SPECJALNE - Rubryka
Ekstrakt #8 (2025)
16 stycznia 2026Tomasz Skowyra:
W minionym 2025 roku znowu wpadłem po szyję w całe morze muzyki. Czasem było to morze wzburzone, cudownie nieznośne, ale w przeważającej większości było przyjemne, a kąpiel w nim była satysfakcjonująca.
Nie wierzcie tym, którzy z szyderczym uśmieszkiem bredzą, że nowa muzyka jest niewarta uwagi, że nie warto grzebać i szperać w poszukiwaniu nowych dźwięków – to wygodne i leniwe kłamstwo. Jest dokładnie odwrotnie: trzeba szukać wszędzie, zachłannie, nerwowo, bez planu i bez wstydu: na platformach streamingowych, na Bandcampie, na SoundCloudzie, na Twitterze (ciągle mówię Twitter), na blogach, serwisach, portalach czy u swojego baristy (pozdro Kieran, byku!), bo fantastyczna muzyka z całego świata leży na wyciągnięcie ręki, jest do zdobycia w zaledwie kilka kliknięć na smartfonie.
Reszta ekipy elegancko dołożyła już swoje, więc dorzucę tylko kilka skromnych rekomendacji, może akurat ktoś odkryje coś dla siebie.
W dniu premiery z zaciekawieniem odpaliłem Rest In Bass pana Che "i może to głupio zabrzmi i to nie ja powinienem mówić, ale wszedłem to jak w masło". To niebezpiecznie uzależniające gówno i wbrew pozorom przyjazna dla ucha muzyka: przesterowane basy pełnią w niej analogiczną funkcję do dropów w kawałkach techno. Stąd tak szeroka fascynacja słodkim jak ibuprom art rage'em (pozdrawiam zacne wydawnictwo). "Jest jazda, jest wesoło i sympatycznie". W gruncie rzeczy to jest po prostu mocno catchy eksperymentalna muzyka elektroniczna nieodległa od czystego IDM-u lub, z drugiej strony, ekstrawagandzkiego friendly digi-noise'u. Trzeszczące, wrzynające się prosto w łeb, powtarzające się bez litości synthy z muzycznych software'ów, z kontrapunktami w postaci dzikich ad-libów Mitchella, wprowadzają mnie w post-trapową hipnozę. W pojedynku na pure trapowe albumy roku (bo umówmy się, Music to jednak coś więcej niż trap), w moim prywatnym rankingu Che zostawia konkurencję w tyle ("ale jaja, nie było nikogo lepszego?"). Krótko mówiąc: chora muzyka na chore czasy.
A gdy świat zachwyca się Bad Bunnym (słusznie), w cieniu (niesłusznie) stoi sobie Albany, nieznana światu królowa reggaetonu z Hiszpanii. Na początku kwietnia wypuściła epicki, dwuczęściowy album Estaba Escrito, który słucha się jednym tchem. Podłączona do autotune'a niczym do kroplówki (mogę słuchać ten album dla samego wokalu Alby) dostarcza jeden z klasyków tego wspaniałego gatunku (ja w ogóle prawie nie znam "słabych" reggaetonowych kawałków). Tak powinien brzmieć pop w mainstreamie: czystej wody modernistyczna produkcja bez żadnych kompleksów wobec bitmejkerów z USA, wściekła zaraźliwość i potężny repeat value mimo ponad godziny muzyki. Nawet nie będę wam polecał pojedynczych tracków: ten LP trzeba łyknąć w całości.
Podobnież (uwielbiam to słowo) jak mixtape Chuggaholiczzz meksykańskiego duetu Freddy Moreno i Onemillionkisses, więc zostajemy z językiem hiszpańskim, ale zmieniamy kontynent. To dla mnie zdecydowanie największa niespodzianka roku. Gdy cały ten cyrk z podsumowaniami roku ruszył pod koniec listopada, później pojawiło się Spotify Wrapped, big champ Freddy i big player Raul na luzie i bez spiny wrzucają w grudniu mixtape, jakby mieli te wszystkie bzdury w pompie. Wrzucają mixtape i to jaki! Zastanawiałem się, z czym mogę go porównać i wymyśliłem coś takiego: gdyby Dust Brothers w formie mutant z Midnite Vultures stworzyli w sombrerach odpowiedź na Piracy Funds Terrorism bez cool samplerki?
