SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 2000-2009 Na Świecie

13 listopada 2010


060Jay-Z
The Blueprint
[2001, Roc-A-Fella]

Sklepy małopolskiej sieci Roban, H&Mu odzieży używanej, regularnie obwieszczają światu potężnymi planszami w witrynach, że "czyściwo – 14 zł/kg". Uznajmy na chwilę, że "czyściwo" wyczerpuje spektrum skojarzeń przywoływanych przez Blueprint. Spójrzmy: hasło rags to riches powiewa na co drugim sztandarze. Wypolerowanie albumu sięga miłej sterylności sklepu z przedmiotami dla klas wyższych (czyli wystarczająco daleko od niemiłej sterylności kliniki, np. odwykowej). Kiedyś nie było mnie stać. Teraz już mnie stać, ale getto wciąż noszę w sercu. Blueprint można śrubować Heglem od każdej strony. Problematyzujmy dalej. Gładkość bitów, nieskalany flow i pewność siebie Jiggi niepokoją – nie ma gdzie wetknąć palucha. Dissy są tak mocne, że każda potencjalna odpowiedź na nie brzmi jak "to fajnie masz w domu". Geniusz wczesnego Kanyego w "Izzo" nie daje mi spać. Gdyby nie "Girls, Girls, Girls", które jako chyba jedyna osoba na świecie uważam za muzycznie najsłabszy moment płyty, całkiem prawdopodobne, że całość stałaby się nie do zniesienia. Na filozofii średniowiecza dr Kiełbasa wykładał o "koniecznej niedoznawalności Absolutu". Czyściwo choć trochę droższe niż to użyte na Blueprint najpewniej wymiotłoby doszczętnie cały brud z bagażu Jaya, co byłoby bardzo smutną sprawą, bo dźwięków o tak wysokich rejestrach zupełnie nie słychać. –Aleksandra Graczyk


059Nellie McKay
Get Away From Me
[2004, Columbia]

O tej panience pisałem już parę razy na Porcys, ale ponieważ Matti jest leniem... Miała 21 lat, gdy wydawała ten dwupłytowy (choć godzinny – zmieściłby się na jednym CD – ale nalegała na 2 dyski – halo, nie czaję) zbiorek. I teraz wyznanie z mojej strony – nie znoszę "piosenki aktorskiej". Respektuję tę odnogę muzyki rozrywkowej, kumam, że ekspresja, dramaturgia i literackość wcielona, ale zwykle gdy w promieniu kilometra ktoś "nadaje" radosną twórczość postaci typu Katarzyna Groniec, Edyta Geppert bądź Janusz Radek, to błagam o litość i ewakuuję się poza pole rażenia. Dlaczego więc Get Away From Me to zestaw, od którego nie umiem uciec i prywatnie jeden z moich największych growerów ubiegłej dekady (od żywego zainteresowania po otaczanie kultem)? Może dlatego, że ruda maruda nasyciła te (już na starcie błyskotliwe) utwory całą gamą ozdobników, raczej spoza wokabularza purystycznie pojmowanej "aktorszczyzny" – elementami (znacie tę wyliczankę, ale...) jazzowych modulacji, kameralnych orkiestracji, parodystycznego rapu ("I listen to some rap / I give myself a slap", deklaruje) i "świeżo skoszoną Bacharachowszczyzną" (courtesy of Metausz – jak na nicka przystało, pojawił się w komencie z poziomu "meta"). A tekstowo przedstawiła szokująco, jak na swój wiek, dojrzały i efektowny zarazem (a te przymiotniki nieczęsto idą w parze) feminizm oraz orzeźwiające społeczne malkontenctwo – przebrane za nieskrępowany strumień leksykalnych łakoci (czego ona tu nie namechekuje + rymuje "Phil Spector" z "Hannibal Lecter", przebiegłość tego!). Facetów dziewczę trzyma krótko (szydercze "every woman knows it's a pose!"), ale – co ciekawe na obecnym etapie popkulturowej samoświadomości – unika bezpośrednich skojarzeń z niewybredną erotyką, zero prowokacyjnych podtekstów, międzywierszowego ruchania.

Efekt końcowy brzmi jak kolekcja coverów SAMYCH (musicalowych i/lub dżezawych) evergreenów, na zasadzie składanki standardów o walorach historyczno-poznawczych (ja sobie nie wyobrażam dziejów muzyki bez "I Wanna Get Married", "Baby Watch Your Back", "Clonie" i... tak mógłbym wyrecytować prawie całą tracklistę), ale po pierwsze to są jej autorskie songi, a po drugie ile w tych wersjach żaru, ikry, pasji i zarazem dystansu do samej siebie (ciągłe sinusoidy od superbohaterki do samokrytycznego losera). Jeśli statystyczny czytelnik ziewa, to dodam, że czasem ta oryginalna mieszanka zahacza o tereny znane fanom "indie" – Sufjan (mostek w "Ding Dong"), Modest Mouse (frustracja wokalna "Inner Peace") czy tropicalia (niebiański refren "Suitcase Song"), a sesje produkował dziadek Geoff Emerick (tak, ten). Chociaż McKay bez wątpienia zasługuje na przydomek "wunderkind" i potem wydała jeszcze parę fajnych albumów (a nawet, tym razem serio, przeróbki Doris Day), to nigdy już nie przeskoczyła onieśmielającego, zapierającego dech rozmachu debiutu. Natomiast gdy regularnie do niego wracam, to zastanawiam się ciągle: skąd aż taka skala talentu, skąd ta wściekła muzykalność, skąd tyle pomysłów poetyckich, skąd taka zaraźliwość, wiedza i kompetencja w tak młodym wieku? –Borys Dejnarowicz


058LCD Soundsystem
45:33
[2006, iTunes]

45:33 istnieje kompletnie obok innych nagrań LCD Soundsystem, łącząc w sobie najlepsze rozpoznawalne ich elementy i stylu całego DFA. W hołdzie Goettschingowi, James Murphy, pod pozorem miksu do biegania, konsekwentnie rozwijając swoje nagranie, bierze nas na wycieczkę po dekadach i odmianach muzyki elektronicznej i zawsze brzmi jakby dłubał w nich od wieków. Bez wybuchów i nagłych cięć, korzysta ze starej szkoły miksu – jedne partie zastępują powoli inne partie, mimo osłuchania, kolejne wciąż wydają się nieprzewidywalne, choć wszystko odbywa się według konsekwentnie realizowanego boskiego planu. Bije z tego taka klasa, że przyćmiony zostaje każdy inny elektroniczny i taneczny albumik. Ile po 45:33 jest sensu miksowania swoich czy cudzych gówien. –Kamil Babacz


057Lilys
Everything Wrong Is Imaginary
[2005, Manifesto]

Najdziwniejszy mój strzał tej setki, bo nigdy do końca nie zrozumiałem Lilys, nie zrozumiałem o co chodzi Heasley'owi, ale oddam sobie, że się nie starałem. Eccsame The Photon Band, Precollection co myślałem, że jakiś bootleg, bo tak wydane i tyle wiem. Do tej pory jakiś shoegaze, teraz zwyczajny dance-punk, tyle że szlachetniejszy i emocjonalnie rozedrgany – co też niczym dziwnym nie jest, patrząc po ogromnej traumie, jaką Heasley musiał przechodzić w trakcie nagrywania. Skoro mnóstwo złożonych interpretacji zawodzi, pozostaje ta najprostsza, jeśli nie prostacka – Everything Wrong Is Imaginary to zbiór świetnych, pomysłowych, chwytliwych piosenek z tytułową na czele. Innego wyjaśnienia nie potrafię dla siebie odnaleźć i sądzę, że inni podobnie. No i optymistyczna myśl przewodnia. Szkoda, że nie wierzę. –Filip Kekusz


056Farben
Textstar
[2002, Klang Elektronik]

Przed erą The Field rzeżby z malutkich sampli, które mogą podobać sie każdemu tworzył Jan Jelinek. Wiem jaką miłością darzy się Loop-Finding-Jazz-Records, ale to nie ten zestaw filigranowych konstrukcji jest arcydziełem Jelinka. Jest nim Textstar, zbiór utworów z ep-ek nagranych pod aliasem Farben – kocioł bulgoczących, smolistych bitów. Ponoć w tym projekcie Niemiec chciał pokazać swoją miłość do funku i disco. Słychać to, ale nie w strukturze utworów a w samej tkance dźwiękowej, w ciemnych, sprężystych, grubych odgłosach perkusyjnych, które są głównym elementem muzyki Farben. O samych bitach na Textstar można by napisać tekst dużo dłuższy i poważniejszy od tego, który właśnie czytacie – rytmy i sposoby ich realizacji są same w sobie fascynujące i wiele tracków na płycie poświęca wiele czasu na ich kontemplacje każąc innym elementom czekać. Ale te inne elementy istnieją – przekonacie się, kiedy nad fundamentem zazębiających się kliknięć, plumknięć i bzyknięć w "Beautone" wzniosą się mocne disco smyki i skoczy wam tętno. Nie słyszałem nigdzie indziej tak organicznych i zmysłowych produkcji z pogranicza dubu i glitchu. –Łukasz Konatowicz


055Lisa Shaw
Cherry
[2005, Naked Music]

Nie będę się przekonywać, okładka nie wróży. Zapędza w Braxtonowe zagrody, ale tym milsze rozczarowanie wobec zawartości. Solowy debiut Shaw nie uknuwa łez zawodu: po latach ficzuringowania po kątach dorobek wokalistki ukoronował się w rombie iście ekskluzywnym. Hojnie zastawione podkłady idą gruboziarnistym, klubowym bitem w stronę deep house'u, z ocieplającymi funk-gitarkami jak od Cameo, smykami i kiściami, delikatnie brzmiących, tamburynów, raz za czas robiąc oddech na minimalowe korytarze. Dla sceptyków, informacja na recepcji: mrooowia, całe mroowia cowbelli, które da się wziąć i dotknąć! Ogólnie album daje mocne uczucie materialności, konstrukcje piosenek osadzone są na konkretnej rytmice, głos Lisy subtelnie manewruje na krawędzi, w gruncie płynąc po przyjaźnie stabilnej trajektorii. "Nawet nie spodziewa pani, jakie cacko trzyma pani w ręce", czego i Wam i Waszym rodzinom życzę. –Magda Janicka


054Dismemberment Plan
Change
[2001, DeSoto]

"Zmiana"? Oj tam, oj tam od razu. Jakby się dłużej zastanowić, to z wydaniem tego albumu dla zasłużonej waszyngtońskiej formacji zmieniło się niewiele. Jasne, Change jawi się jako naturalny i (prawdopodobnie) idealny możliwy następca wybitnego Emergency & I, ale sam w sobie nie przynosi zbyt wielu rewolucji w obrębie D-Planowego piosenkopisarstwa jako takiego. Easley ciągle łoi na tych bębnach JAK POPIERDOLONY, Travis gorzko intonuje "o życiu" a pozostali koledzy przygrywają w takt i to ciągle są prawdopodobnie jedne z najlepszych rzeczy, jakie ktokolwiek kiedykolwiek nagrał w tej lidze. A jeśli z jakichś względów nie chcecie mi wierzyć, to przypominam, że jednym z haseł kampanii prezydenckiej Baracka Obamy było "Change We Need". Oczywiście, że świat potrzebuje Change, bo na przykład pod teledyskiem do "The Face Of The Earth" ktoś napisał, że ta piosenka brzmi jak Incubus. Cóż, albo nie czuję konwencji żartu albo faktycznie koniec świata jest już bliski. Chociaż najpewniej to i jedno i drugie. A wracając do Dismemberment Plan – "tu nie ma co gadać, tu trzeba pomniki budować". –Kacper Bartosiak


053Daft Punk
Discovery
[2001, Virgin]

Są płyty które lubisz i nigdy nie odmówisz sobie przyjemności ich posłuchania. Są płyty które lubisz, ale jakoś na ogół nie jest ci z nimi po drodze. Są płyty które lubisz tylko ty, są płyty które lubią wszyscy. Są płyty o których mógłbyś mówić godzinami i płyty o których, prócz ogólników, nie masz nic do powiedzenia. Są płyty których nigdy nie przesłuchałeś do końca, ale nie przyznajesz się do tego nawet przed sobą i są płyty których nie słuchałeś od nie-wiesz-kiedy, a i tak znasz je na wylot. Słowem: są płyty i płyty.

Pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałem "One More Time" Daft Punk. Chociaż wzdragam się przed słowem "pamiętam", bo w tej sytuacji wydaje się szalenie nieprecyzyjne. To wrażenie zupełnie poza kontekstu dat, miejsc, twarzy – wspomnień, nazwijmy je "figuratywnych". Pośród raczej mętnych wyobrażeń kim byłem i co robiłem w roku dwutysięcznym, względnie dwutysięcznym pierwszym, kiedy myślę o tej piosence i niczym nie zapowiedzianym momencie, w którym natknąłem się na nią w telewizji objawia mi się pewien wycinek minionej rzeczywistości. Między bezpowrotnie utraconymi chwilami przed nim i po nim, ostał się w mojej świadomości skrawek czasoprzestrzeni w swej namacalności zupełnie totalny. Zawsze chwile bawię się tą myślą. Później przychodzi moment otrzeźwienia. Rzeczywistość z zasady rzadko bywa tak nienaturalnie hiperrealistyczna. Pojawia się smutna racjonalność, karząca nieścisłości i denuncjująca manipulacje jakich dokonywały po drodze wszystkie twoje minione wcielenia nim chwilowo ugrzęzłeś w tym najteraźniejszym Ja. Na ile potrafię staram się być jednak naiwny i wierzę, że gdzieś tam pod grubymi warstwami narastających przez lata przeinaczeń leży zupełnie małe ziarenko "prawdy" o tym co się stało tego zapomnianego dania temu zapomnianemu mi.

Są i takie płyty, przy których tradycyjne kategorie ulegają dewaluacji. Są takie płyty, które wykraczają poza zwyczajowe (co wcale nie znaczy gorsze) kategorie postrzegania muzyki. Są płyty, które stają się cząstką ciebie i stanowią kim jesteś. Taką płytą jest dla mnie Discovery. –Paweł Nowotarski


052Les Savy Fav
Go Forth
[2001, Frenchkiss]

Ostatnio zjadłem hamburgera i poczułem się jak Świetlicki, ale wiem kto w 2001 roku na pewno przez ani sekundę mentalnie nie zbliżył się do żadnego fast fooda: było ich czterech i mieli dziwną nazwę zespołu. Go Forth jest totalnie konkretne z doskonałym wymieszaniem post-punka, melodii, czadu i inteligenckiego podejścia do sprawy. I skumajcie, ta mieszanka jest właśnie doskonała, bo ambiciaki doznają przy tych pokomplikowanych konstrukcjach, sekcji rytmicznej i tak dalej, a ci co wolą melodie mają tysiące znakomitych refrenów. Może to nie jest najlepsza ich płyta, może coś tam w stylu "uuuu nazywam się Jason Blaza i dam trzy gwiazdki", ale to nie o to tu chodzi. Tu się rozchodzi o fakt, że w poprzedniej dekadzie gitary delikatnie umierały, a Go Forth proces ten na pewno mocno spowolniło. Jak kiedyś zwątpisz w siłę krzyku i riffu to sobie walnij tę płytę przed snem. NIE ZAŚNIESZ. –Ryszard Gawroński


051Interpol
Turn On The Bright Lights
[2002, Matador]

"Rock jest w kryzysie". "Skąd przybędzie zespół, który uratuje jego oblicze – zapytają Ci, którzy kochają emocje w nim zawarte". "Pamiętajmy jednak, że niemal dekadę temu pojawiła się płyta, która z impetem otworzyła drogę kilku zasmuconym młodzieńcom drogę na ku rockowemu Panteonowi". "Płyta o uczuciach, które towarzyszą każdemu z nas. O nieudanych związkach. O wielkim mieście, modzie, tym, co w życiu najistotniejsze". "I nie chodzi tu o najlepsze kości policzkowe w branży". Bo wiecie: my tu się śmiejemy w nieskończoność z gustu i stylu jakichś Pawłów Kostrzewów, ale kto nie pogodzi się z tym, że Turn On The Bright Lights połączyło granie dla cipek z zestawem wybitnych piosenek – ten cipka. A później ta ipsacja Joy Divisionova, te wszystkie smutne dziewczęta, to wszystko, co wyśmiewając w 2010 roku sami narażamy się na śmieszność – to już nie wina piosenek, tak jak nie jest winą The Smiths ani Joy Division to, że Interpol nigdy później już nie nagrał albumu nawet w połowie tak dobrego, jak debiutanckie EP i full length. Właściwie już w samej linii basu z "Obstacle" zawiera się pomysłowość i synteza pierwszego Interpola: elastyczność, zwarcie i piekielnie pomysłowe rozłożenie elementów. Głęboko wątpliwe, by głosom negującym klasyczność tej płyty nie towarzyszyło zniechęcenie otoczką, zresztą niewielu to ukrywa. Ja tam się nie znam na polityce, ale ogłaszam konkurs: dajcie 5 innych płyt, o których bardziej nie chcielibyście pisać w tym roku. Czekam! –Łukasz Łachecki


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ekstrakt #1 (styczeń-marzec 2022)
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu