INNE - FORUM

skomplikowane, ale nieudane

1 maja 2008

czy przychodzą wam do głowy płyty, które z jednej strony niby wzbudzały szacunek względem ambicji kierujących zapewne twórców w trakcie organizowania skomplikowanej materii muzycznej (wielopoziomowo, co tam sobie chcecie), ale z drugiej strony ambicje te nie do końca przekładały się na jakość tych albumów? bo mi chwilowo nic, chociaż na przykład ten post jest skomplikowany, ale nieudany, tzn. przekombinowany; o coś takiego mi chodzi. poruszamy się raczej po muzyce rozrywkowej, żeby nie dochodziło do haniebnych wypaczeń na innych polach. no i wiadomo, każdy ma taki próg przyjmowania komplikacji, na jaki sobie zasłużył(jaki sobie wypracował).

yeahnot
  • a poza tym, poza wszelka konkurencja, wszystko co z etykieta zwana "neo-progresywnym rockiem" (arena, pendragon - czy poza metalmindem wydajacym im dvd ktos tego na swiecie slucha??) –rageman, 3/5/2008 18:11 owszem, Arena - Immortal, polecam.
    turas (3 maja 2008)
  • Panic At The Disco - Pretty. Odd. Haha.
    mja (3 maja 2008)
  • yeahnot - pomijając twój prawie nieczytelny post - zdecydowanie błądzisz względem june of 44. wszystko ich, poza anahatą, to rzeczy wybitne.
    ugh (3 maja 2008)
  • pierwszy pzychodzacy na mysl przyklad - Kazik - Czterdziesty Pierwszy. tak jak znajduje sie w elitarnej chya tutaj grupie lubiacej Kazika (w glownej mierze solowego jednakowoz), tak nawet fani tego pana musza przyznac, ze album to jebitnie nieudany. smutne urodziny musial miec chlopak tego roku. a poza tym, poza wszelka konkurencja, wszystko co z etykieta zwana "neo-progresywnym rockiem" (arena, pendragon - czy poza metalmindem wydajacym im dvd ktos tego na swiecie slucha??)
    rageman (3 maja 2008)
  • set fire to flames - signs cos tam rebuilder... krok w tył jeśli chodzi o kanadyjskiego post rocka. przerost formy nad trescia, gdzie własciwie tresci nie ma prawie. miało chyba byc ambitnie w założeniu, niestety wyszło tak ze nie cche sie do konca dotrwać (w sumie szkoda, ostatni utwór jest chyba najlepszy). a z innych to hm...The Wall jest w sumie kontrowersyjne - niby kultowa i w ogole, ale pełno zapełniaczy na niej. smashingow nie lubilem jakos nigdy wiec sie nie wypowiem.
    turas (2 maja 2008)
  • Właśnie, to czyni te pierwsze so-called, nieprawdaż? I klasyzacja wynika z idealizacji.
    szczur (2 maja 2008)
  • chyba jednak wiekszosc ludzi tutaj jest w stanie widziec calkiem wyraznie, ze te rzeczy z jednej strony to nie jest troche ta liga co te rzeczy z drugiej strony
    bezstronny (2 maja 2008)
  • Dobra, strasznie relatywne i koooontrowersyjne- przekombinowane Perfect From Now On w porównaniu z There's Nothing Wrong In Love. Tak, powiedziałem to! Tylko się krrrwa ze mną nie zgadzać!
    szczur (2 maja 2008)
  • Ale tu dochodzi sprawa: kto i co idealizuje. Bo z jednej strony Alice In Chains, Smashing Pumpkins, Oasis, a z drugiej, ziooom, Pavement, Loveless, NMH. Rozbija się o hype'y i gusta, co?