Zapętlone w nieskończoność (ale ciągle stopowane) tracki na Chuggaholiczzz żyją i oddychają w stanie permanentnego (prze)ciążenia. Barokowa produkcja w postaci orgii chopped & screwed to magnetyzująca masakra: trap, hip-hop, plugg, chiptune, pop, experimental, wszędzie wirują rozżarzone faktury, nowe melodie pojawiają się i znikają, jakieś strzępki wokali krążą po całym paśmie, ktoś gdzieś rapuje (cała plejada gości, o których niewiele wiem), za chwilę wlatuje jakiś dżingiel, policyjna syrena albo strzały z karabinu, trudno ogarnąć tę ścianę dźwięków, która w pełni pokonała moją hiperuwagę podczas słuchania. A wszystko w lowkey dezynwolturze, w konwencji mikstejpowo-imprezowych bangierów. Zaś sercem tego rozedrganego dziełka jest landrynkowy "TuxxxiPiNK!" z rapowaną gościnką Sayuri i Sopholov. Freddy i Raul są psycholami jak Karl Malone. No i chyba można dopisać ten tejp do RIYL przy Los Thuthanaka (btw to red. Jałmużna podrzuca mi tropy w rodzaju weed420 czy Rat Heart, a sam LP rodzeństwa Crampton rekomendowała mi jeszcze zanim Joshua Minsoo Kim napisał reckę).
Poniekąd zostajemy w Meksyku, ale jednak ruszamy dalej w trasę: przenosimy się do Mexican Summer, bo to właśnie w tym znanym i cenionym labelu ukazał się I'll Be Waving As You Drive Away pochodzącego z Teksasu gitarzysty Haydena Pedigo. Słucham tych niezwykle eleganckich kompozycji już bez mała pół roku i wciąż mnie triggerują. W początkowej fazie moich sesji brakowało mi ambientowej przestrzeni z prawdziwego zdarzenia, jak w czystym ambient-country, którego jestem szalikowcem. Z biegiem czasu zacząłem coraz bardziej docenić kunszt i subtelne bogactwo skromnych przecież aranżacji, które cierpliwie czekają na docenienie (szufladka folkowego grania i american primitivism zobowiązuje). Największą siłą tych instrumentalnych kompozycji jest stoicka powściągliwość: zamiast galopu wydumanych aranżacyjnych fajerwerków, dostajemy akordy i melodie w skupionej i intymnej przestrzeni, gdzie obok fingerpickingu Haydena pojawiają się smyczki (chociażby w "Houndstooth" czy "Hermes"), fortepian ("All The Way Across") czy syntezator ("Smoked"). Wszystko składa się na zestaw siedmiu czułych, trochę smutnych, trochę optymistycznych, ale zawsze pięknych pieśni.
Swoją drogą raczej dość rzadko zapędzam się w tak mocno folkujące rejony, więc chyba warto podbić temat i zostać jeszcze chwilę na teksańskiej ziemi, bo tak się składa, że rodowitą Teksanką jest też Kacey Musgraves. W sumie zupełnie niespodziewanie Kacey, obecnie jedna z największych gwiazd mainstreamowego (country)popu, wydała trwający ponad d w a d z i e ś c i a j e d en minut (!) instrumentalny (!!) singiel/mini-album Sounds From The Heart Of The Woods, i jest to pure ambient-(folk)country. Dźwięki natury, kontemplacja, skupienie, spokój, błogość – taka lista słów przychodzi mi do głowy, gdy słucham baśniowej ceremonii powtarzających się bez końca partii gitary, zatopionej w pogłosie tła. W zeszłym roku zaaplikowałem kilkadziesiąt reapeatów z opcją full immersji, więc bez obaw polecam wrzucić całość na pętlę i dać sobie spokój z rolą domowego DJ-a na godzinę, dwie, trzy, cztery…
Zgoła inny vibe sączy się z Pardinyas duńskiego gitarzysty Heine Christensena, działającego pod szyldem Ghost And Tape traktuje dźwięk jak żywą materię podatną na elektroakustyczne eksperymenty. Słyszę tu organiczne ciepło znane z produkcji Jelinka, organizację przestrzeni vide Keitha Fullertona Whitmana (to raczej oczywiste), ale i coś z tej niemal bolesnej kontemplacji smutku mojego ukochanego Life Is Full Of Possibilities (dobra, nic nie jest w stanie zbliżyć się tak mocno klimatem do dziełka Dntela, ale "no widzisz, próbowałem") – szczególnie w otwierającym album tytułowym tracku. Teraz gdy za oknami mróz i śnieg, ten niepozorny album rządzi jeszcze bardziej.
W podobnym rejestrze porusza się Lukid na Underloop. Pokryty lo-fi'ową mgiełką (podobnie jak wspaniałe Gnosis Ravena, rezonujące klimat For Those Of You Huerco S.) IDM skutecznie bazuje na sprawdzonych patentach, tworząć własny idiom. Lekko ovalowy, tytułowy otwieracz od pierwszych sekund wkrada się na listę moich prywatnych klasyków, "Chunk" przypomina o wojażach w malignie zapomnianego Kwjaz (chyba tak to leciało?), "The Secret Of Bell Making" podryguje jak Flying Lotus na Los Angeles, "New River" brzmi, jakby Lukid remiksował Lone'a we śnie, a "Underhand Brokery" kłania się w pas aphexowym wygibasom (pierwsza część Selected Ambient Works to całkiem trafiony odnośnik do Underloop). Z tych niekoniecznie pasujących do siebie dźwiękowych puzzli powstaje układanka niepokojąco spójna, do której chce się wracać raz po raz, jak do zamazanej w pamięci melodii, której nie można uchwycić.
Z kolei z Dominikany pochodzi nasz zaufany człowiek Josué Suero Javier aka Boundary. Nie kumam trochę akcji z jego najnowszą EP-ką: otóż gościu wziął swój oparty na sennym outsider-house'owym backgroundzie i miękkich breakach kawałek "Epicenter Imager", z wydanej w 2023 roku EP-ki Hummingbird, a potem dorzucił do niego cztery kolejne numery i wydał pod nazwą, dokładnie tak, Epicenter Imager. No spoko, nie wnikam, bo skoro ziomeczek nadal utrzymuje formę z Oxido En El Espejo, to luz. W tej stricte tanecznej przecież muzyce, eklektycznym IDM-ie z ludzkim pierwiastkiem, kryje się jakaś trudna do uchwycenia energia. Nawet w podskórnie kryjącej niepokój wariacji na temat squarepusherowskiej rytmiki w "Optimal Tree Discovery", da się wyczuć ludzki puls. I w sumie śmieszne, że gościu wydał to w polskim labelu...
Teraz czas na sekcję singlową, którą rozpocznie Sophie Leigh McBurnie. Jeśli śledzicie Ekstrakt, to wiecie już dobrze, że chodzi o Piri z duetu Piri & Tommy. Borys wspomniał o nich w swoim segmencie, więc tylko dopowiem parę słów. Przede wszystkim wydali przyjemną EP-kę Magic z highlightem w postaci bezwstydnie pharrellowskiej "Miss Provocative" (a jeśli chodzi o grację, oczywiście "grazie, amigo", to niech pan się wsłucha, z jaką gracją Tommy świruje tu Justina Timberlake'a!) i słychać, że trochę próbują wymiksować się z bubblegum-2-step-bassu (dokładnie tak jak PinkPantheress, która zrobiła to bezbłędnie). Summa summarum jednak wolałem ich summer jamy z poprzednich lat od bezpiecznego "Someone", natomiast wychillowany letniaczek "Tom & Zendaya" (dawać już tę Odyseję, tylko nie zrób z tego Avangersów, Nolanie!) czy pachnący beztroskim imprezowym napięciem z Frogge.mp3 tytułowy, pozostają po jasnej stronie mocy.
Sama Piri już odgraża się, że ma dużo nowych kawałków do wydania, więc chyba będzie G. Zwłaszcza, że to mogą być takie numery jak magic-2-slow-bliss-stepowy "Lights Off" z bezbłędną, matematyczną precyzją synthowych akordów i eteryczną zmysłowością Sophie za mikrofonem. Drugi kawałek z podwójnego singla, "Bullet", może nie błyszczy tak jak "Lights Off", ale przypomina mi o debiucie z żabą na okładce. Trzeba jeszcze wspomnieć o dwóch tanecznych killerach: "Going On" Young Franco w remiksie Higgo oraz o "Body Language" Omara+. W obu oczywiście udziela się panna Piri. No i o parkietowym "Lemons", wpadającym w czułe objęcia Todda Edwardsa.
Jakiś czas temu moją muzyczną uwagę przykuła też Wenszy, ALTKA z Singapuru, która odnalazła się w świecie pluggu, digicore'u, emo-trapu czy indie-rocka. Najbardziej lubię ją w wersji plugg'n'B (singielek "all2me" to mój pewniak na singlowej liście dekady), więc nic dziwnego, że jej feat u ijacka w "Dead" zaskarbił sobie moją sympatię. Klasyczny ringtone z chwytliwymi, kolorowymi melodyjkami i trapowymi cykaczami, czyli właściwie wszystko to, czego oczekuję od niezobowiązującego współczesnego popu.
Zachwycił mnie też traczek koleżanki Dinamarca (który wydał w zeszłym roku dwie rześkie ambient-reaggetonowe EP-ki: Pachamami wspólnie z Meth Math i Headphones! z Akriilą), Maríi Moreno, kryjącej się pod pseudonimem Amore. "I Gotta Feeling" to cudowny love song ze słodkim, zaspanym śpiewem Maríi i muśniętym Timbalandowym, nomen omen, feelingiem, trafionym w punkt zwiewnym podkładem i oszczędną egzotyką w duchu duetu Buscabulla (tembr Maríi nawet trochę kojarzmi się z wokalem Raquel). Już same topline'y są taaaak piękne ("Dulceeee calooooor, tiempooooo de amoooooor / Una sensación, un nuevooooo dííííaaaaaa me atraaaavesóóóóó" – MARÍO BOSKA, co tu się dzieje!?), że nie ogarniam. Powiedzieć o tym singielku, że pływa w dystyngowanej rozkoszy, to nic nie powiedzieć.
A jeśli szukacie trochę klasycznego sophisti, to sprawdźcie opener albumu Oleaje, solowego projektu chilijskiej wokalistki Jazmín Broughton Aguilery pod szyldem Gatajazz. Wykwintne progresje akordów, synkopa w rytmie udająca nieparzyste metrum, bujne aranże, solówki na klawiszach i gitarze (punkt kulminacyjny!) i zapamiętywalny refren, czyli wszystko to, co stanowi sine qua non fantastycznej piosenki dla sophistimaniaków. Fani Prefab Sprout i przede wszystkim fani Mariny Limy powinni rzucić uchem na "Eléctrico".
W półśrodki nie bawi się też Yung Bans, o którym nieco zapomniałem, a przecież traper znany. Właściwie wszystkie jego zeszłoroczne projekty były "moim zdaniem według mnie" udane, ale w "Artificial" odjebał już po całości. Zawodnik z Atlanty dzieli wyrazy na tle napędzanego apehxowymi hi-hatami, ambient-trance'owego podkładu Xjaya (stały współpracownik Bansa, który robi też muzykę m.in. z Xhulooo, Belis czy SahBabii), w którym każdy beat switch wskakuje płynne i z wyczuciem zmienia nastrój: z cynamonowo-bąbelkowej słodyczy na działającą jak balsam post-imprezową nostalgię. Ambient-trap classic.
Z kolejnym singielkiem miałem małą zadwozdkę. Gdzieś tam na boku zbieram sobie różne fajne piosenki do dwóch plejek: REGGAMBIENTON (już mam ponad 100 traxów) i SEXYDRILLBIENT (tu dopiero się rozkręcam). I nagle pojawiło się pytanie: do której plejki wrzucić "Não Tem Fin (Garota Fav)", z wydanego na początku grudnia albumu Hotcore Taichu? Myślę, że kojarzycie tą kumpelę Saramalacary (razem w kolektywie Rip Gang) czy Lary91k.
No właśnie: gdybym usłyszał ten wspaniały, okalany z każdej strony mroźnymi, ambientowymi pasami syntezatora groove w jakimś głośnym klubie i nie wiedział, że stoi za nim Taís Lopez (która raczej kojarzy mi się z ostrą stylówką), to w ciemno wskazałbym Larę jako autorkę (tylko pewnie w produkcji DJ-a Pythona i Cash Cobaina). Argentynka nawet wokalnie budzie skojarzenia z Lara: śpiewa jak w transie tym swoim półsennym głosem (co, swoją drogą, jest totalną antytezą zarówno reggaetonu, jak i sexy drillu...), co w połączeniu z podkładem owocuje piorunującym efektem. W chwili, gdy słucham ten modernistyczny anty-banger (no właśnie, co? sexyreggambdrillton?) na słuchawkach, mam szczerą ochotę powiedzieć na głos bez cienia najmniejszej ironii: what a time to be alive. (Ostatecznie dodałem "Não Tem Fin" do obu plejek).
Kompletnie urzekło mnie też bogactwo "Sell My Ho" flirtującego z r&b i g-funkiem trapera Devona Derry'ego, działającego pod nickiem 10KDunkin. Ociekający szczerym złotem podkład oparty na dwóch pięknych zmianach akordów, przypomina mi trochę konstrukcję "Your Body's Callin'", choć to trochę inna bajka. W każdym razie pochodzący z Georgii ziomeczek wymiótł tym singielkiem konkretnie.
Inną taktykę przyjął newcomer 808eight, świeża postać, o której wspomniał już red. Łachecki w swojej części niniejszego Ekstraktu. Natomiast kolega traper położył melodyjne flow na eksperymentalne ścieżki jakby wysamplowane z nieistniejącego numeru Visible Cloaks w remiksie Ovala. Wyszło coś w rodzaju holograma z przyszłości, który oświetla ciemność wokół miasta swoim neonowym światłem. Wszystko to zostaje streszczone w półtoraminutowej porcji i to właśnie w tym geście bezczelnej kondensacji tkwi straszliwa siła "Rest In Bass" (ale to nie Che).
Z bardziej mainstreamowego indie-rozdania stawiam na "Just Two Girls" Wolf Alice. Londyńska formacja kręci się wokół 70sowych inspiracji: słychać Fleetwod Mac i Abbę, a ozdobą piosenki jest szybujący w górę, euforyczny refren podbity mocarnym pre-chorusem z hookiem "When I undress my eeeeeveeeeeryyyyy thoooooought / The way that you caaaaan't paaaaay fooooor". No i oczywiście czysty skill Ellie na wokalu. Great stuff.
Polecam też sprawdzić openera albumu The Velvet Underground & Rowan niszowej londyńskiej załogi Worldpeace DMT, dowodzonej przez Leo Finchama. "Air Force" brzmi jak krzyżówka kilku uznanych indie formacj: animallowe zaśpiewy, pokręcona rytmika Lilys z The 3 Way, aranżacyjne wariactwo Flaming Lips z Yoshimi czy nawet eksperymenty narracyjne The Books. A wszystko podane w dwuminutowej, łatwej do przełknięcia dawce. Idealnie.
W mojej skromnej ekstraktowej kolekcji singli nie może zabraknąć Kizo. Co to jest za KOCUR, to ja nawet nie. Może w 2025 nie wypuścił nowego albumu ("Znowu gdzieś płynę albo frunę / Nie wiem kiedy mam się zająć albumem" rymuje w "SUV Boomerze", a to znaczy, że artysta nadal cyzeluje swoje przyszłe arcydzieło Benger King), ale za to sporo pojedynczych numerów na konto Patryka wleciało. Razem z Leosią dał radę w "PLN", a z Igim w "100 w serii", natomiast z solowym Kizownikiem nie ma już żartów.
Chory, przekwaszony dabke-trap "Szef" z wersem "Zawsze stawiam na siebie, jebać ciebie!" wystarczyłby, żeby zachować formę z wytrawnego hiciora "Patryka I Wazy". Jednak maestro celuje wyżej i zamyka usta lamusom "Kanclerzem", kolejnym klasyczkiem w dorobku. Wyklikane presety synthowego bitu BeMelo i Cleaminda brzmią jak rozedrganie Boards Of Canada z Tomorrow Harvest na trapie, z gospelową paranoją Kanye z Jesus Is King, a na wysokości 2:25 producenci wprowadzają ambience rodem z wybitnego kanału Belmont Girl aka Malibu na YouTube. Plus linijki w stylu "Kierownik, szef, kanclerz / Nie muszę dodawać, że świetny tancerz" i śmieszne akcentowanie słów (zwróćcie uwagę na słowo "spróbować" pod koniec drugiej zwrotki). Dawaj już cały album, mordo.
I na sam koniec krótki rekap około-ambientowych wspaniałości: doskonały sleep soundtrack Interior Music 014 Ben Bondy'ego, tribal ambientowe peregrynacje Marca-Antoine Barbiera na Musée Des Espèces, nocne ukojenie zaserwowane przez City Of Dawn na Ghost In Rain, jelinkowo-elektroakustyczny glitch-ambient (w końcu wydany w labelu niemieckiego maga micro-house'u) Andrew Peklera na New Environments & Rhythm Studies, brzmiący jak soundtrack do czytania Szatańskiego tanga album Conversion niemieckiego duetu Markus Guentner i Joachim Spieth, etnograficzne poszukiwania Nikolaienko na Love-Fidelity Or Hiss Goodbye, otulający ciepłem przyjemnych faktur Rod Modell na Northern Michigan Snowstorms, bajkowa podróż do sennej krainy onirycznego synth-ambientu na View duetu Area 3 i Khotin, bajkowa podróż do sennej krainy onirycznego synth-ambientu na wydanym w zasługującym na uwagę labelu Cosima Pitz albumie L'echo Des Choses autorstwa Ama s czy kolejne odcinki intrygujących kolaży z labelu False Aralia (tu wszystkie wydane do tej pory EP-ki w jednym miejscu).
Wreszcie japoński ambientowiec Nekomachi tworzący swoje utwory na wiernym sekwencerze Yamaha QY100 (oczywiście w zgodzie z duchem mottainai). Znajdziecie tu echa Visible Cloaks ("Internet Lie"), Ralf und Florian ("About The Same, Maybe Something") czy Dntela (znowu blisko LIFOP w "Fortunetelling, Spells, Don't Believe It"). No i przede wszystkim posłuchajcie Bright Laz choćby dla samego trzeciego indeksu "Tang Sang Sen" – to najpiękniejszy fragment wydanej w 2025 roku muzyki, który dane mi było usłyszeć. 100% moja drużyna.
TOP 10 PŁYT
Playboi Carti Music
Nekomachi Bright Laz
Oneohtrix Point Never Tranquilizer
Freddy Moreno / Onemillionkisses Chuggaholiczzz
Raven Gnosis
Lukid Underloop
Kacey Musgraves Sounds From The Heart Of The Woods
Los Thuthanaka Los Thuthanaka
Che Rest In Bass
Hayden Pedigo I'll Be Waving As You Drive Away
TOP 10 SINGLI
Amore "I Gotta Feeling"
Yung Bans "Artificial"
Tixa "Infeliz"
10kdunkin "Sell My Ho"
Piri & Tommy "Lights Off"
Taichu: "Não Tem Fin (Garota Fav)"
Mitaya "Unholy"
Jnhygs feat. Marluxiam & 9lives "I Know"
Rat Heart "Operation Always Be A Brave Little Cunt"
808eight "Rest In Bass"
I na koniec obszerna ekstraktowa playlista portretująca rok 2025.