywaniu Last Exit przed laty. Przechodziłem z no world niezwykłą historię, zaniepokojenie, pierwsze objawy tęsknoty, gdy na końcu języka plątał się rytm "Trust (Hell Below)" i błagalna partia gitary z "Desert Rose (War Prayer)", wreszcie przywiązanie właściwe relacjom ze sztuką, która w idealny sposób zdaje się korespondować z oczekiwaniem słuchacza.

Te dzieła zostają ze mną najdłużej, do których trzeba się przyzwyczajać. Otwierające się powoli, trudniejsze, niż się na pozór wydaje; kiedy przypisanie przynależności do konkretnego zbioru wydaje się na tyle podstępne, by nie orzekać niczego z nadmierną pewnością siebie. R'n'b dobiegające z sypialni rozjaśnionej przyprószonym światłem, zrezygnowany soulowy temat rozbrzmiewający w opustoszałym klubie, nawet "zagrajcie jak Pat Metheny" (ale inaczej) na życzenie. I cała skala podskórnie uświadamianych napięć, ledwie wyczuwalnych wstrząsów, z pościelowego tła wysuwających na plan pierwszy niepokojący sen, który chciałoby się przegnać nim niespodziewanie zakończy się happy endem.

Powiedzenie o diable tkwiącym w szczegółach należałoby tu rozciągnąć do rozmiarów traktatu o estetyce, którego napisania nie podjąłbym się, zostawiając rozważania o wewnętrznej gotowości na spotkanie z no world na potrzeby prywatnego dziennika. Oto płyta pozbawiona wszystkiego, co ocierałoby się o wulgarność (przypadek, hmm, Anxiety), za to bogata kunsztownie napisanym materiałem, którego brakowało mi chociażby w twórczości Toma Krella, operującego w większym stopniu "klimatem" niż kompozytorską sprawnością. Bliska klasyce, a może już klasyczna. "Moja" płyta. –Piotr Gołąb

recenzja płyty »
posłuchaj »



04Kitty
D.A.I.S.Y. Rage (EP)
[self-released]

Bardzo chciałoby się uniknąć zaczynania od oczywistych, sieciowych tropów, ale spróbujcie wpisać "tumblrcore" w obowiązującą wyszukiwarkę i nie zobaczyć w wynikach tej rudej małolaty. Trzeba by zakryć ekran co najmniej dwoma dłoniami, a to i tak zakładając, że siedzicie na sprzęcie poniżej siedemnastu cali. Jeśli ktoś do tej pory nie wiedział, z kim ma do czynienia, to już wie, że z królową wszystkich internetów. Szczęśliwie, uniwersum reblogów i followów doczekało się uroczej i zdolnej reprezentacji.

Dziewczyna wybrała sobie komiksowy pseudonim na początek kariery, potem skróciła go o połowę, jest ruda, rapuje i wymiata. Ludzie mają różne oczekiwania od życia; dla mnie to właściwie koniec rozmowy, kupuję bez słuchania. Tak jednak ułożyły się koleje losu, że jej output z 2013 zagęściły trafione w dziesięć na dziesięć kolaboracje, a sama bohaterka wycisnęła ze swoich możliwości, wydawałoby się, wszystko. Patrząc bowiem prawdzie w oczy, można dość łatwo zauważyć, że Kitty nie grzeszy techniką. Wszystko czym dysponuje, to umiejętność wyboru dobrze brzmiących słów i nieporadne flow, ale to nie tylko wystarcza. To bardzo często zwyczajnie rządzi. Gdyby była średnio rozgarnięta, pewnie skończyło by się zaledwie ciekawą pozycją na wiecznie rosnącym rynku internetowych wydawnictw. Co naturalnie nie gwarantuje miejsca na liście Porcys. "Robi to" dopiero gościnny Antwon, robiący najśmieszniejszy featuring roku. I bity też spoko. –Mateusz Jędras

recenzja płyty »
posłuchaj »



03Knower
Let Go
[self-released]

Jeśli Kraftwerk jest jak pocieszny WALL-E, to Knower to EVE – niszczycielskie perfekcyjne cudo techniki. Niemieckie roboty sięgały po technologię, by wyrazić typowo ludzkie strachy i obsesje, Knower jednak, jak robot z filmu, pozornie tylko prezentuje nadludzką perfekcję, wysoko taktowaną precyzję i wolność od ludzkich słabości. Bo i Wall-E, i Eve przypominają w końcu o tym, co w ludziach fajne i wyjątkowe, a przede wszystkim kreatywne – przypominają nam, grubasom jadącym w swoich autach z doprowadzonym do skrajnego funkcjonalizmu radiem brzdąkającym w tle.