    szczur (2 maja 2008)
  • Tak to odebrałem, wiesz, Low (heh)- klasyka, Mellon Collie- so-called. –szczur, 2/5/2008 15:35 mnie się wydaje, że kluczem interpretacyjnym będą tutaj te lata 99-04, które tak jakby były przeciwstawione głupio idealizowanym latom dziewięcdzięsiątym oczywiście prawdopodobnie jest to tylko projekcja moich wrażeń z obcowania z tworami typ Alice in Chains
    trenslejtujący (2 maja 2008)
  • ten Yes przypomniał mi jeden album Jeffa Millsa. słuchałem i oglądałem (DVD) go może w niezbyt warunkach (ludzie gadali i takie tam), ale było nagłośnienie i większy ekran. płyta to "Blue potential (Live with Montpellier Philharmonic)", gdzie Mills wykonuje swoje szlagiery w aranżacji na orkiestrę. w sumie minimal techno + orkiestra - brzmi to może intrygująco, brawa za głowową otwartość, choć tradycja wykorzystywania np. stringowych sampli w elektronice jest raczej długa, to jednak w tym wypadku było to trochę niestrawne (i nie mam wysypki na hasło 'orkiestra'). inny przykład przed laty - choć nie wiem, czy się tu kwalifikuje. 2 pierwsze June of 44 wydały mi się niestrawne, choć nie do końca. nie tyle może tu sprawa skomplikowania materiału - nie wiem, czy to było skomplikowane, może nie - co raczej 'klimatu', który był zimny, odpychający, aba, aba. tak jak Slint spoko (powiedzmy, że to jest to słowo, o które mi chodzi), Rodan, jakiś Don Caballero 'nawet'( - okej, tak przy June of 44 "co innego mówiło serce, co innego - rozum czy tam głowa". no ale muszę powtórzyć, bo może za słaby byłem. w ogóle w przypadku tego typu spotkań jak te 2 powyżej, itp., pojawia się regularnie podejrzliwość typu 'a może ja nie nadanżam po prostu'. chodzi mi o tego typu sprawy jak ta opisana od góry tutaj http://www.porcys.com/Others.aspx?id=169 pod nazwą Carla Bley / Paul Haines "Escalator Over The Hill" (jeszcze nie słuchałem), tylko że słabe miało być w zamyśle (a tu jest dobre), ewentualnie o rozterki typu 'czy to jest ambitne i słabe, czy tylko mi się wydaje, że jest słabe, a to ja jestem słaby'
    yeahnot (2 maja 2008)
  • Tak to odebrałem, wiesz, Low (heh)- klasyka, Mellon Collie- so-called.
    szczur (2 maja 2008)
  • A moim zdaniem pisząc "tak zwanej klasyki" a następnie o tym, że do nowszych pozycji wraca chętniej trochę jakby podważał faktyczną rolę starszych wydawnictw ;). Chyba że to coś w stylu: wczesne (Barrettowe) Pink Floyd-klasyka, późne Pink Floyd-so-called-klasyka ;)
    fritz (2 maja 2008)
  • @ fritz Dlatego, jak mi się wydaje ważnym dla wypowiedzi feelologa był człon określający tę klasykę- so-called. :)
    szczur (2 maja 2008)
  • Yes - Drama nie wiem, jaki ten album ma status wśród fanów zespołu, ale ja nie jestem w stanie tego słuchać. z gatunku ambitny pomysł konceptualny - koncert Rahim & Luc - ich koncert i płyta DVD - że chcieli dowartosciowac nieco hip-hop do statusu sztuki, ktora mozna pokazac w przestrzeni typu opera (czy gdzie tam rejestracja tego koncertu miala miejsce). potwornie pretensjonalnie i jednoczesnie infantylnie to wyszło.
    PK (2 maja 2008)
  • "glowny problem z wiekszoscia so-called klasyki" To już trochę upraszczanie sprawy. 90% rzeczy których ja np. słucham na okrągło często powracając też do mniej klasycznych krążków to rzeczy sprzed 91 roku. Bowie, Iggy, New Order, Television, Talking Heads, Patti Smith, The Clash i tak dalej, i tak dalej nigdy się nie znudzą i dogłębne analizowanie twórczości tych "największych" jest dla mnie czymś o wiele bardziej fascynującym niż śledzenie nowości. Może jestem typem oldschoolowca, ale stykam się z całym mnóstwem ludzi, którzy słuchają naprawdę zajebistych rzeczy, ale nowości im totalnie wiszą, tak więc nie jestem chyba jakimś odosobnionym przypadkiem. Osobiście uważam, że samego Bowiego (albumy, koncerty, biografia, zjawiska popkulturalne, wpływy, inspiracje, działalność producencka, działalność pozamuzyczna) można rozkminiać latami jeśli naprawdę złapie się bakcyla. Wolałbym znać 10 klasycznych wykonawców i poświęcić się tylko ich twórczości, niż pobieżnie skakać po tysiącach płyt, które pozostają czymś anonimowym i wyjętym z kontekstu.
    fritz (2 maja 2008)
  • No nikt mnie na tym forum nie lubi. A kontrowersyjne by byłe, gdybym napisał, że Loveless. I głupie. No a takie Mellon Collie - dwie płyty, podział na cztery części, concept album (?), aranżacje, instrumentalizacje, orkiestracje. Jak nic przekombinowane.
    szczur (2 maja 2008)
  • nie wracam już do tych krążków –I, 2/5/2008 14:32 glowny problem z wiekszoscia so-called klasyki tymczasem do albumow z okresu 1999-2004 wracam znacznie chetniej. dziwne takie
    feelolog (2 maja 2008)
  • Jaki kontrowersyjny? Racja, "Smashing Pumpkins ssie!" to za mocne słowa, ale ta ich wyżej wymieniona płyta jest niesamowicie irytująca, bo "miało być epicko a jest przekombinowanie". Słyszę tam potencjał ale nie mam żadnej przyjemności ze słuchania, nie wracam już do tych krążków.
    I (2 maja 2008)
  • O, wiem co! Post szczura. Miał być kontrowersyjny, a wyszedł żałosnie.
    ... (2 maja 2008)
  • Czemu szukać tak daleko: Mellon Collie and the Infinite Sadness. Miało być epicko, a wyszedł album na którym śpiewa Billy Corgan. Zaraz, on spiewa na wszystkich albumach Smashing Pumpkins! Smashing Pumpkins ssie!
    szczur (2 maja 2008)
  • "Cyberpunk" Billiego Idola, chociaż pewnie sporo osób się nie zgodzi. To miał być futurystyczny koncept album, czerpiący z Dicka, Gibsona i generalnie klimatów science-fiction. Sporo elektroniki, pseudo-ambientowych pejzaży, jakieś wiatry, beczki, puszki, syntezatory, gitary i Billy Idol recytujący postapokaliptyczne wersy w stylu intro do "Diamond Dogs" Bowiego. Nie miało to niestety żadnego podparcia materiałowego i poza singlowym "Shock The System" (w sumie najmniej przekombinowany kawałek z płyty) wyszło straszne nudziarstwo i kiczowaty patos. Wydaje mi się, że jest całe mnóstwo koncept albumów, które nie udźwignęły fajnego pomysłu. Najwięcej takich przekombinowanych tworów chyba by było wśród wykonawców z kręgu rocka progresywnego. Nie wiem czy dobrze rozumiem temat
    fritz (1 maja 2008)
  • alog- amateur. bardzo wyrafinowane, swietnie wyprodukowane i nudne okropnie, nadete strasznie. sory gregory
    mt (1 maja 2008)
  • Ostatnia płyta Panic at the Disco. ...A tak na serio to... hm... druga Mars Volta? I pewnie coś King Crimson.
    ... (1 maja 2008)
  • ...and justice for all - metallica
    puy (1 maja 2008)
BIEŻĄCE
Ekstrakt #9 (Ekstrakt vs RA 00-25)
Ekstrakt #8 (2025)