Jak zauważył Patryk Mrozek, opowiadając o swoich wrażeniach z koncertu Knower, nie ma w ich muzyce cienia ironii, jest za to szczera fascynacja futuryzmem. Knower brzmią jak piewcy technologicznego post-humanizmu, z wizualizacjami rażącymi ich po oczach, dowolnie zmieniającymi ich ciała i z elektronicznymi narzędziami kompozytorskimi stanowiącymi ich przedłużenie. Z tym, że całkowicie pozornie, bo muzyka, którą grają jest na wskroś ludzka, nawet jeśli funkcjonowanie na tym poziomie euforii jest dla człowieka w normalnym stanie właściwie niemożliwe. To tylko jazz/sophisti-popowe cudeńka podkręcone do, zgodnie z trendem obserwowania przyspieszenia świata i narastania szumu informacyjnego, totalnego ekstremum. Let Go jest więc pochwałą życia, muzyki i ludzkiej zdolności do przekraczania samego siebie. A że pop przyszłości tak nie będzie brzmiał, bo dąży do radykalnego uproszczenia? Wiecie, prawdopodobnie Los Angeles w 2019 roku też nie będzie wyglądało jak w Łowcy Androidów. –Kamil Babacz

recenzja płyty »
posłuchaj »



02Jensen Sportag
Stealth of Days
[Cascine]

Jensen Sportag nigdzie się z niczym nie śpieszą, na wszystko mają czas, albo po prostu nie poddają się jego obezwładniającemu dyktatowi. Z oficjalnym longplejem w barwach Cascine zwlekali przecież dostatecznie długo, aby świadomość o ich istnieniu rozpierzchła się w niepamięci. Ostatnie lata poświęcali głównie na zamieszczanie onirycznych zdjęć grzybów na Facebooku, co zapewne nie było jedynie prokrastynacyjnym kluczeniem. Ich twórczość z roku na rok stawała się coraz bardziej wycofana, efemeryczna. Powoli oddalała się od wymogów stawianych przez tradycyjny, dogmatycznie rozumiany proces komponowania, upodabniając się do czegoś na kształt lepidopterologii dźwięków. Przemierzyła długą drogę od zwartych, euforycznych wypełniaczy parkietów (''Jackie'', ''Power Sergio'') do chybotliwych quasi-kołysanek, zdolnych przy najwątlejszym podmuchu rozsypać się w pył. Tak jakby Jenseni stopniowo i z rozmysłem rezygnowali z życia, jakby szukali bezpiecznego schronienia w pieleszach świata z pogranicza jawy i snu. Nie będzie raczej zbytnią przesadą stwierdzenie, że razem z wypielęgnowaną, subtelną do granic możliwości zawartością Stealth Of Days odwracają się oni plecami od palpitacyjnej rzeczywistości permanentnego deadline'u, pręgierza wzmożonej aktywności i kompulsywnej standaryzacji.

Czym skutecznie mieszają szyki każdemu, kto próbuje w jakiś sposób opisać istotę ich muzyki, i to jeszcze w sztywno określonych ramach czasowych. Tyle lat nabożnych, przedłużających się w nieskończoność oczekiwań, i co? I nic, nawet do końca nie wiem, z czym mam do czynienia i pewnie nigdy się nie dowiem. A może w głębi swojego skarlałego serca wcale tego nie chcę? Wciąż czuję się zdeprymowany, wybity z rytmu, zdany na łaskę tego rozleniwiającego, idealnie rozplanowanego zestawu halucynogennych utworów o niewyrażalności. W obliczu Stealth Of Days wszystkie słowa wydają się wyświechtane i zupełnie nieadekwatne. Jasne, zawsze mógłbym skorzystać z podręcznego zestawu odniesień, rzucić się w wir efekciarskiego namecheckingu, napomknąć o nietypowych przewrotach akordów, ale tylko wyrządziłbym tym krzywdę sobie, garstce najpobożniejszych jensenistów i tej niezwykłe wsobnej, wymykającej się kategoryzacjom muzyce.

Wchodzenie z buciorami w ten idiosynkratyczny, widmowy świat sprawia wrażenie niegodziwości godnej najpodlejszych umysłów, a w najlepszym przypadku zasługującego na politowanie nietaktu. Nauczony liczonymi w setki odsłuchaniami wiem, że każdy ma swoje, dostosowane do własnych potrzeb Stealth Of Days i sądząc po wynikach głosowania jest to środowisko, gdzie większość z nas czuje się jak u siebie. Jeśli bowiem istnieje na tym smutnym padole zespół, który zawsze jest po stronie słuchacza (nie tylko tego skupionego na detalach), to bezsprzecznie jest nim Jensen Sportag. –Wojciech Sawicki

recenzja płyty »
posłuchaj »



01My Bloody Valentine
m b v
[MBV]

Powiedzmy to jeszcze raz: na pełnoprawnego następcę Loveless, jednej z najwybitniejszych płyt w historii muzyki rozrywkowej, przyszło światu poczekać dwadzieścia dwa lata. Historia poczynań My Bloody Valentine w tym okresie, od połowy lat dziewięćdziesiątych (gdy większa cześć materiału tworzącego ostatecznie MBV została skomponowana i nagrana), przez oficjalny rozpad grupy i sporadyczne wieści o dalszym losie masterminda Kevina Shieldsa, aż po reunion koncertowy oraz dręczące plotki dotyczące planów wydawniczych, całkowicie przejęła ton narracji na temat zeszłorocznego krążka, który światło dzienne ujrzał w końcu niespodziewanie, z dnia na dzień, bez wydawcy czy maszyny promocyjnej. Reakcje fanów towarzyszące tym perypetiom wahały się od bezgranicznego entuzjazmu po głosy nieco bardziej emocjonalne, coś że "profanacja świętości" będzie i powinni zapomnieć o tym jak mają na imię, let alone an album! Z perspektywy stycznia dwa tysiące czternaście widać jednak, że historia MBV nie mogła potoczyć się inaczej, bowiem lepiej oddającym sprawę rzeczy toposem fenomenu My Bloody Valentine wcale nie była i nie jest "świętość", tylko pojęcie czasu.

Sam już background naszkicowany w powyższym akapicie dowodzi tego, jak ogromny wpływ trwanie miało na losy My Bloody Valentine, ale jego skutki są tutaj bardziej dalekosiężne niż w ściśle hagiograficznym sensie. Zaczęło się od klasycznej fazy zespołu na przełomie lat 80-tych i 90-tych, której esencjonalnym czynnikiem był przecież nieskazitelny timing. Na Isn’t Anything My Bloody Valentine idealnie zsytentyzowali style Jesus and Mary Chain, Cocteau Twins, Birthday Party i kilku innych zespołów, dając początek najbardziej aktualnemu gatunkowi muzycznemu swojej epoki; w przypadku Loveless idealnie wskoczyli w moment, gdy muzyka alternatywna otwarła się na emocjonalny monumentalizm i transcendentne aspiracje. Klasyczne nagrania MBV odnalazły idealny temporalny grunt pomiędzy byciem “ahead of its time” i “of its time”, czyli jedyne miejsce, z którego da się popchnąć historię.

Błędne byłoby jednak myślenie, że z timingiem MBV rozminął się Shields o choćby sekundę. Z najbardziej oczywistej strony: zespół powrócił w momencie apeksu mody na ogarnianie przeszłości, w chwili, gdy potencjalnie największa liczba ludzi na świecie świadoma jest rangi całego przedsięwzięcia, lecz także u progu epoki, w której zainteresowanie “rockowym” zespołem z lat 90-tych będzie coraz to niższe. Równocześnie, MBV jest kosmicznym – jeśli nie intencjonalnym – komentarzem na temat powszechnej hiper-kontekstualizacji muzyki, jaka cechuję dominujący dyskurs krytyczny circa 2Kwhatever. Ze złotym songwritingiem, który mógłby pochodzić z dosłownie którejkolwiek ery, brzmieniem nawiązującym do 1993 i datą wydania dwadzieścia lat później, MBV przez swoją ponadczasowość zmusza do całkowicie wyabstrahowanego odbioru: nagromadzenie elementu czasu w twórczości My Bloody Valentine w końcu implodowało, by na tej płycie zatrzeć jego pojęcie w ogóle.

I żeby się nie rozpisywać, mam jeszcze małe prywatne doświadczenie związane z tematem: osobiście przyswojenie, docenienie i zakochanie się w muzyce My Bloody Valentine zajęło mi blisko dziesięć lat. Dopiero gdy w przesłuchaniach Loveless dostrzegłem absolut, który od lat widzieli w nim mądrzejsi ode mnie ludzie, wynagrodzony zostałem perfekcyjną kropką nad i z otchłani dna ubiegłego. Idealnie poza czasem, idealnie na czas. –Patryk Mrozek

recenzja płyty »


#20-11   #10-1


Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ekstrakt #1 (styczeń-marzec 2022)
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu